Kultura

Budzenie śpiących rycerzy

Filmowy bohater (nie)naszych czasów

„Czas honoru” - żołnierze wyklęci: Bronek (Maciej Zakościelny) i Michał (Jakub Wesołowski). „Czas honoru” - żołnierze wyklęci: Bronek (Maciej Zakościelny) i Michał (Jakub Wesołowski). Monika Zielska / TVP
Bohaterem naszych czasów staje się bohater z nie naszych czasów. W mijającym roku w charakterze wzorca występowali na przykład żołnierze wyklęci, ci z kart licznych wydawnictw historycznych oraz z popularnego serialu „Czas honoru”.
„Kamienie na szaniec” reż. Robert Gliński.Marcin Makowski/Makufly/materiały prasowe „Kamienie na szaniec” reż. Robert Gliński.
„Miasto 44” - Stefan (Józef Pawłowski) i Biedronka (Zofia Wichłacz).Ola Grochowska/Akson Studio „Miasto 44” - Stefan (Józef Pawłowski) i Biedronka (Zofia Wichłacz).

Artykuł w wersji audio

Serial właśnie się skończył. W ostatnich odcinkach większość żołnierzy poległa śmiercią bohaterską, ale ci, którzy pozostali przy życiu, mogliby wystąpić w kolejnym sezonie, gdyby była taka potrzeba. „Czas honoru”, popularny także na płytach DVD, z pewnością znajdzie się w niejednym domu pod choinką jako prezent świąteczny. Opowieść o tragicznych losach młodych ludzi, którzy po zakończeniu wojny prowadzą własną wojnę z opresyjnym systemem komunistycznym, swój sukces zawdzięcza w dużej mierze młodym wykonawcom. Z oddaniem wykraczającym poza profesjonalny warsztat wcielali się w role żołnierzy podziemia niepodległościowego, zwanych dzisiaj wyklętymi. (Termin ten pojawił się po raz pierwszy w tytule książki Jerzego Ślaskiego „Żołnierze wyklęci” w 1996 r.). Grani przez nich bohaterowie stali się idealnymi wręcz nosicielami cnót nieco już zapomnianych, takich jak męstwo, honor, odwaga i ofiarność, ale też szczera przyjaźń i lojalność.

Gdyby przeprowadzić sondaż i zapytać, jakiego bohatera pozytywnego zaproponowały nam w mijającym roku kino i telewizja, z pewnością byliby to właśnie waleczni młodzieńcy i odważne dziewczyny z „Czasu honoru”. Fenomen trwającego już sześć sezonów serialu to jednak nie tylko sprawa tzw. słupków oglądalności. W ostatnim czasie obserwujemy w Polsce prawdziwy boom na historię ojczystą (co Daniel Passent nazwał rozkwitem przemysłu historycznego). W księgarniach mamy całe półki książek historycznych, w kioskach mnóstwo poświęconych historii miesięczników oraz wydawnictw okolicznościowych. Nawet tabloidy zaczęły dołączać specjalne wkładki, co niechybnie świadczy o tym, iż podaż nadąża za popytem.

Największym zainteresowaniem cieszą się dzisiaj te rozdziały podręcznika narodowych dziejów, których nauczyciele zazwyczaj nie zdążą przerobić przed końcem roku szkolnego. Wojny punickie, jak najdokładniej omawiane, podobnie wojny stuletnie i trzydziestoletnie, pierwsza światowa i druga już po łebkach, a dalej to już praca własna. Nie każdy ją wykonał, pomijając, że dla starszych roczników były to tzw. białe plamy, które dopiero teraz, po latach, próbują wypełnić. Serial spełnił więc także funkcję poznawczą, tym bardziej że był ciekawie napisany i profesjonalnie zrealizowany. Oraz idealnie trafił w nastroje i oczekiwania masowego widza.

Dla kogo miejsce na piedestale

Laureatem tegorocznej Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza został Wacław Holewiński, autor książki „Opowiem ci o wolności” o równoległych losach dwóch kobiet z Narodowych Sił Zbrojnych, które po ciężkich przejściach wojennych trafiają do więzienia jako wrogowie władzy ludowej. Laureat, odbierając nagrodę, powiedział: „Obserwuję od jakiegoś czasu ogromną zmianę, która następuje w młodym pokoleniu. To szukanie własnej tożsamości i własnych bohaterów. Bardzo często są to właśnie bohaterowie lat wojny i powojnia, żołnierze wyklęci. Wielu młodych ludzi znalazło w nich wzorzec oddania ojczyźnie, poświęcenia dla niej, gdy trzeba, absolutnie wszystkiego. Cieszę się, że dołożyłem do tego swą malutką cegiełkę”.

Jest zapotrzebowanie na bohatera silnego i niezłomnego, z rysem tragicznym, niepogodzonego z wyrokami historii. „Armia Krajowa jest mało prawicowa” – zauważył niedawno historyk Marcin Zaremba. Na piedestale stawiani są bojownicy podziemia niepodległościowego, przede wszystkim z WiN (Wolność i Niezawisłość) i NSZ. Oto jedna z wielu tego typu informacji, jakie można znaleźć w gazetach prawicowych: „17 listopada 2013 odsłonięto pomnik płk. Łukasza Cieplińskiego i jego podkomendnych z IV Zarządu Głównego WiN. W uroczystości wzięli udział działacze: Narodowego Rzeszowa, Narodowej Łęcznej, Narodowej Dębicy, MW i kibice Resovii”.

 

Prof. Józef Marczak z Wydziału Bezpieczeństwa Akademii Obrony Narodowej przekonywał niedawno w „Rzeczpospolitej”, iż powinniśmy tworzyć wojska obrony terytorialnej na wzór Armii Krajowej. Ale nie tylko: „Jednostki te powinny być budowane w oparciu o lokalną tradycję i historię, niech nawiązują też do Batalionów Chłopskich czy Narodowych Sił Zbrojnych”.

W portalu internetowym Poznaj Bohaterów czytamy, iż celem projektu „jest jak najszersze rozpowszechnianie wiedzy historycznej dotyczącej Żołnierzy Wyklętych w atrakcyjnej formie. Młodzi ludzie poznający i odkrywający karty nie tak dawnej historii, historii pełnej okrucieństwa i przemocy, ale przede wszystkim wielkiego zaangażowania, walki o wolność i Ojczyznę, stają się tym samym ludźmi świadomymi swojego dziedzictwa historyczno-narodowego”.

Z okazji tak częstych ostatnio rekonstrukcji przegranych bitew ich uczestnicy deklarują, że z przyjemnością gotowi byliby oddać życie za ojczyznę. Na szczęście nie muszą tego udowadniać. Dzisiaj młodzi mężczyźni nie muszą nawet iść do wojska, które niegdyś mitologizowane po latach zaspokajało potrzebę męskiego przeżycia. Zabawa w paintball to, niestety, tylko namiastka. Dlatego szukają idoli wśród „chłopców z tamtych lat”, wspaniałych facetów, z którymi chętnie wybraliby się na akcję, by pogonić Niemca, Ruska czy polskiego komunistę.

Rdzeń nienaruszony

Sam przymiotnik zyskuje coraz większą popularność. Dzisiaj wyklęci są już nie tylko żołnierze, ale także poeci niemieszczący się w głównym nurcie literatury. Wyklętymi chcieliby też być kibice – bo to brzmi dumnie i umacnia poczucie wspólnoty – co świetnie sparodiował w numerze kabaretowym Robert Górski.

Badacze zjawisk społecznych piszą o odradzaniu się wzorca heroizmu ofiarnego. Na nic tysiące artykułów i książek uderzających w romantyczny paradygmat. Nie da się uciec „od Polski, od grobów, od nieszczęść, od próżnych wysiłków”, by zacytować Andrzeja Bobkowskiego, któremu też się nie udało, mimo że z Polski wyjechał. „Mimo trwającej sto kilkadziesiąt lat walki, rozpoczętej przez Juliusza Słowackiego, a kontynuowanej przez największe polskie umysły z Wyspiańskim, Brzozowskim i Gombrowiczem na czele, ten rdzeń pozostaje w zasadzie nienaruszony, a poza krytyką narodu konstytuującego się wokół niego nie wytworzyły się inne, mogące z nim realnie konkurować zespoły ideowo-symboliczne” – pisał Dariusz Kosiński w arcyciekawym szkicu „Ulica jako scena narodowa”. „Polskość w ogóle jest abstraktem – polskość realna to dzieje kolejnych romantycznych i mesjanistycznych zrywów, obron krzyża i ofiar składanych przez zdradzonych o świcie”.

Kosiński przyglądał się z bliska obchodom rocznicy katastrofy smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu i dostrzegł w nich swoistą konfigurację mickiewiczowskich „Dziadów”, z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej, „który w czymś na kształt nowego »Widzenia księdza Piotra« zebrał i zinterpretował przeszłe wypadki, by wyprowadzić z nich proroctwo dotyczące przyszłych losów wspólnoty i jej misji. Odpowiedzią na to niemal natchnione przemówienie było ustanowienie Bohatera (okrzyki »Jarosław, Jarosław«) i zarazem ustanowienie otaczającej go wspólnoty (»Tu jest Polska!«)”.

Prorok to jedno z najczęstszych wcieleń bohatera, co potwierdza typologia zawarta w fundamentalnej książce Thomasa Carlyle’a „Bohaterowie”. Prorok proponuje wizję rzeczywistości lepszej niż ta, w której przyszło nam żyć. Niekoniecznie licząc się z realiami czasów.

Niedawno w takiej właśnie tonacji wołał z łamów tygodnika „Polska Niepodległa” ks. Andrzej: „I walczmy jak Żołnierze Wyklęci o wartości Bóg, Honor, Ojczyzna. Panie Boże Wszechmogący, daj nam siły i moc wytrwania w walce o Polskę, której poświęcamy nasze życie. (...) O Maryjo, Królowo Korony Polskiej, błogosław pracy naszej i naszemu orężowi! O spraw Miłościwa Pani, Patronko naszych rycerzy, aby wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy zatrzepotały polskie sztandary z Orłem Białym i Twoim wizerunkiem, amen”.

Pozostając w tej poetyce, można prorokować, że lada chwila nastąpi przebudzenie rycerzy, którzy według legendy śpią pod Giewontem i czekają na moment, kiedy znów będą potrzebni ojczyźnie.

 

Skąd brać bohaterów?

W PRL czyniono wielkie starania, by wylansować bohaterów pracy socjalistycznej, co wyglądało mniej więcej tak, jak w „Człowieku z marmuru”. Pomnik się buntował, więc trzeba było go zdemontować. Bohaterów pracy kapitalistycznej, jeżeli są takowi, nikt dzisiaj nie zamierza lansować. W ogóle nie jest to czas urodzaju na bohaterów. Sportowcy czasem się postarają, jak Adam Małysz, „mały rycerz z nartami”, który jednak zakończył już karierę. Zawsze idoli dostarczała piłka nożna, ale dzisiaj nie widać zawodników, którzy odegraliby w świadomości masowej taką rolę, jak Włodzimierz Lubański, Kazimierz Deyna czy Zbigniew Boniek. Robert Lewandowski to po prostu profesjonalista, który gra za duże pieniądze dla Niemców, a w reprezentacji z reguły zawodzi (czy z własnej winy, to już inna kwestia).

Co zastanawiające, dla współczesnych przestają być bohaterami kombatanci Solidarności. (Mimo że Władysław Frasyniuk przekonywał parę miesięcy temu w jednym z wywiadów: „Zasługujemy na miano bohaterów jako żołnierze Solidarności”). Nawet ich generał nie dla wszystkich jest bohaterem, o czym przekonało przyjęcie filmu Andrzeja Wajdy. Na niedawnym pokazie w Kongresie amerykańskim zebrani bili brawa na stojąco, w Polsce przeważały opinie chłodne, natomiast w prasie prawicowej wyłącznie krytyczne. Może i był Wałęsa „człowiekiem z nadziei”, ale tych nadziei nie spełnił – to była najłagodniejsza opinia.

Z żyjącymi bohaterami zawsze jest kłopot, zwłaszcza kiedy stają się byłymi bohaterami. „Żołnierze Solidarności” sami zrobili dużo, żeby zniszczyć swój mit. Dzieląc się i kłócąc, a potem nie spełniając oczekiwań w roli polityków. Lustracja dopełniła dzieła zniszczenia.

Zapomniany język imponderabiliów

Pisarz Stefan Chwin zwracał niedawno uwagę w „Gazecie Wyborczej”, że rządząca Platforma i w ogóle inteligencja liberalna, a także inteligencja lewicowa wyraziły przez zaniechanie zgodę na przechwycenie dyskursu patriotycznego przez polską prawicę. Zapewne wychodząc z założenia, że nowocześni Europejczycy nie muszą sobie zawracać głowy archaicznymi reliktami świadomości polskiej. „Należało nie wycofywać się z dyskursu patriotycznego, tylko stworzyć dyskurs alternatywny – twierdzi Chwin. Tymczasem Platformie wymknął się język imponderabiliów”.

A jak się wymknął, to teraz niełatwo będzie go przechwycić. Tym bardziej że opinia publiczna odruchowo utożsamia liberalizm i proeuropejskość z zamiarem rozmontowania tożsamości narodowej. Przekonanie wzmacniają średniej jakości żarty z polskich mitów, krzyż z puszek po piwie czy flagi wkładane w psie kupy. Trudno oczekiwać, by rodak tradycjonalista przyjął z zachwytem płytę Marii Peszek, która oznajmia, że nie uroni dla kraju ani kropli krwi. Nie mogły też zaskakiwać powszechne reakcje na wiadomości docierające z prób „Nie-boskiej komedii” w Starym Teatrze, gdzie ponoć aktorzy ćwiczyli wykonanie „Jeszcze Polska nie zginęła” na melodię „Deutschland, Deutschland über alles”. Znowu profanują nam hymn i obrażają uczucia narodowe. A przecież Polak swój honor ma i nie pozwoli postponować najświętszych symboli!

Paradoksalnie, utożsamianie się z romantycznym bohaterem tragicznym może mieć związek z naszym coraz głębszym wchodzeniem do wspólnoty europejskiej. Stefan Chwin mówił w cytowanym już wywiadzie: „Wychodzenie z założenia, że Polakom wystarczy coś racjonalnie wytłumaczyć, przedstawić racjonalny program, pochwalić się wielkimi kwotami pieniędzy z Unii, to łudzenie się, że to wystarczy, by polską duszę nasycić”. Idziemy zatem do przodu, oglądając się wstecz i tam szukając wzorców. Z braku atrakcyjnych propozycji współczesnych, powtórzmy raz jeszcze.

„Czas honoru” nie zejdzie szybko z ekranu – producent zapowiada siódmy sezon. Film Jana Komasy „Miasto 44”, którego premiera ma się odbyć na Stadionie Narodowym – co za wspaniała metafora! – stał się wydarzeniem, zanim padł pierwszy klaps. Robert Gliński nakręcił „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Aktor grający w tym filmie jedną z głównych ról zwierza się, jak wcielał się w bohatera. Ciąg dalszy nastąpi.

Trawestując znane powiedzenie Marii Janion, można by dzisiaj stwierdzić: do Unii tak, ale z żołnierzami wyklętymi, z chłopcami z „Czasu honoru”, z Rudym i z Zośką. Można długo deliberować, dlaczego tak jest, ale najwyraźniej bez nich wciąż czujemy się mniej pewnie.

Polityka 51-52.2013 (2938) z dnia 17.12.2013; Kultura; s. 120
Oryginalny tytuł tekstu: "Budzenie śpiących rycerzy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Drapacze chmur, które zmienią oblicze Nowego Jorku

W 2020 r. na Manhattanie zostaną oddane do użytku dwa rekordowo wysokie wieżowce. Już dominują nad panoramą miasta. A stoją przy tej samej ulicy.

Aleksander Świeszewski
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną