Kultura

Sztuka zakupów

Niezwykłe kolekcje Grażyny Kulczyk

Grażyna Kulczyk wśród dzieł ze swojej kolekcji, prezentowanych w jej poznańskiej Galerii Stary Browar. Grażyna Kulczyk wśród dzieł ze swojej kolekcji, prezentowanych w jej poznańskiej Galerii Stary Browar. Przemysław Graf / Reporter
Zaangażowanie Grażyny Kulczyk w rynek sztuki może się wydawać kaprysem znudzonej miliarderki. Ale przyniosło największą w Polsce prywatną instytucję kultury i najbardziej okazałą kolekcję sztuki współczesnej.
Warsztaty tańca współczesnego w ramach całorocznego programu „Stary Browar Nowy Taniec”.Marek Degórski Warsztaty tańca współczesnego w ramach całorocznego programu „Stary Browar Nowy Taniec”.
Art&Fashion Festival - kolejna z imprez organizowanych przez Grażynę Kulczyk.Mateusz Owsianny/EAST NEWS Art&Fashion Festival - kolejna z imprez organizowanych przez Grażynę Kulczyk.
Jedna z prac z kolekcji Grażyny Kulczyk - Edward Krasiński, bez tytułu, 1966/1984.Andres Valentin Gamazo Jedna z prac z kolekcji Grażyny Kulczyk - Edward Krasiński, bez tytułu, 1966/1984.

Przyglądanie się działaniom Grażyny Kulczyk przypomina zabawę w ruskie matrioszki: w jednej kryje się kolejna, a w niej następna. Ta największa, zewnętrzna, kojarzy się z wielkim biznesem. Jak na zamożną osobę przystało, rozlokowanym w licznych spółkach i firmach, możliwym do prześledzenia tylko przez wnikliwych analityków. Do wiadomości publicznej przenikają strzępy, jak choćby informacja sprzed dwóch lat o zakupie za równowartość ponad 200 mln zł biurowca w centrum Londynu. Podobnie jak niewiele wiadomo, gdzie lokuje swoje niemałe (wg „Forbesa” jej majątek szacowany jest na 1,5 mld zł, według innych źródeł – na 2,4 mld) kapitały. To wizerunek prawdziwej bizneswoman; grzecznej acz zdystansowanej, zasadniczej w negocjacjach i walczącej o swoje. Gdy trzeba, potrafiącej wykorzystać swe staranne prawnicze wykształcenie, z ukończoną aplikacją sędziowską.

Sztuka konsumpcyjna

Druga z kolei matrioszka to także kobieta interesu, choć w jej wizerunek wkradają się już elementy, rzec by można, artystowskie. By poznać taką Grażynę Kulczyk, najlepiej wybrać się w poznański kwartał wytyczony ulicami: Półwiejską, Kościuszki, Ratajczaka i Ogrodową. Najlepiej zacząć od hotelu o przydługiej jak na taką instytucję nazwie Blow Up Hall 50/50. Designerskie wnętrza, wszędzie mnóstwo dzieł sztuki, pokoje, które wydają się sypialniami ekscentrycznych muzyków lub projektantów mody, iPhone’y zamiast kluczy i dania w przyhotelowej restauracji wyglądające jak misterne połączenie ogrodu zen z barcelońską Sagradą Familią. Za pieniądze zainwestowane w ten nieduży hotelik można by pewnie wybudować i wyposażyć wielki, standardowy 3-gwiazdkowy kombinat noclegowy. Te 50/50 w nazwie ujawnia filozofię drugiej matrioszki: 50 proc. biznesu i 50 proc. sztuki.

Ale wizytówką najbardziej spektakularną pozostaje znajdujący się po sąsiedzku Stary Browar. Wyrósł niemal z gruzów dawnej warzelni piwa i zaczął działalność w 2003 r. Teoretycznie to handlowa maszynka do robienia pieniędzy. Ale zwiedzający to miejsce eksperci ze świata łapali się za głowy: ten biznes nie może się udać. Kto przy zdrowych zmysłach zostawia na przykład wielką otwartą przestrzeń i zawiesza w niej jedną tylko rzeźbę, zamiast zabudować ją galeryjkami i wcisnąć kolejne 20 sklepów? Do tego liczne koncerty i wydarzenia artystyczne, na tyle ambitne, że nowych klientów nie przyciągną, ale na emerytów, których na bilet do filharmonii czy teatru nie stać, działają jak magnes. Ot, takie rodzime połączenie Harrodsa z galerią Tate Modern, w którym sztuka i handel mieszają się na każdym kroku w desig­nerskim splocie.

W 2011 r. pojawiła się informacja, że Grażyna Kulczyk chce sprzedać Stary Browar. Nie znalazła kupca czy się rozmyśliła – nie wiadomo.

Stół z dwunastoma kapeluszami

Matrioszka trzecia już niemal pozbawiona jest biznesowego image’u. Ów tytułowy stół, przy którym zasiadła, nazywa się Art Stations Foundation i jest pomysłem Grażyny Kulczyk na kulturę. Fundacja powstała niemal równocześnie z otwarciem Starego Browaru, tam też ma siedzibę. W ciągu 10 lat zorganizowała blisko 600 projektów artystycznych, co daje jej prawo do chwalenia się tytułem największej prywatnej instytucji kultury w kraju. 2 tys. m kw. powierzchni wystawienniczej i średniej wielkości sala koncertowo-teatralna. A na stole przybyło kapeluszy. Policzmy pozostałe 11: muzyka, taniec współczesny, moda, design, film, literatura, teatr performatywny, edukacja kulturalna, fotografia, warsztaty artystyczne oraz wykłady i panele dyskusyjne, wydawnictwo Mundin. Do tego programy edukacyjne dla dzieci i młodzieży oraz aktywizujące ludzi z grupy 60+. Czyli oferta dla tych, których instytucje kultury z reguły traktują po macoszemu. Stosunkowo niewielka (zatrudnienie stałe to około 10 osób), ale sprawna maszyna produkująca wydarzenia artystyczne i kulturalne.

Oczywiście niektóre z tych kapeluszy Grażyna Kulczyk lubi zakładać bardziej od innych. Na pewno ten z napisem „taniec współczesny”. Spięty wielkim, całorocznym programem „Stary Browar Nowy Taniec”, a w nim performance’y, produkcje spektakli, warsztaty, rezydencje artystów, a nawet projekty badawcze. Włączono go do dużego międzynarodowego programu Modul Dance, któremu patronuje Unia Europejska, współfinansując go.

Art&Fashion Festival to ważna impreza poświęcona modzie. Tajemnicze Mundin jest z kolei wydawnictwem artystycznym założonym wspólnie z Honzą Zamojskim. Ale najbardziej znoszonym i ulubionym nakryciem głowy pozostaje z pewnością ten z napisem „sztuka”.

Pewnej nocy weszła do mojego pokoju infantka Velázqueza

I tak oto dochodzimy do ostatniej matrioszki, tej, którą pewnej nocy nawiedziła bohaterka z obrazu hiszpańskiego malarza. Kiedy to się stało? Być może już na studiach. Grażyna Kulczyk wspomina: – Wprawdzie studiowałam prawo, ale w kulturze i sztuce siedziałam po uszy. Jako szefowa rady klubów studenckich stale bywałam na artystycznych imprezach, miałam mnóstwo znajomych wśród studiujących historię sztuki, a oni z kolei wprowadzili mnie w krąg młodych twórców z ASP.

Tak ją to wciągnęło, że zaczęła sobie dorabiać wykładami o sztuce. Jeździła po powiatowych domach kultury i opowiadała o artystach i ich dziełach. – Prelekcje wygłaszałam bardzo przekonująco, z pozycji osoby, która dokładnie wie, co mówi. Dziś mogę jednak się przyznać, że ich teksty pisał niekiedy za mnie mój przyjaciel studiujący historię sztuki – wspomina. To wtedy po raz pierwszy zabawiła się w kolekcjonerkę: polskich plakatów. – Mam je gdzieś pochowane, może kiedyś zorganizuję taką sentymentalną ich wystawę.

Po raz drugi infantka mogła ją nawiedzić, gdy była już żoną robiącego szybką karierę biznesmena Jana Kulczyka. Jako ludzi zamożnych stać ich było na dużo więcej niż plakaty Starowieyskiego czy Lenicy. Pojawiły się więc obrazy. Marszandzi mieli wówczas taki żelazny zestaw „dla milionerów”: Malczewski, Kantor, Nowosielski, może jeszcze kilka nazwisk. Drogo i efektownie. – Nie uważam, by to było kolekcjonowanie. Kupowaliśmy to, co oferowano, nie wiedząc nawet, w którą stronę można by odejść, czym innym się zainteresować, czego szukać. Ot, po prostu nabywanie tego, co dobrze dekorowało ściany i przynosiło prestiż.

W 1990 r. Grażyna Kulczyk zaczęła prowadzić w Poznaniu salon samochodowy Volkswagena. A w nim – ku powszechnemu zaskoczeniu – zainstalowała też niedużą galerię sztuki promującą młodych, nieznanych artystów. Wkrótce zrobił się tam wręcz salon artystyczny miasta. – Upiekłam kilka pieczeni na jednym ogniu. W salonie był ruch, a artyści mieli rzadką okazję sprzedać swoje prace. Samochody kupowali wówczas niemal wyłącznie mężczyźni, a przy finalizacji transakcji przekonywałam ich: pan ma już piękne auto, to proszę jeszcze dokupić ten obraz na prezent dla żony. Często skutkowało. Z czasem w owej galerii, potocznie nazywanej „W garażu”, młodych na dorobku zastąpili bardziej zasłużeni, jak Franciszek Starowieyski czy Roman Cieślewicz. Czy to wówczas nadeszła infantka? Być może.

Spirala

Trudno ustalić moment, w którym z miłośniczki sztuki stała się kolekcjonerką. Grażyna Kulczyk pamięta jednak to uczucie, gdy po raz pierwszy osobiście kupowała dzieła sztuki za granicą, licytując w londyńskim domu aukcyjnym Sotheby’s. Kupiła wówczas m.in. dwa obrazy Andy Warhola. – Pomyślałam sobie wówczas: jakie to ekscytujące uczestniczyć w takim wydarzeniu – wspomina.

Teoretycznie nie powinna być dobrym kolekcjonerem. Nie otacza się doradcami i ekspertami, nie ma utytułowanego kuratora zbiorów. Wszystko robi sama: wyszukuje prace, studiuje katalogi aukcji i internetowe oferty galerii, licytuje przez telefon, negocjuje ceny. Kieruje się intuicją i coraz większą, ale jednak ciągle jeszcze nieprofesjonalną, wiedzą. – Pamiętam pierwsze lata moich wyjazdów na wielkie światowe targi sztuki – wspomina. – To był obłęd. Biegałam z pawilonu do pawilonu i od stoiska do stoiska. Wszystko mi się podobało, nie wiedziałam, na co się zdecydować. Pierwszy dzień kończyłam sztywna ze zmęczenia i ze stresu: co kupić?! Decyzje biznesowe przychodziły mi dużo łatwiej. Dziś nadal biega po targach, ale przyjęła już system. Pierwszego dnia dokonuje wstępnego wyboru, dwa, trzy dni myśli i przeżywa, a ostatniego dnia dokonuje ostatecznych wyborów.

Początkowo spektrum jej zainteresowań było bardzo szerokie; mieściły się w nim praktycznie wszystkie nurty i kierunki współczesnej sztuki, może z wyjątkiem neoekspresjonizmu. Dzięki temu dziś prace z jej kolekcji można układać w różne konstelacje i na wystawach budować z nich przeróżne narracje.

Z czasem kolekcjonerskie zainteresowania Grażyny Kulczyk coraz bardziej zaczęły skupiać się na sztuce minimalistycznej i konceptualnej, oszczędnej w środkach wyrazu, kontemplacyjnej, przez wielu uznanej za wyzbytą emocji. – Nie jest to sztuka łatwa, dojrzewałam do niej długo. Podobnie jak nie sądziłam niegdyś, że może mnie zafascynować pogranicze sztuki i nauki i powstające na tym styku dzieła. I choć jestem konsekwentna w tych wyborach, to czynię w nich jeden wyjątek; nie jestem w stanie sobie odmówić zakupu prac artystek – kobiet idących odważnie własną drogą twórczą.

I rzeczywiście ma ich imponującą reprezentację: od Aliny Szapocznikow, Zofii Kulik, Natalii LL, Katarzyny Kozyry czy Doroty Nieznalskiej po gwiazdy światowego formatu, jak Rosemarie Trockel, Jenny Holzer, Joan Mitchell. Tu dochodzimy do kolejnej osobliwości zbiorów poznańskiej kolekcjonerki. Mamy bowiem w kraju kilka wspaniałych prywatnych kolekcji polskiej sztuki nowoczesnej i współczesnej (Krzysztofa Musiała czy Teresy i Andrzeja Starmachów). Ale żadnych liczących się zbiorów sztuki światowej – właśnie z tym wyjątkiem. Donald Judd, Sol LeWitt, Antoni Tapies, Olafur Eliasson, Anselm Kiefer czy Andreas Gursky – to są twórcy z najwyższej światowej półki. Żadne publiczne muzeum w Polsce nie ma w swej stałej kolekcji takiego artystycznego portfolio światowej sztuki ostatnich dziesięcioleci; ani krakowski MOCAK, ani łódzkie Muzeum Sztuki, ani warszawskie CSW czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Od światowej czołówki kolekcjonerskiej, czyli zbiorów Leona Blacka, Françoisa Pinault, Cohenów czy Broadów, dzieli jeszcze Grażynę Kulczyk spory dystans, ale w kraju właściwie nie ma jej z kim lub z czym porównywać.

Gdy pieniędzy wiele…

...wkoło przyjaciele – chciałoby się automatycznie dokończyć owo powiedzonko. Ale nie w wypadku tej kolekcji. Od kiedy powstał Stary Browar, pokazywana była w nim regularnie, choć po trochu, na kolejnych wystawach. Jednak pod koniec ubiegłej dekady właścicielka doszła do wniosku, że czas na stałą ekspozycję. O projekt zwróciła się do jednego z najwybitniejszych architektów ostatniego półwiecza Japończyka Tadao Ando. Ten stworzył projekt muzeum, które miało być zbudowane w parku sąsiadującym ze Starym Browarem, ale nie na powierzchni, lecz niemal w całości pod ziemią, na głębokości 15 m. Z wodospadami opadającymi z poziomu parku w głąb ziemi i z właściwym temu twórcy metafizycznym duchem. Grażyna Kulczyk zabrała wszystkie zgody na budowę i złożyła władzom miasta następującą propozycję: z własnych funduszy opłaci budowę muzeum i przekaże do niego swoje zbiory. Miasto w zamian ma przejąć na siebie ciężar codziennej eksploatacji placówki. Władze nie były zainteresowane.

W połowie lutego tego roku wystawę prac z kolekcji Grażyny Kulczyk otwarto za to w madryckiej Santander Art Gallery. Po raz pierwszy w historii prestiżowa europejska galeria zaprosiła naszego kolekcjonera, by pochwalił się tym, co zgromadził. Zaprezentowano ponad sto dzieł. Starannie przygotowaną i intrygująco zatytułowaną („Każdy dla kogoś jest nikim”) wystawę zrelacjonowały miejscowe media. Dziennik „La Razon” pisał „Polska awangarda wdziera się do Madrytu” – co charakterystyczne o tyle, że większą uwagę niż na międzynarodowe gwiazdy, zwrócono w stolicy Hiszpanii na naszych artystów.

Jakiś czas temu środowisko zelektryzowała wiadomość, że w wysokich górach szwajcarskiej Gryzonii Grażyna Kulczyk kupiła kolejny browar i ma zamiar wyprowadzić do niego swoje zbiory. Kolekcjonerka prostuje: – Browar jest niewielki, raptem jakieś tysiąc metrów powierzchni ekspozycyjnej, ponadto podzielonej na stosunkowo małe pomieszczenia, do których dobudowuję podziemną kilkusetmetrową salę wystawową. Na pewno będę tam prezentowała polską sztukę, ale o przeniesieniu całej kolekcji mowy być nie może.

Wiadomo też, że właścicielka Starego Browaru rozpatrywała ewentualne przekazanie zbiorów w depozyt dużego muzeum. Zapewne ze stratą dla kolekcji, bo trudno sobie wyobrazić, by była ona wówczas należycie wyeksponowana. Aż dziw bierze, że żadne duże miasto (Warszawa, Kraków, Wrocław) nie pomyślało dotychczas, by skusić Grażynę Kulczyk do wspólnego przedsięwzięcia. Bo na zaangażowanie Ministerstwa Kultury trudno dziś liczyć w sprawach muzealnych, w które nie jest wplątany Jan Paweł II.

Wszystkie śródtytuły są tytułami prac znajdujących się w kolekcji Grażyny Kulczyk, w kolejności pojawiania się: Natalii LL, Ewy Kulasek, Tadeusza Kantora, Gunthera Ueckera i Marcina Maciejowskiego.

Polityka 15.2014 (2953) z dnia 08.04.2014; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Sztuka zakupów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną