Kultura

Rzeźbienie w czasie

„Boyhood” w kinach, czyli dojrzewanie na ekranie

Masona zagrał Ellar Coltrane, wyłowiony na castingu w rodzinnym Austin w Teksasie w 2002 r. Masona zagrał Ellar Coltrane, wyłowiony na castingu w rodzinnym Austin w Teksasie w 2002 r. Universal Pictures
Do kin wchodzi film wielki i szalony. Nie dlatego, że powstawał 12 lat, ale dlatego, że ten czas reżyser wykorzystał, żeby jak jeszcze nikt dotąd opowiedzieć o dojrzewaniu.
Co ciekawe, Linklater uważa, że wieloletnia praca nad filmem nie wpłynęła na Ellara.Universal Pictures Co ciekawe, Linklater uważa, że wieloletnia praca nad filmem nie wpłynęła na Ellara.
Ellar Coltrane jako dorastajacy Mason w filmie „Boyhood”.Universal Pictures Ellar Coltrane jako dorastajacy Mason w filmie „Boyhood”.

Artykuł w wersji audio

Kręcony przez 12 lat z tymi samymi aktorami „Boyhood” Richarda Linklatera to niezwykła, olśniewająca medytacja na temat dojrzewania, rodzicielstwa i upływu czasu. Bezpretensjonalny, skromny, blisko trzygodzinny film po miesiącu rozpowszechniania zarobił na amerykańskim rynku ponad 8 mln dol. (kosztował 2,4 mln). Znacznie więcej niż przeciętna niezależna produkcja. Doceniono go też w Europie, gdzie subtelne wartości artystyczne nie odstraszają mniej ambitnej publiczności. Na tegorocznym Berlinale Linklater został uhonorowany za reżyserię. Wróży mu się też przynajmniej kilka oscarowych nominacji.

Intymna kronika pisana kamerą

Recenzenci podkreślają niezwykły sposób realizacji oraz poetyckie piękno złożonej z okruchów codzienności opowieści. Opiniotwórczy „The New York Times” uznał „Boyhood” za jedno z największych wydarzeń amerykańskiego kina nie tylko roku, ale całej dekady. Czołowy krytyk „Los Angeles Review of Books” dopatrzył się w niepozornym, realistycznym obrazie Linklatera odbicia autobiografii noblisty J.M. Coetzeego „Chłopięce lata. Sceny z prowincjonalnego życia”. Pochwał nie szczędził też brytyjski dziennik „The Guardian”, porównując unikatowy eksperyment reżysera do działania wytrawnego, doświadczonego jezuity biorącego na wychowanie chłopca, a wypuszczającego w świat w pełni ukształtowanego mężczyznę.

„Boyhood” mówi o dojrzewaniu i wchodzeniu w dorosłość z punktu widzenia dzieci i rodziców. Jest intymną kroniką pisaną kamerą, której ramy czasowe symbolicznie wyznaczają kolejne etapy szkolnej edukacji. Od przekroczenia bram podstawówki po wybór kierunku i niepewne, pierwsze kroki na studiach. Błękitnookiego delikatnego chłopca o imieniu Mason, z lekko dziewczęcymi rysami twarzy, poznajemy w wieku 6 lat. W prologu z rozmarzeniem wpatruje się w obłoki przesuwające się po niebie, jakby próbując odgadnąć tajemnicę swego losu. Kończymy znajomość, gdy osiąga pełnoletność i niezbyt przekonująco wzbrania się przed wzięciem narkotyku, zachęcany przez koleżankę z akademika.

Dwanaście kluczowych lat, w trakcie których żegna się dzieciństwo, smakuje młodość (dojrzałość?) i przeżywa bolesny proces wyznaczania granic swojej autonomii, prywatności. Szaleństwo pomysłu Linklatera polegało na tym, aby odbyć tę podróż w czasie niejako w rzeczywistym wymiarze. Uchwycić proces dorastania poprzez wieloletnią obserwację zawsze tych samych ludzi. Bez dublerów, infantylnej charakteryzacji, bez głupich efektów specjalnych oraz tandetnych chwytów, powielanych w młodzieżowych programach telewizyjnych i domowym wideo.

Masona zagrał Ellar Coltrane, wyłowiony na castingu w rodzinnym Austin w Teksasie w 2002 r. Siedmioletni wówczas chłopiec zdążył już wystąpić w kilku reklamówkach, ale o wyborze zadecydował jego spokój, zamyślenie i niedająca się opisać aura tajemnicy, która przykuwała uwagę. – Są dzieci, o których łatwo powiedzieć, że wyrosną z nich sportowcy albo doradcy prezydenta. Rodzice Ellara, którzy w międzyczasie się rozwiedli, są artystami. Jego mama zajmuje się tańcem, ojciec jest muzykiem. To wszystko budziło nadzieję, że chłopak poszuka własnej drogi, że nie powtórzy prostego wzoru, na czym nam najbardziej zależało – tłumaczy Linklater, który nie chciał niczego narzucać ani zanadto odbiegać w filmie od życiorysu głównego wykonawcy. Scenariusz powstawał na gorąco w wyniku rozmów, konsultacji, wymiany doświadczeń. Wyznaczony był ogólny kierunek, zasadą było jednak twarde trzymanie się rzeczywistości. Żadnej fikcji, podbijania dramaturgii. Z nieznanym finałem. – Nie miałem pojęcia, kim mój bohater zostanie w przyszłości. Czy, jak i co osiągnie. Wiedziałem tylko, że ma szansę być kimś. Zaufałem mu. Mieliśmy stały, bliski kontakt. Traktowałem go jak swojego bratanka. Cokolwiek złego jednak by się z nim działo, pogodziłbym się z tym i podążał za nim – zapewnia reżyser.

Między fabułą a dokumentem

Co ciekawe, Linklater uważa, że wieloletnia praca nad filmem nie wpłynęła na Ellara. Niczego w rozwoju jego osobowości nie przyspieszyła ani nie pomogła mu dokonać życiowych wyborów. – Nauczyłem się jedynie uważniej przyglądać światu, doceniać każdy moment. Bo niezależnie, czy zwracasz uwagę na to, co się wokół ciebie dzieje, czy nie, rzeczywistość i tak cię zaskoczy – mówi sam aktor.

W roli Samanthy, starszej siostry Masona, reżyser obsadził Lorelei Linklater, swoją córkę. – Ona nie mogła przepuścić takiej okazji – śmieje się. Stworzyła kapitalną żywiołową kreację, bez cienia fałszu. Jej wdzięk i naturalność przed kamerą, sposób, w jaki reaguje, na przykład gdy pierwszy raz słyszy od filmowego ojca, że należy się zabezpieczać, doskonale oddają ewolucję uroczo kapryśnej dziewczynki, która na naszych oczach staje się zbuntowaną nastolatką.

Dla Ethana Hawke’a, wcielającego się w rolę ojca rozwodnika opiekującego się dziećmi jedynie podczas weekendów, było to ósme spotkanie na planie z Linklaterem. Rozpoczęli współpracę przy pamiętnym melodramacie „Przed wschodem słońca”, gdzie zagrał Amerykanina podrywającego w Wiedniu piękną Francuzkę. Głośny tytuł doczekał się dwóch sequeli („Przed zachodem słońca”, „Przed północą”). Całość, nazywana ironicznie słoneczną albo trylogią „Przed…”, przedstawia historię romansu, ukazaną w dziesięcioletnich odstępach. Linklater i Hawke są Teksańczykami, przyjaźnią się od ponad 20 lat, wychowywali się w podobnych warunkach, pochodzą z rozwiedzionych domów. Ich ojcowie pracowali jako agenci ubezpieczeniowi. Oprócz tego łączy ich fizyczne podobieństwo. Wyglądają jak bracia.

Mieliśmy się spotykać raz w roku przez kilka dni w tygodniu. I tak przez 12 lat. Zastanawiałam się tylko, czy film, w którym nic szczególnego się nie dzieje, a udział aktorów sprowadzać się ma do niegrania, wypali – wspomina Patricia Arquette, filmowa matka bohatera, która ma pecha, bo wiąże się z nieodpowiednimi partnerami.

Wypalił. Niemal od pierwszego kadru udziela się jasny, wypełniony nostalgią i ciepłym humorem nastrój filmu, balansującego niepostrzeżenie między fabułą a dokumentem. Trudno w nim oddzielić fragmenty improwizowane od starannie zaplanowanych i wyreżyserowanych. W dialogach jest więcej szczerości, naturalności, spontaniczności niż w większości hollywoodzkich produkcji, nie mówiąc o offowych. Najbardziej zdumiewa wrażenie bezpośredniego uczestnictwa. Widz poznaje bohaterów w różnych codziennych, niekiedy zupełnie błahych sytuacjach na przestrzeni wielu lat. Śledzi zmiany ich zachowania, widzi, jak reagują na siebie nawzajem, ulegają modom, zdobywają doświadczenie, tracą przyjaciół, jak się starzeją i jak zmieniają się gadżety wokół nich. Każdy ma chyba podobne wspomnienia. Dystans szybko znika. Jakby się oglądało alternatywną historię własnej rodziny.

Myśląc o projekcie, zastanawiałem się nad mechanizmami działania pamięci. Jakie obrazy przychodzą do głowy, gdy próbujemy wywołać młodość. Nie są to na ogół przełomowe momenty. Najczęściej zapamiętuje się nastrój chwil, pojawia się luźny ciąg niepowiązanych ze sobą sytuacji. Pozornie nudnych i niewiele znaczących – zwierza się reżyser.

Zamiast na wielkich ludzkich tragediach, takich jak zbrodnia, śmierć, poważna choroba czy nałóg, film koncentruje się na minidramatach. Na niesprawiedliwej ocenie intencji dziecka, niedotrzymaniu obietnicy danej przez ojca, porażce w szkolnym konkursie fotograficznym, rozczarowaniu pierwszą wakacyjną pracą czy zażenowaniu z powodu złamania niepisanych reguł gry między rodzicami i dziećmi. Ten zbiór impresji nieoczekiwanie układa się w przejmującą emocjonalnie całość, obrazującą kształtowanie wrażliwości, budzenie się świadomości, poznawanie własnych możliwości. Prowadzi to do kilku prostych refleksji. Niedoskonali rodzice nie są w stanie zepsuć swoich dzieci. Pierwsza, licealna miłość nie zawsze się sprawdza. Wszyscy pragniemy od życia więcej, a dostajemy mniej. Nie warto łapać chwil, bo – jak mówi Mason – to one nas łapią.

Wielkość filmu polega na tym, że jego banalna filozofia nie razi. Linklater ma oko do sytuacji, które inni reżyserzy ignorują jako nudne i nieistotne, a tak naprawdę tylko w nich można dostrzec przemiany. W filmowej kapsule czasu ożywa przeszłość: pomalowane na fioletowo paznokcie, kolejki po książki o Harrym Potterze, stare przeboje – wszystko to ilustruje etapy życia, ale najważniejsze, że zapisane są tu emocje. Widzimy moment, w którym się rodzą.

Rzeźbienie w czasie

Linklater nie jest pierwszym filmowcem zafascynowanym upływem czasu. W dokumencie docierającym do coraz głębiej ukrytych sekretów życia rodzinnego tego rodzaju zabiegi są na porządku dziennym. Brytyjczyk Michael Apted w dokudramie „7 Up” co siedem lat filmował tych samych ludzi. Czeszka Helena Trestikova drobnego złodziejaszka, który trzy czwarte życia spędził w kryminale, filmowała dwie dekady. Katkę, narkomankę niepotrafiącą zerwać z nałogiem – 17 lat. Honzę, bohatera innego dokumentu – od momentu, gdy pojawia się na świecie, aż do dziś. W sumie 38 lat. Kazimierz Karabasz w słynnym dokumencie „Rok Franka W” cały rok obserwował życie wiejskiego chłopaka w Ochotniczym Hufcu Pracy, a po kilku dekadach powrócił do swojego bohatera i sprawdził, jak potoczyło się jego życie, gdy przechodził na emeryturę. Wybitny rosyjski reżyser Nikita Michałkow sześć lat nagrywał własną córkę Annę. Regularnie co pewien czas stawiał ją przed kamerą i pytał: kim chce zostać, co myśli na temat ojczyzny. W ten sposób portret nastolatki stał się metaforą transformacji kraju.

W kinie fabularnym też podejmowano takie próby. Niedawno Brytyjczyk Michael Winterbottom przez pięć lat cierpliwie realizował z tą samą ekipą dramat „Everyday” o matce z czworgiem dzieci oczekującej na zwolnienie męża z więzienia. Steven Soderbergh, Mike Myers oraz Robert Guediguian odmładzali swoich aktorów, dodając materiały z filmów realizowanych przez nich wcześniej. Ellar Coltrane, grający przez 12 lat Masona w „Boyhood”, powtórzył niejako aktorski wyczyn Daniela Radcliffe’a, który w kolejnych odcinkach dorastał jako Harry Potter. Eksperyment Linklatera – od zawsze stosującego oryginalne pomysły narracyjne – bije jednak na głowę tamte próby.

Nie da się wykluczyć, że bohaterowie „Boyhood” powrócą w kolejnych sequelach. Problemy wieku męskiego, kryzys wieku średniego itd. Z jednej strony chciałoby się to zobaczyć, z drugiej pokora, z jaką Linklater porzuca swego bohatera w momencie zawiązywania przez niego nowych, studenckich przyjaźni, jest wielka, bo pozostawia całą sprawę wyobraźni widzów.

Tak czy inaczej „Boyhood” to wspaniały, wyjątkowy film. Ma swój własny styl, daleki od mainstreamowego kina. Realizm Link­latera, skupiony wokół drobnych wydarzeń, codzienności, jest przezroczysty i niezauważalny. Najlepiej pasuje do niego określenie Andrieja Tarkowskiego: rzeźbienie w czasie. Przypatrując się uważnie filmowemu światu, odczuwa się paradoks życia i działania pamięci. Podczas gdy młodym dzieciństwo wydaje się nieskończenie długą epoką, dorośli postrzegają je jako krótki, intensywny sen.

Polityka 34.2014 (2972) z dnia 19.08.2014; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Rzeźbienie w czasie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną