Kultura

Platforma, której rośnie

Twórcy „House of Cards” zapowiadają trzeci sezon serialu

„House of Cards” wywołał dyskusję dotyczącą przyszłości całej telewizyjnej rozrywki. „House of Cards” wywołał dyskusję dotyczącą przyszłości całej telewizyjnej rozrywki. Netflix
Premiera trzeciego sezonu jest zaplanowana na 27 lutego 2015 r.

W dniu rozdania Złotych Globów – a właściwie w trakcie ceremonii – Netflix opublikował kolejną zapowiedź nowego sezonu „House of Cards”. Chwilę wcześniej Kevin Spacey odebrał nagrodę w kategorii „najlepsza rola aktorska w serialu dramatycznym”.

Zwiastun, tak jak poprzednie, niewiele ujawnia. Ale widzów serialu z pewnością zniecierpliwi.

Twórcy „House of Cards” stopniują emocje już od 1 grudnia 2014 r. Wysłali wówczas na Twitterze „specjalny komunikat z Białego Domu”:

„Moc Franka Underwooda rośnie. Tak jak niepohamowana potrzeba oglądania tego serialu” – komentuje magazyn „Time”. Premiera trzeciego sezonu jest zaplanowana na 27 lutego 2015 r. Ale twórcy serialu już podnoszą temperaturę. 12-sekundowa wiadomość nie zdradza wielu tajemnic, można jedynie oczekiwać, że Frank znów zdobędzie paru wrogów. I tyleż samo sympatyków.

Klucz do sukcesu „House of Cards”

Drugi sezon „House of Cards” wystartował w walentynki. Ten termin to mocna ironia. Serial odziera ze złudzeń dotyczących polityki, a jego sukces potwierdza, że publiczność zdradza zwyczaje ­telewizyjne dla zupełnie nowych – sieciowych.

Odgłos hamowania i skowyt psa. Z domu wybiega mężczyzna, wraz z ochroniarzem podchodzi do psa, w którym rozpoznaje zwierzę sąsiadów. „Nie wyjdzie z tego” – stwierdza i posyła ochroniarza, by zobaczył, czy sąsiedzi są w domu. Po czym dusi skomlącego psa, spogląda wprost w kamerę i tłumaczy nam, widzom zszokowanym na równi brutalnością sceny, jak i tym nieoczekiwanym, bezpośrednim, przełamującym barierę ekranu zwrotem: „Istnieją dwa rodzaje bólu. Taki, który nas wzmacnia, oraz bezużyteczny, który oznacza tylko cierpienie. Nie lubię tego, co bezużyteczne”. „W takich chwilach potrzeba człowieka czynu, który umie zrobić to, co trzeba” – tak zaczynał się przed rokiem pierwszy sezon „House of Cards” – „Domku z kart”.

Zrealizowane kosztem 100 mln dol. 13 odcinków, w których Francis Underwood, kongresmen, rzecznik dyscypliny partii demokratycznej i niedoszły sekretarz stanu, wprowadza nas w meandry polityki Białego Domu i czyni świadkami i powiernikami swojej osobistej krucjaty przeciw tym, którzy zawiedli jego zaufanie oraz nie docenili siły urażonych ambicji, uwiodło widzów nie tylko świetnym scenariuszem i wielkimi kreacjami aktorskimi Kevina Spacey i Robin Wright (w roli Claire, żony Francisa). Wysokiej jakości – potwierdzonej trzema Nagrodami Emmy i Złotym Globem – towarzyszyła tym razem nowatorska forma dystrybucji. Jednego dnia do internetu trafiło wszystkie 13 odcinków i widz sam zdecydował, kiedy i w jakich porcjach obejrzy serial.

Serial wywołał dyskusję dotyczącą przyszłości całej telewizyjnej rozrywki. Nie był bowiem produkcją stacji telewizyjnej. Został zamówiony przez platformę internetową Netflix, która przebyła długą drogę od firmy dostarczającej Amerykanom pocztą zamówione przez nich płyty DVD z filmami i serialami do największej platformy streamingowej, pozwalającej w zamian za miesięczny abonament w wysokości 7,99 dol. oglądać legalnie online seriale i filmy wyprodukowane przez innych. A od premiery „House of Cards” także własne wysokiej jakości produkcje. „Po kilku latach sprzedawania biletów do cyrku postanowił sam wkroczyć na ­arenę” – napisał o Netflixie „New ­Yorker”. Wkroczył i wszystko wskazuje na to, że zamierza wygrać.

Poluj albo cię upolują

„House of Cards” wpisuje się w popularny dziś nurt seriali odzierających obywatela z resztek złudzeń co do mechanizmów działania polityki i intencji polityków. Jeśli jeszcze za czasów rządów Billa Clintona telewizja była skłonna pokazywać władzę jako służbę obywatelom (m.in. serial Aarona Sorkina „Prezydencki poker”), rozrywka ery Baracka Obamy konkuruje na obrazy upadku i moralnej nędzy całej, bez podziału na demokratów i republikanów, klasy politycznej. Świadczy o tym choćby świetny, nagradzany „Homeland” (Showtime) oraz popularny, oglądany m.in. przez Michelle Obamę „Scandal” (ABC) o waszyngtońskiej agencji zarządzania kryzysowego prowadzonej przez byłą doradczynię prezydenta USA do spraw kontaktu z mediami. A także prześmiewcza „Figurantka” (HBO) o amerykańskiej wiceprezydent, która odkrywa, że jej funkcja jest czysto dekoratywna, czy brutalny „Boss” (Starz) o burmistrzu Chicago. Wszystkie przedstawiają polityków jako moralnych bankrutów, skupionych na walce o władzę dla niej samej i dla splendoru, jaki ze sobą niesie.

„House of Cards” wywołał dyskusję dotyczącą przyszłości całej telewizyjnej rozrywki.Netflix„House of Cards” wywołał dyskusję dotyczącą przyszłości całej telewizyjnej rozrywki.

„House of Cards” idzie dalej, pokazując z detalami, że w walce o władzę nie obowiązują żadne zasady, liczy się tylko skuteczność. Produkcja jest amerykańską wersją świetnego brytyjskiego miniserialu z 1990 r., powstałego na podstawie powieści Michaela Dobbsa, polityka partii konserwatywnej z czasów rządów Margaret Thatcher. Twórca amerykańskiego remake’u, 36-letni Beau Willimon, bazował na własnych doświadczeniach ze świata polityki. Jako dwudziestoparolatek wyjechał do Estonii, gdzie pracował dla tamtejszego rządu, robiąc streszczenia dokumentów dotyczących Unii Europejskiej. Po powrocie do Stanów pracował przy kampanii do senatu Charlesa Schumera. Ale najważniejsza była praca w sztabie wyborczym Howarda Deana, kandydata w prawyborach partii demokratycznej na prezydenta w 2003 r., którego prezydenckie aspiracje przekreślił jeden wiec, gdy zbyt mocno uwierzył, że Biały Dom jest na wyciągnięcie ręki. Jego entuzjastyczne okrzyki, nagrane i rozpowszechnione w internecie ze złośliwymi komentarzami (jako „Dean Scream”), zrobiły z niego pośmiewisko.

Przemyślenia wyniesione z tej kampanii, dotyczące samej władzy i cech niezbędnych u osoby, która chce być przywódcą, ale też dotyczące relacji polityka-media dekadę później staną się tematem refleksji Francisa Underwooda.

Frank snuje je wobec widza otwarcie, nie szukając żadnych ładnych usprawiedliwień, nie chowając się za sloganami o demokracji i służbie krajowi czy społeczeństwu. Roli Kevina Spacey, którego postać ogrywały ostatnio w Polsce wszędobylskie reklamy banku, patronuje Szekspirowski Ryszard III, którego zresztą aktor grał tuż przed zdjęciami do serialu, w prowadzonym przez siebie londyńskim teatrze Old Vic i podczas tournée m.in. w nowojorskiej BAM (krytycy pisali: „Stan Laurel psychopatów”).

Jest cyniczny, ale to brutalna rzeczywistość takim go uczyniła. „Poluj albo zostaniesz upolowany” – mawia. Zaproszenie do pierwszego rzędu na uroczystość zaprzysiężenia prezydenta, który w zamian za poparcie obiecał mu fotel sekretarza stanu, a potem zmienił zdanie, komentuje: „Co ja jestem? Dziwka w powojennym Berlinie, śliniąca się na widok darmowych pończoch i czekoladek?”. Jego definicja zemsty brzmi: „Kęs za kęsem, tak się pożera wieloryba”.

Serial odziera też z resztek złudzeń co do pracy mediów, a nawet instytucji charytatywnych i małżeństwa. „Każda relacja ma charakter transakcji. Nawet miłość. Szczególnie miłość” – tłumaczył Beau Willimon w „New York Timesie”.

W układance Franka ważne role odgrywają dwie silne, ambitne kobiety, z których każda ma własne cele do osiągnięcia, więc dynamika relacji między bohaterami stale się zmienia. Jedną z nich jest żona Franka, piękna i zimna szefowa instytucji charytatywnej zbierającej fundusze na studnie w Afryce, druga to Zoe Barnes – żądna sławy stażystka w redakcji „The Washington Herald”. Publikuje wszystko, co Frank jej podsunie, nie przeszkadza jej, że jest pionkiem w jego planie, liczy się tylko dostęp do informacji i fakt, że może je opublikować pierwsza. Gdy tylko stanie się znana, zamieni umierającą prasę na szybszy i będący na fali internet, zostanie sławną blogerką.

Telewizja oderwana od telewizora

„House of Cards” był pierwszą wielką produkcją Netflixa. Platforma zamówiła od razu dwa 13-odcinkowe sezony. Dziś już wiadomo, że serial przyniósł jej 2 mln nowych abonentów, czyli dodatkowe 16 mln dol. miesięcznie. Do tego trzeba dodać dochody ze sprzedaży praw do rozpowszechniania produkcji w krajach, w których Netflix nie działa. W Polsce I sezon serialu pokazało ale kino +, gdzie zobaczyło go 1,6 mln widzów, stacja planuje powtórkę emisji w marcu.

Serial stał się więc dla Netflixa tym, czym na początku wieku dla HBO była „Rodzina Soprano”, a dla kanału AMC kilka lat później „Mad Men” – windą do pierwszej ligi nowoczesnej telewizyjnej rozrywki. Zachęcił platformę do kolejnych produkcji. Świetny komediodramat Jenji Kohan „Orange Is the New Black” o białej amerykańskiej 30-latce, która próbuje się odnaleźć w kolorowym (w każdym znaczeniu tego słowa) więzieniu dla kobiet, zebrał jeszcze większą widownię niż „House of Cards”. Co nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że statystycznie widz seriali jest młodą kobietą. Dla młodzieży powstała netflixowa wersja modnego gatunku „wilkołaki z liceum” – serial „Hemlock Grove”. Wszystkie są dystrybuowane w ten sam sposób: cały sezon ma premierę jednego dnia. I wszystkie dostały zamówienia na kolejne sezony. Do tego platforma z sukcesem reaktywowała kultowy przed laty serial stacji Fox „Arrested Development” („Bogaci bankruci”) i zapowiada kolejne oryginalne produkcje.

Kluczem do sukcesu Netflixa jest skrupulatniejsze niż u tradycyjnych nadawców badanie obyczajów widza, dokładne mierzenie, gdzie, jak i kiedy ogląda treści, uważne analizowanie wyników i realizowanie zawartych w nich sugestii. W ten sposób Netflix potwierdził intui­cje, które ma każdy pożeracz seriali: widz nie chce już czekać tydzień na kolejny odcinek, woli sam decydować, kiedy będzie oglądał, na czym i w jakich dawkach.

Telewizja powoli odrywa się od telewizora i od telewizyjnej ramówki. Seriale, oglądane ciurkiem, do oporu, na laptopach, tabletach czy smartfonach, przestają się kojarzyć z poszczególnymi stacjami telewizyjnymi, dla których powstały. Spacey, który tak polubił swoją nową pracę w „House of Cards”, że stał się gorliwym apostołem ideologii Netflixa, tłumaczył w „Gazecie Wyborczej”: „Kiedy pytam przyjaciół, co robili w weekend, słyszę, że oglądali »Breaking Bad« albo »Grę o tron«. W całości, trzy sezony. Netflix wygrał również dlatego, że dał widzom to, do czego mają prawo, czyli zamkniętą całość. Nie kazał czekać tydzień na ciąg dalszy, myśleliśmy o tym projekcie jak o 13-godzinnym filmie. I sądzę, że to jest przyszłość. Film i telewizja muszą udowodnić, że odrobiły lekcję, którą zawaliła branża muzyczna. Jeżeli damy ludziom to, czego chcą, kiedy chcą, w formie, jaka im odpowiada, i do tego za rozsądną cenę, to oni to kupią, a nie ukradną”.

Ted Sarandos odpowiedzialny za repertuar Netflixa był bardziej dyplomatyczny: „Nie próbujemy zniszczyć telewizji, ale rozwinąć ją dla obecnego pokolenia i tych pokoleń, które dopiero przyjdą”. WWW-viewing i binge-viewing, czyli oglądanie seriali w internecie i po kilka odcinków naraz, staje się coraz popularniejsze. Netflix ujawnił, że połowa jego użytkowników ogląda cały sezon serialu (nawet 22 odcinki) w mniej niż tydzień.

13 odcinków drugiego sezonu „House of Cards” dla abonentów Netflixa będzie miało premierę 14 lutego. Polscy widzowie będą mieli szansę obejrzeć pierwszy odcinek tydzień później w serwisie seriale+, czyli VoD (wideo na żądanie) platformy nc+, kolejne odcinki będą się tam pojawiać sukcesywnie. Netflix zaś sukcesywnie rozszerza działalność, zdecydowanie wchodzi do Europy, poinformował o zainstalowaniu się w Niemczech. Ogłosił też, że ma w planach trzeci sezon „House of Cards”. Nadzieje na to, że kolejne 13 odcinków będziemy połykać w dniu ich premiery, nie są więc bezzasadne.

***

Polska potrzebuje Netflixa

Z zasobów Netflixa mogą korzystać mieszkańcy 41 krajów. W Europie jest dostępny dla użytkowników z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Norwegii, Danii, Finlandii, Szwecji i Holandii. Pod koniec stycznia polską sieć zelektryzowała wiadomość o możliwym wejściu platformy na nadwiślański rynek. Wszystko przez dociekliwego internautę, który na stronie serwisu, wśród wielu ogłoszeń o poszukiwaniu pracowników, znalazł to dotyczące specjalistów-lingwistów. Wśród wymienionych języków znalazł się także polski. Co to oznacza?

Wygląda na to, że Netflix szuka osób, które pomogą mu w regionalizacji, a więc dostosowaniu się do nowego rynku. Rodzimi internauci powiązali tę informację z ogłoszonymi niedawno planami wejścia w 2014 r. do kilku krajów europejskich (z nazwy wymieniono na razie Francję i Niemcy), a także ze skłaniającymi do inwestycji wynikami platformy, która w III kwartale ubiegłego roku mogła się pochwalić ponad 40 mln użytkowników, przychodami na poziomie 1,1 mld dol. i zyskiem netto w wysokości 32 mln dol. Zaczęto więc spekulować na temat podboju Polski przez popularny serwis streamingowy i przeliczać, ile w złotówkach będzie trzeba zapłacić za miesięczny abonament. Joris Evers, dyrektor w departamencie globalnej komunikacji serwisu, studzi emocje: – Szukamy ludzi z różnego rodzaju umiejętnościami. Jest jeszcze zbyt wcześnie, by rozmawiać o Netflixie w Polsce.

Jeżeli jednak włodarze amerykańskiego serwisu śledzą polski rynek VOD, czyli wideo na żądanie – a z pewnością to robią – dojdą do kilku dosyć oczywistych wniosków: jest spory, przeżarty piractwem, legalne alternatywy są zaś mało atrakcyjne i w starciu z bogatą biblioteką Netflixa prezentują się nader blado.

Wedle badania przeprowadzonego przez GfK Polonia pod koniec ubiegłego roku na zlecenie firmy Atmedia 9,4 mln osób, czyli prawie połowa polskich internautów, ogląda filmy i seriale w sieci. Z czego 2,4 mln zapłaciło za treści dostępne online, sądząc, że ich dostawcy działają legalnie, a drugie tyle, wiedząc, że działają nielegalnie (dane z raportu „Co oglądasz w internecie?” IAB Polska). To pokazuje, jak wielki jest rynek, oraz wskazuje największe zagrożenie, z jakim uporać musi się każdy, kto chciałby w sposób legalny udostępniać filmy i seriale internautom – pirackie serwisy streamingowe. Tylko w okresie od czerwca do września 2013 r. w naszym kraju otworzonych zostało ponad pół setki tego typu stron, do niedawna najpopularniejszy nad Wisłą Kinomaniak.tv (w połowie stycznia zamknięty w niejasnych okolicznościach) pochwalić się mógł ponad 1,5 mln unikalnych użytkowników miesięcznie. Szacowane zsumowane obroty działających w Polsce serwisów oferujących pirackie treści liczone są w miliardach złotych.

W kontekście wejścia Netflixa do Polski i długoterminowej działalności serwisu w naszym kraju pocieszać się można tym, że z powyższych statystyk wynika, iż nasi rodacy w sporej części są gotowi płacić za treści wideo oglądane w sieci. Warunki są dwa: atrakcyjna oferta i równie atrakcyjna cena.Twór

Taylor Schilling w serialu „Orange Is the New Black”.Lionsgate Television/The Kobal Collection/ForumTaylor Schilling w serialu „Orange Is the New Black”.
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną