Kultura

Fan i władca

Coraz bliżej premiery nowej części „Gwiezdnych wojen”. Na razie mamy zwiastun

Siódmy, reżyserowany przez J.J. Abramsa, film – „Przebudzenie mocy” – zapowiadany jest na grudzień 2015 r.

Premierę „Przebudzenia mocy”, siódmej część sagi, twórcy zapowiadają na grudzień 2015 r. Ale w przypadku tego filmu nawet zwiastun jest prawdziwym kulturalnym wydarzeniem. Pierwszy, opublikowany jeszcze w listopadzie (drugi od góry), pokazano w 30 amerykańskich teatrach, a brytyjski „The Guardian” relacjonował (na żywo!) reakcje internautów.

Po czterech dekadach, jakie upłynęły od premiery „Nowej nadziei”, i ponad 4 mld dol., jakie kosmiczna saga zarobiła dzięki samym wpływom z biletów, z lekkim rozbawieniem czyta się o początkach jednego z największych popkulturowych światów w historii. Te nie były łatwe, bo w projekt George’a Lucasa nikt nie wierzył. Producenci z Twentieth Century Fox pozwolili na jego realizację wyłącznie z powodu sukcesu poprzedniego filmu reżysera, „Amerykańskiego graffiti”. Na pierwszym pokazie testowym szefowie studia przysypiali. Dlatego właśnie – z uśmiechami na twarzach – oddali Lucasowi, w zamian za redukcję jego gaży, prawa do kontynuacji oraz do zabawek i gadżetów związanych z „Gwiezdnymi wojnami”. Sądzili, że sporo na tym zaoszczędzą, bo kto by tam chciał oglądać opowieści o ryce­rzach Jedi i statkach kosmicznych.

Dziś decyzję tę uważa się za najgorszą w historii show-biznesu, w Foxie żałują zaś, że stracili na tej transakcji miliardy dolarów. Trzeba jednak oddać studiu sprawiedliwość. Nie poznali się na kurze znoszącej złote jajka, bo w latach 70. ubiegłego wieku kino science fiction nic wspólnego ze złotem nie miało. Niechęć do tego rodzaju historii była tak duża, że właściciele kin wyświetlali „Nową nadzieję” wyłącznie dlatego, że dystrybutor postawił im ultimatum: albo wezmą kopie obrazu Lucasa, albo nie dostaną taśm z „Drugą stroną północy” z Susan Sarandon, któremu to filmowi prognozowano gigantyczny sukces.

Dziś o tym drugim nikt już nie pamięta, „Gwiezdne wojny” stały się zaś fenomenem i marką rozpoznawalną na całym świecie. Każdy wie, kim jest Darth Vader, co to jest miecz świetlny, że Hana Solo grał młody Harrison Ford. Bez problemu także rozpoznaje się i naśladuje charakterystyczną składnię wypowiedzi Mistrza Yody.

Przede wszystkim jednak wartość marki „Star Wars” zbudowała przez tych 40 niemal lat licząca setki milionów, wciąż powiększająca się społeczność fanów.

Oba-Ma Kenobi

Każdego roku, 4 maja, fani obchodzą święto „Gwiezdnych wojen”, czyli Międzynarodowy Dzień Gwiezdnych Wojen (Star Wars Day). Wybór daty był nieprzypadkowy. Po pierwsze, właśnie w tym miesiącu do kin w Stanach Zjednoczonych trafiały kolejne epizody serii – tradycję tę złamać ma dopiero siódmy, reżyserowany przez J.J. Abramsa, film, który zapowiadany jest na grudzień 2015 r. Po drugie, 14 maja urodziny obchodzi George Lucas, który – choć niejednokrotnie podpadł fanom, przez co większość jednocześnie kocha go i nienawidzi – pozostaje ojcem uwielbianego przez nich świata. Kluczowe było jednak fonetyczne podobieństwo oryginalnego cytatu z filmu, „May the Force be with you” (Niech Moc będzie z tobą) i hasła „May the 4th be with you” („Czwarty maja będzie z tobą”).

Fani „Gwiezdnych wojen” paradują w Kalifornii.Gus Ruelas/Reuters/ForumFani „Gwiezdnych wojen” paradują w Kalifornii.

Moc naprawdę jest z miłośnikami „Gwiezdnych wojen”, którzy, gdy się zbiorą, potrafią dokonać rzeczy imponujących. Jak choćby projekt Star Wars Uncut, czyli nakręcona przez fanów wersja ich ukochanych filmów, składająca się z 15-sekundowych scen, każdej przygotowanej przez inną grupę, w innej technice, czy to z udziałem aktorów, czy za pomocą animacji, czy zagranej z pomocą pacynek.

Wszystko się udaje, ponieważ tak zwani Warsis są wszędzie, piastują nawet najważniejsze urzędy – niedawno amerykańskie media donosiły o tym, że podczas imprezy promującej kandydaturę Chicago jako organizatora igrzysk olimpijskich Barack Obama popisywał się umiejętnościami władania (plastikowym) mieczem świetlnym. Jego zwolennicy z ulgą odnotowali, że wybrał oręż z niebieskim laserowym „ostrzem”, który to kolor charakterystyczny jest dla rycerzy Jedi, a więc tych dobrych.

Być może wstawiennictwo szefa pomogło także w uzyskaniu rozbudowanej, oficjalnej odpowiedzi Białego Domu na petycję w sprawie budowy przez USA Gwiazdy Śmierci – olbrzymiej, potrafiącej niszczyć całe planety stacji kosmicznej, znanej z trzeciego w serii filmu „Powrotu Jedi”. Sygnatariusze, których było ponad 44 tys., argumentowali, że realizacja projektu pociągnęłaby za sobą nie tylko znaczną poprawę w dziedzinie obronności kraju, ale także skok zatrudnienia wśród inżynierów i budowlańców. I choć nikt nie oczekiwał pozytywnej odpowiedzi, ta, którą dostali, bardzo ich zaskoczyła.

Na petycję odpisał mianowicie Paul Shawcross, w administracji Obamy odpowiedzialny za działy nauki i kosmiczny, w samym tytule pokazując, że i jemu nie są obce ścieżki Mocy. Swój list zatytułował „To nie jest odpowiedź na petycję, której szukacie”, co stanowi nawiązanie do kolejnego słynnego cytatu z „Nowej nadziei”, kwestii: „To nie są droidy, których szukacie”, wypowiadanej przez Obi-Wana Kenobiego – już pierwszym zdaniem przekonał więc do siebie fanów.

Dalej tłumaczył, że choć zarówno kwestie bezpieczeństwa, jak i bezrobocia są dla Białego Domu niezwykle istotne, nie zdecydują się jednak zbudować Gwiazdy Śmierci. Po pierwsze dlatego, że – jak wyliczyli studenci z Leigh Univeristy – kosztowałoby to 850 biliardów dol., a Stanom zależy na zmniejszaniu deficytu, nie zaś jego radykalnym zwiększaniu. Po drugie, administracja Baracka Obamy nie popiera wysadzania planet. Po trzecie wreszcie, Shawcross nie widział sensu w budowaniu niezwykle kosztownej stacji, która – co wiemy z „Powrotu Jedi” – obarczona jest błędem konstrukcyjnym, umożliwiającym jej zniszczenie za pomocą jednoosobowego statku kosmicznego.

Fani „Gwiezdnych wojen” w Budapeszcie. Widok takich jednostek militarnych na ulicy nikogo nie szokuje.Karoly Arvai/Reuters/ForumFani „Gwiezdnych wojen” w Budapeszcie. Widok takich jednostek militarnych na ulicy nikogo nie szokuje.

Gwiazda Śmierci na komary

Petycja w sprawie Gwiazdy Śmierci to doskonały dowód nie tylko na to, że fani „Gwiezdnych wojen” są wszędzie (i niekoniecznie są to faceci w stroju Dartha Vadera, ale choćby osoby udające, że używają Mocy do otwierania automatycznych drzwi w supermarkecie), lecz także rozpoznawalności i estymy, jaką cieszy się to fikcyjne uniwersum.

To zresztą niejedyny przypadek, w którym Biały Dom nawiązywał do sagi Lucasa – gdy w 1983 r. Ronald Reagan zapowiedział utworzenie systemu wyrzutni rakiet i dział laserowych, mających bronić Stany przed atakami nuklearnymi, szybko ochrzczono go mianem projektu Star Wars, Związek Radziecki nazywano zaś „złym imperium”, co stanowi nawiązanie do Imperium Galaktycznego. W czasie wojny w Wietnamie armia USA szukała natomiast… rycerzy Jedi, a więc superżołnierzy, którzy potrafiliby między innymi zabijać samym spojrzeniem (ich historię opowiada film „Człowiek, który gapił się na kozy”).

W innym wojskowym projekcie wyraźnie wzorowano się na wyglądzie kombinezonów Szturmowców armii Imperium, jednakże ze względu na koszty U.S. Army’s Future Soldier Initiative nie wyszedł poza fazę konceptów. Większe szanse na masową produkcję mają opracowywane właśnie transportowce przystosowane do poruszania się w trudnym terenie, dla których inspiracją były kroczące maszyny z „Gwiezdnych wojen”, czyli AT-ATy.

Największy wpływ wyobraźnia George’a Lucasa miała jednak na świat nauki. Bo choć same „Gwiezdne wojny” w bardzo luźny sposób podchodziły na przykład do praw fizyki, na co dowodem słynne lasery wydające dźwięki w kosmicznej próżni, nietrudno wskazać technologie i gadżety powstałe pod wpływem opowieści o walce Rebeliantów z Imperium Galaktycznym. Poczynając od dronów i trójwymiarowych hologramów, poprzez bioniczne protezy kończyn, takie jak w filmach mieli Darth Vader i Luke Skywalker, na miniaturowej Gwieździe Śmierci kończąc. Tę ostatnią skonstruował Nathan Myhrvold, były pracownik Microsoftu, który za jej pomocą ma zamiar wydać wojnę malarii – urządzenie jest bowiem w stanie zabić, za pomocą lasera, lecącego komara.

Religia z odległej galaktyki

Sposobów, w jaki miłość do „Gwiezdnych wojen” inspiruje do czynienia dobra, jest jednak więcej. Podczas kiedy jedni pracują nad ostatecznym rozwiązaniem kwestii latających krwiopijców, inni na przykład angażują się we wspieranie akcji charytatywnych – specjalistami są zwłaszcza fani przebierańcy, zgrupowani w organizacjach typu Legion 501, który zrzesza tysiące osób z całego świata, w tym z Polski.

Prezydent USA bawi sie mieczem świetlnym.Win McNamee/Getty ImagesPrezydent USA bawi sie mieczem świetlnym.

Szturmowców imperium znajdziemy dumnie kroczących w różnej maści paradach czy z puszkami w rękach, zachęcających do wspomagania datkami choćby ofiary huraganu. W Warszawie ze znaczkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy regularnie paraduje robot R2D2, zdarzyło się nawet, że dwóch żołnierzy Dartha Vadera pełniło wartę przed krzyżem na Krakowskim Przedmieściu.

Niemała grupa ludzi poszła jeszcze o krok dalej i przeszła na jedizm. Zaczęło się od spisu powszechnego w Anglii i Walii z 2001 r., w którym ponad 390 tys. osób zadeklarowało, że są wyznawcami tej religii, co dawało jej czwarte miejsce w rankingu wyznań. Wprawdzie w 2012 r. zanotowano znaczny spadek, do nieco ponad 170 tys. osób, wciąż jednak wystarczyło to na wysoką, siódmą lokatę. Według niektórych szacunków na całym świecie (ze wskazaniem na kraje anglosaskie) do Kościoła Jedi należy około 500 tys. wyznawców, z czego 70 tys. w Australii, 53 tys. w Nowej Zelandii i 15 tys. w Czechach. Nie sposób rzecz jasna określić, ile osób rzeczywiście przyjęło nową religię, ile natomiast deklaruje ją w spisach w ramach żartu albo protestu.

Wiadomo jednak, że jedizm jest na fali wznoszącej, coraz więcej osób przekonuje się do doktryny opartej na dążeniu do ładu, wiedzy i pełnego skupienia, coraz więcej osób wierzy w istnienie Mocy. Doszło już nawet do kilku incydentów, z czego najgłośniejszy był ten z 2009 r., czyli wyrzucenie założyciela Międzynarodowego Kościoła Jedi Daniela Jonsa z marketu Tesco w walijskim Bangor za odmowę zdjęcia kaptura. Mężczyzna tłumaczył, że to jego religijne nakrycie głowy, przy czym właściciel sklepu wygłosił oświadczenie, w którym zarzekał się, że Jedi są w nim mile widziani, o ile zdejmą kaptury – w końcu nawet Luke Skywalker, Yoda czy Obi-Wan Kenobi nie nosili ich cały czas. Rok później podobne nieprzyjemności spotkały wyznawcę jedizmu z Essex. Ten jednak doczekał się ostatecznie przeprosin.

Co ciekawe, wedle oficjalnej doktryny Kościoła Jedi ich wierzenia są ledwie podobne do systemu religijnego przedstawionego w „Gwiezdnych wojnach”. Ani George Lucas, ani same filmy nie stanowią dla nich obiektów kultu, bo jedizm nie opiera się na fikcji, ale wyrasta z obserwacji Mocy, czyli przenikającej wszystko kosmicznej energii. To, co każdy mógł zobaczyć w kinie, Kościół Jedi klasyfikuje jako mit.

Ten natomiast wkrótce, bo już w grudniu przyszłego roku, doczeka się rozwinięcia, z tą różnicą, że u steru produkcji George’a Lucasa zastąpi J.J. Abrams, człowiek, który ma już na koncie sukces w postaci tchnięcia nowego życia w inną kosmiczną sagę, „Star Trek”. Tym razem oczekiwania są jednak o wiele większe, skalę zainteresowania, jakim cieszą się filmy z serii „Gwiezdne wojny”, obrazuje chociażby fakt, że gdy po 16 latach od wejścia do kin ostatniej części pierwszej trylogii na ekranach debiutowało „Mroczne widmo”, w samych Stanach ponad 2 mln osób wzięło wolne w pracy tylko po to, by jak najwcześniej stanąć w kolejce po bilety. Fakt, przeżyli ogromne rozczarowanie, nie lepiej było także z kolejnymi dwoma obrazami, a więc „Atakiem klonów” i „Zemstą Sithów”, zdaje się jednak, że ich entuzjazm od tego czasu co najwyżej wzrósł i w dniu premiery siódmego epizodu po raz kolejny będą szturmować kina.

Do dwóch pokoleń miłośników „Gwiezdnych wojen” dołączą więc kolejne, studio Fox zyska zaś kilka nowych powodów, by pluć sobie w brodę – saga Lucasa ma spore szanse, by odebrać Harry’emu Potterowi pierwsze miejsce na liście najbardziej dochodowych filmowych franszyz w historii kina.

materiały prasoweStar Wars VII
Polityka 18.2014 (2956) z dnia 27.04.2014; Ludzie i style; s. 113
Oryginalny tytuł tekstu: "Fan i władca"
Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną