Kultura

Pijecie, bo pijecie

Wojciech Smarzowski o adaptacji powieści Pilcha

Wojciech Smarzowski: Po zrobieniu kilku filmów, w których alkohol zawsze był obecny, doszedłem do wniosku, że następny powinienem poświęcić wyłącznie piciu, aby zamknąć sprawę. Wojciech Smarzowski: Po zrobieniu kilku filmów, w których alkohol zawsze był obecny, doszedłem do wniosku, że następny powinienem poświęcić wyłącznie piciu, aby zamknąć sprawę. Jacek Drygała / materiały prasowe
Rozmowa z Wojciechem Smarzowskim, reżyserem wchodzącego do kin filmu „Pod Mocnym Aniołem”.
„Próbuję reżyserować najlepiej, jak potrafię, ale prowadzi mnie mój wewnętrzny głos”.Jacek Drygała/materiały prasowe „Próbuję reżyserować najlepiej, jak potrafię, ale prowadzi mnie mój wewnętrzny głos”.
Wojciech Smarzowski (51 lat) – reżyser i scenarzysta filmowy, z wykształcenia operator.Michał Łepecki/Agencja Gazeta Wojciech Smarzowski (51 lat) – reżyser i scenarzysta filmowy, z wykształcenia operator.

Artykuł w wersji audio

Janusz Wróblewski: – W jakiej Polsce chciałby pan żyć?
Wojciech Smarzowski: – Normalnej. Świeckiej. Tolerancyjnej. W kraju, w którym działa prawo i stopniowo wzrasta poziom szczęścia.

To byłby dom dobry?
To mógłby być dom dobry. Ale we mnie jest coś takiego, że i tak doszukałbym się drugiego, gorszego dna.

Bo dobro źle się filmuje?
Zajmuję się tym, co mnie boli. Drażni. Mam to w charakterze. Rzadko chwalę. Chociaż z wiekiem uczę się, że warto.

Stosując terapię szokową?
Film musi poruszać, wzruszać, zmuszać do refleksji, czasem śmieszyć. Inaczej przestaje być interesujący. Powinien prowokować do rozmowy. O sprawie, wartościach, znaczeniach. Ma być bombą zapalną. Jak u Bałabanowa, Hanekego czy Kim Ki Duka. Mimo że nie rozpoznaję koreańskich kontekstów, jego filmy mną potrząsają.

I budzą świadomość?
Tak, bo klarowne są motywacje postaci, a przedstawione sytuacje wiarygodne psychologicznie. Można się odnieść do szerszego tematu.

Temat – zawsze kontrowersyjny – wybiera pana czy na odwrót?
W „Drogówce” punktem wyjścia była chęć opowiedzenia o korupcji, o słabości państwa. Przypomniałem sobie pewne sytuacje, afery, o których gdzieś czytałem, fakty. Zacząłem to łączyć, przetwarzać. Po zrobieniu kilku filmów, w których alkohol zawsze był obecny, doszedłem do wniosku, że następny powinienem poświęcić wyłącznie piciu, aby zamknąć sprawę. Powieść Pilcha wydawała mi się atrakcyjna literacko, niefilmowa. Odrzucał mnie jej wystylizowany język. Ludzie na ulicy tak nie mówią. Dialogi w moich filmach brzmią prościej. Sięgnąłem po nią ponownie na prośbę producenta Jacka Rzehaka. Miał wykupione do niej prawa. Nie dawałem mu nadziei, ale przeczytałem jeszcze raz i znalazłem klucz do ekranizacji.

Jaki?
Pomyślałem, że Pilchowa fraza może przekładać się na sens historii. Film jest o nielinearności czasu pijaka. Wydarzenia mieszają mu się w głowie. Kod językowy pomaga ustalić, w jakiej rzeczywistości się znajduje, co się wydarzyło naprawdę, a co jest jego fantazją.

Pokazując nałóg, biologiczne upodlenie, dno, liczy pan, że wyleczy polskie kompleksy?
Po obejrzeniu „Pod Mocnym Aniołem” każdy musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jaki ma stosunek do alkoholu? Taki był mój cel. Nakręciłem film drastyczny, ostrzegawczy. W Polsce mamy 900 tys. alkoholików. Leczy się co szósty. Bliscy, którzy z nimi żyją, często również są uzależnieni. Też nadają się na terapię. Pani Ewa Woydyłło, kiedy dowiedziała się, że biorę się za tę adaptację, powiedziała, że pójdę do piekła.

Wziął pan to sobie do serca.
Spodobało mi się to zdanie. Książka Pilcha jest zabawna, optymistyczna, kończy się pochwałą miłości, która zbawia alkoholika. Ale czy można wytrzeźwieć dla kogoś? Wydaje mi się, że trzeba to zrobić przede wszystkim dla siebie. Bo jak przyjdzie kryzys w miłości, to po jakie lekarstwo sięgniesz?

Po alkohol.
Właśnie. Więc najpierw trzeba zrobić porządek ze sobą. Konsultowałem się z Państwową Agencją Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Nie wiem, jak w liczbach wypadają inne kraje, ale nie mam wątpliwości, że problem ma charakter międzynarodowy.

Dumni Polacy należeli kiedyś do czołówki narodów niewylewających za kołnierz.
Wychowałem się w oparach alkoholu. W czasach mojej młodości piło się na umór. Bimber, wódkę, wszystko, co miało procenty. Teraz pije się inaczej. Pijak to już nie jest gość w kufajce, który leży zarzygany o 10 rano na przystanku z flaszką pod ławką. Pije się kulturalnie. Wie pan, jakiej pojemności butelki są sprzedawane najczęściej?

Wychodząc rano z psem, widzę, że na osiedlowych trawnikach zalegają na ogół ćwiartki.
To wódka spacerówka. Najpopularniejsza jest jednak setka. Bo można kameralnie wyrąbać w pracy, żeby szef się nie zorientował. Jest w tym chyba jakiś znak czasu. Do tego dochodzi reakcja po wypiciu. Czy jesteśmy wylewni, agresywni, czy umiemy się bawić. Każda grupa czy nacja ma w tej dziedzinie swoje normy, osiągi, specyficzny rytuał. Ale sytuacja dynamicznie się zmienia. Któregoś piątku byłem w Manchesterze przy okazji festiwalu filmowego – przygotowany jak należy – ale i tak miałem wrażenie, że byłem tam najtrzeźwiejszym człowiekiem w mieście.

„Nie można żyć długo i szczęśliwie bez picia”. To cytat z Pilcha. Dlatego właśnie pijemy, żeby złapać chwile szczęścia?
To jedna z diagnoz. Postaci z filmu mają inne na to wytłumaczenia. Ja piję, żeby zmienić szarą rzeczywistość. Czy to znaczy, że piję jak Jerzy? Nie. Na początku filmu Jerzy mówi: „Są tacy, którzy mogą pić, i tacy, którzy nie mogą pić, a nawet nie powinni. Ja na przykład mogę. Znaczy kontroluję”. Być może wszystko sprowadza się do banalnego wniosku dr. Granady: Pijecie, bo pijecie.

Niestety „nie można – pijąc – żyć długo i szczęśliwie” – ciągnie dalej Pilch. O tej paranoi zrobił pan film?
Tak. Zaczynam opowieść linearnie, a potem narracja zostaje zakłócona trochę jak w „Kuracji”, zapętla się po to, żeby na końcu dać szansę bohaterowi na podjęcie decyzji o leczeniu naprawdę. Jak będzie, nie wiadomo.

W „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”, jeden rozdział Janusz Głowacki poświęca kulturze picia w PRL. Zaczyna od retorycznego pytania: „Jak nie pić, kiedy wszyscy piją?”. A potem przytacza szereg anegdotek o tym, dlaczego warto. Na przykład takie powiedzonko „Trzeba dużo pić i jebać, żeby się z nędzy wygrzebać”.
Piło się, żeby porozmawiać albo coś załatwić. Butelka wódki była środkiem płatniczym. Za nadużywanie alkoholu nie groziło wyrzucenie z pracy. Czasy wódki kartkowej były kulminacją picia. Kilka obrazków z tamtego okresu włączyłem do filmu. Scenkę ze znanym reżyserem, który zsikał się w spodnie na przyjęciu, opowiedział mi jeden z aktorów. Tyle że działo się to w ambasadzie rosyjskiej, a nie w Hollywood. Historię pijanego faceta, który wypada przez okno, łamie kości, po czym wdrapuje się na drugie piętro i pije dalej, opowiedział mi kolega z roku ze szkoły filmowej. Albo może to ja sam wypadłem, nie pamiętam. Dopiero na drugi dzień, po wytrzeźwieniu wszystko zaczęło boleć.

Peerelowski zwyczaj picia do zatracenia wyszedł z mody?
Odkąd sowietyzacja zelżała, jest znacznie lepiej.

Mit pijaństwa stworzyli inteligenci?
Nie tylko w Polsce. Weźmy Jerofiejewa czy Bukowskiego. Jak wspomniałem, zmienił się sposób picia. Kiedyś chlało się równo przez cały tydzień. Teraz zaczyna się w czwartek, w piątek zwiększa się dawkę, żeby upaść w sobotę, a w niedzielę wycieniować na poniedziałek.

W filmie mitologia picia została skompromitowana. Pokazuje pan deliryków w stadium biologicznej degeneracji, bez wyrozumiałości i sympatii.
Są też momenty wzniosłe. Pojawia się nawet sugestia, że picie wzmacnia kreatywność artysty. Według mnie jest to całkiem możliwe. Tak jak narkotyki, alkohol potrafi uruchomić wyobraźnię. Może krótkotrwale działać inspirująco. U każdego inaczej. Ale generalnie ma pan rację. Film jest raczej nieprzyjemny w oglądaniu. Po to, żeby ludzi nie zachęcać. Nie żeby w ogóle przestali, tylko żeby pili mniej. Być może film będzie dla nich taką dawką, po której przyhamują.

Robert Więckiewicz od sześciu miesięcy nie tknął alkoholu.
Robiliśmy ten film na trzeźwo, a jemu zostało do tej pory. On pierwszy w to wszedł. I proszę, jakie skutki. Zobaczymy, na jak długo. Trzymam za niego kciuki.

Pilch pomagał pisać scenariusz, doradzał?
Nie chciał. Jest przywiązany do każdego słowa, a ja musiałem dokonać zmian, skrótów. To mądra decyzja. Zwłaszcza że rzadko ekranizacja wychodzi na korzyść filmu. Niedawno obejrzał gotowy film i nie protestował.

Jakie zdanie z prozy Pilcha weszło w pana najgłębiej?
„Usta muszą przeczyć nałogowi, który przed chwilą przeszedł przez gardło”.

Nie można szczerze pić bez obłudy. To chyba o tym samym?
Podoba mi się też idea zawarta w sformułowaniu „Po ciężkiej pracy każdy ma prawo do małego święta” (śmiech).

Dla Pilcha pisanie „Pod Mocnym Aniołem” było terapią, próbą pokonania nałogu. Robiąc film, pan też rozwiązywał jakieś swoje problemy?
Nie powiem, że coś załatwiałem. Z drugiej strony nie pracowałem wyłącznie na podstawie rozmów z alkoholikami i przeczytanych o piciu książek. Jestem jednym z wielu ekspertów w dziedzinie picia. W porównaniu z Pilchem czuję się jednak trampkarzem. Gram w innej lidze.

Nawiązując wyraźnie do retoryki biblijnej, Pilch zmagał się równocześnie z artystyczną wizją m.in. Lowry’ego, Bukowskiego, Jerofiejewa. Pana ten aspekt średnio obchodził?
Dlaczego? Odniosłem się do kanonu filmowego, cytuję na przykład „Pętlę” Hasa. A jeśli chodzi o literaturę, zauważył pan, że zjawy, które nawiedzają bohatera, są pisarzami? Jerofiejew, Bukowski, Fallada, nawet mój ulubiony Kafka, chociaż on akurat chyba mało w palnik dawał. Tropy więc są. Ponadto cytuję sam siebie. Lubię się tym bawić. Jest w tym trochę pychy, żartu, wrażenia, że wciąż kręcę jeden film.

Język jest moim pierwszym nałogiem, mówi bohater. Dla pana to kino?
Czy kino jest moim pierwszym nałogiem? Ciekawe. Warto było zrobić „Pod Mocnym Aniołem”, aby to sobie uświadomić.

Pan różne choroby wcześniej diagnozował. Oprócz alkoholizmu na przykład amnezję historyczną Polaków.
O tym była „Róża” i o tym będzie mój następny film „Nienawiść”, poświęcony ludobójstwu na Kresach. Tak to nazywam, żeby nie zawężać tematu tylko do Wołynia. Temat omijany w kinie, ważny zwłaszcza teraz, w okresie pojednania Polaków z Ukraińcami. Ważny, bo nie może być żadnego pojednania, jeżeli nie ujawni się prawdy. Czekają na to ostatni świadkowie zbrodni oraz ich potomkowie.

Jest pan przytłoczony ciężarem odpowiedzialności?
„Róża” uświadomiła mi, że kino może być misją. Film nie zmieni świata, ale może wywołać dyskusję; sprawić, że ludzie zaczną trochę inaczej patrzeć na rzeczywistość, na przeszłość, na wartości. Z reakcji widzów: Mazurów, Ślązaków, Niemców, wynikało, że zobaczyli oni w filmie coś więcej niż historię wojennej miłości. Dla nich to był ważny zapis ich losów, znany im wcześniej tylko z rodzinnych relacji.

W „Drogówce” przeżarta korupcją jest cała polska władza. Od policji po ministrów.
Państwo jest słabe, bo nie potrafi wyegzekwować ustanowionego przez siebie prawa. A konsekwencją jest wszechobecna korupcja. Irytowało mnie, że za komuny dawało się w łapę, i wkurza mnie, że ten proceder trwa dzisiaj. Kiedyś państwowe znaczyło niczyje, ale teraz państwowe to znaczy nasze…, a przynajmniej chcę w to wierzyć. Niedawno zatrzymano moją znajomą za szybką jazdę. Widziała pani „Drogówkę”? – pytał policjant. No, to ile ma pani w jednym kawałku? Nie widać końca tych pokus. Wzrosła za to świadomość popełnianych wykroczeń.

Pana filmy kończą się podobnie. Oddalając się, kamera ogarnia z góry świat, który oglądaliśmy wcześniej z bliska, nadając mu wymiar symboliczny.
W „Pod Mocnym Aniołem” zostawiam bohatera w środku życia w rozpięciu pomiędzy trójkątem. Jednym rogiem tego trójkąta jest bar Pod Mocnym Aniołem, drugim bar 24 godziny z gorzałą, trzecim jego mieszkanie. On stoi w środku.

Trójkąt bermudzki.
Albo oko opatrzności. Jak zwał, tak zwał. To daje czas na refleksję. Wcześniejsze ujęcia pracują na to ostatnie. Jak robiłem finałowe ujęcie „Domu złego”, wyobrażałem sobie, że będzie ono nawiązywało do tryptyku Memlinga. Wyszedł inny malarz (śmiech). Ważne, żeby szukać znaczeń, ograniczyć przypadek.

W księdze Apokalipsy, cytowanej przez Pilcha, czytamy: „I usłyszałem głos z nieba, mówiący: napisz”. Pan też słyszy takie głosy nakazujące kręcenie filmów?
Nie, niebo nie ma dla mnie czasu. Nie czuję się wybrańcem, raczej robotnikiem. Próbuję reżyserować najlepiej, jak potrafię, ale prowadzi mnie mój wewnętrzny głos.

I co pan słyszy?
Podpatruj, obserwuj, wymyślaj, pisz, kręć, ale nie zapominaj o pokorze. Nie wstydź się nie wiedzieć. Ufaj swoim aktorom i swojej ekipie, bo dlatego z nimi pracujesz, że są dobrzy. Inaczej byś ich nie wybrał. Jestem otwarty w swoim zamknięciu.

Nie martwi pana, że pańskie wysiłki poszukiwania sensu często rozmywają się w płaskim odbiorze? Ludzie zapamiętują numery, grepsy, nie zastanawiają się natomiast, czemu to wszystko służy?
Ja nigdy nie myślę o widzu globalnie. Wierzę, że w tej masie istnieje grupa widzów o podobnej do mojej wrażliwości. I ona jest dla mnie najważniejsza. Oczywiście zaskoczyło mnie, że „Drogówkę” zobaczyło ponad milion osób. Jeszcze bardziej ucieszyło to producenta, bo film jest drogą zabawką i ci, co włożyli pieniądze, chcą je odzyskać. A moje filmy nie są najtańsze, bo jest sporo postaci, akcja jest gęsta i toczy się na kilku planach. Trudno po jednym obejrzeniu wszystko wyłapać. Jako widz też lubię filmy, które trzeba zobaczyć dwa–trzy razy. Jeżeli film mam rozklepany po pierwszej projekcji, to znaczy, że zaraz o nim zapomnę.

A co z granicami, istnieją jakieś zasady, których nie wolno artyście przekraczać?
One są niemierzalne. Wewnątrz nas, a częściowo zadekretowane ustawowo. Ważne są też konteksty. Gdzie, kiedy i co się pokazuje lub mówi. Czy moje filmy naruszają jakieś granice?

Nie sądzę. Chodzi pan czasem do teatru?
Boję się jak święconej wody. Ciężko mi wejść w teatralną umowność. Z reguły się męczę. Poza tym robię film za filmem i nie starcza mi czasu na ważniejsze dla mnie czytanie książek.

Gdy słyszy pan, że aktorzy w teatrze bojkotują pomysły reżysera i składają role, to co pan myśli?
Mają do tego prawo. Tak samo w filmie. Czasami skandale sztucznie się kreuje po to, żeby przyciągnąć publiczność. To łatwy wabik.

Czy pan się cenzuruje?
Kręcę kilkuminutowe ujęcie, a potem wybieram jego najbardziej intensywne momenty. Kieruję się emocjami i opowiadaną historią, próbuję nie powtarzać tych samych informacji. Cały czas w montażowni skracamy film, żeby opowieść była jak najbardziej intensywna. Czasem długość ujęcia zależy od taktu – albo się go ma, albo nie ma. A więc ścinamy ujęcia, ale nigdy nie nazwałbym tego cenzurą.

Lars von Trier w „Nimfomance” kazał aktorom uprawiać seks naprawdę. Pana to dziwi, bulwersuje?
Dla mnie kino to jednak umowność, a nie życie. Ja nie wszedłbym w taką sytuację. Bo jaki jest następny krok? Zabijanie na żywo? Tutaj doszliśmy jednak do jakiejś granicy.

rozmawiał Janusz Wróblewski

Wojciech Smarzowski (51 lat) – reżyser i scenarzysta filmowy, z wykształcenia operator. Jest absolwentem łódzkiej Filmówki i pracoholikiem. Nakręcił m.in. „Wesele”, „Dom zły”, „Różę”, „Drogówkę”, które pokazują ciemną stronę Polaków. A także wiele odcinków seriali, m.in. „Na Wspólnej”, „Londyńczycy 2”, „BrzydUla”. Laureat Paszportu POLITYKI (2004 r.) i wielu innych nagród.

Polityka 3.2014 (2941) z dnia 14.01.2014; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Pijecie, bo pijecie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną