Kultura

Duch w marmurze

Igor Mitoraj, polski rzeźbiarz w Toskanii

Agencja Gazeta
Odczuwam silną potrzebę odnalezienia trwałych punktów odniesienia, niezmiennych wartości, korzeni cywilizacji, w której wzrastałem – mówił Igor Mitoraj.

[Wywiad ukazał się w 2007 r.]

Piotr Sarzyński: – Czy mógłbym od pana kupić marmurową rzeźbę?
Igor Mitoraj: – Tak, ale nie wcześniej niż za dwa lata. Lista oczekujących jest długa, a ja nad jedną rzeźbą pracuję kilka miesięcy.

Ale widzę, że w rogu salonu stoi bardzo efektowna praca. Ta mogłaby być.
Chętnych do jej kupienia było przed panem już wielu, a proponowano mi naprawdę duże pieniądze. Niestety, nie jest na sprzedaż. Jej historia jest zresztą dość niezwykła. Nazywa się „Ręce”. Wykonałem ją w 1982 r. i wkrótce potem sprzedałem. Jakiś czas temu pojawiła się na rynku i – już znacznie drożej – odkupiłem ją z powrotem. A choć ją bardzo lubię, to u mnie jest właściwie przejściowo. Wkrótce, jako mój dar, trafi do Muzeów Watykańskich. W ogóle muszę wyznać, że trudno mi rozstawać się z własnymi pracami. Niektóre z nich, jak tę, o której mówimy, odkupuję po latach, by pozostały przy mnie.

A równocześnie lubi pan dawać prezenty. W Toskanii, gdzie pan mieszka, w samym centrum Pietrasanty stoi okazały pomnikowy Centaur, w Krakowie zaś na Rynku leży ogromna głowa z brązu. Obie prace to przecież dary.
Zgadza się. W Pietrasancie żyję i pracuję od ćwierć wieku. Tak naprawdę tu nauczyłem się rzeźbić. Uznałem więc, że miastu należy się coś ode mnie. Ten placyk to był właściwie śmietnik. Zatrudniłem ludzi, by go oczyścili, no i Centaur stanął. Z kolei w Krakowie studiowałem, tam zaczęła się moja przygoda ze sztuką. Też chciałem pozostawić pod Wawelem jakiś artystyczny ślad.

W Pietrasancie są zadowoleni z pańskiego daru?
Oczywiście. Czemu miałoby być inaczej?

Dlatego, że w Krakowie rzeźba wywołuje namiętności. Wielu żąda jej usunięcia z Rynku. Z pana głowy nabija się Świetlicki w swoich książkach.
Tak, znam sprawę. Ale wcale nie tak wielu protestuje. Za całą tą akcją, a właściwie za manipulacją, stoją dwie miejscowe panie, które w ten sposób chcą zaistnieć. Są też anonimowe wypowiedzi internetowe, które z dziwną satysfakcją drukuje miejscowa „Gazeta Wyborcza”. To takie typowe dla Krakowa, lokalne piekiełko, zapyziała zawiść, chęć utrącenia kogoś, komu się udało. Kocham to miasto, ale nie wszystko mi się w nim podoba. Ale nawet się cieszę, bo w ten sposób moja rzeźba poruszyła tamtejsze zastygłe środowisko artystyczne. Zresztą lepiej, żeby ludzie spierali się o sztukę, a nie o politykę. Nie mam racji?

Pańskie rzeźby stoją w przestrzeni publicznej wielu miast Europy. I chce pan powiedzieć, że nigdzie nie budzą protestów?
Emocje, namiętności – może tak. Ale o protestach nigdy nie słyszałem. A byłoby o nie łatwiej, bo są kupowane za publiczne pieniądze, a nie podarowane. Wszędzie spotykam się raczej z wyrazami sympatii, z podziękowaniami, gratulacjami. Teraz dwie moje prace stanęły na głównym placu Sevilli, przed merostwem. I z tego, co wiem, wszyscy są zadowoleni, na czele z mediami.

À propos Sevilli. Jest pan w trakcie niezwykle imponującego projektu właśnie w Hiszpanii. Proszę o nim opowiedzieć, bo w Polsce nic się o nim nie pisze.
To cykl ośmiu wystaw w przestrzeni publicznej różnych miast. Zaczęło się od Granady, później moje rzeźby pokazywane były w Walencji, Palma de Mallorca, Barcelonie. Teraz, do września, trwa prezentacja w San Sebastian, a później będzie jeszcze La Coruña i Madryt. Na samo otwarcie w Barcelonie przyszło ponad dwa tysiące ludzi, zaś wystawy – jak się szacuje – obejrzało już ponad 5 mln. Dodatkowo każde z tych miast kupuje dla siebie jedną rzeźbę.

Chyba lubi pan takie okazałe ekspozycje na placach, w parkach, na ulicach?
Lubię. Stwarzają bowiem zupełnie inne możliwości kontaktu ze sztuką. Prostszego, bo sztuka czeka na ulicy. A ulica żyje. Rzeźby można oglądać w dzień i w nocy. Inaczej wyglądają w słońcu, inaczej w deszczu czy we mgle. Inaczej w świetle porannym, a inaczej w wieczornym. Dzieci wdrapujące się na rzeźby, mamy z wózkami odpoczywające pod pracami, przypadkowi i zaskoczeni tym, co widzą, przechodnie. To jest prawdziwy teatr. A sale muzealnie są sterylne i sztuczne. Rzeźby na ulicy likwidują bariery psychologiczne, bo nie trzeba zaplanować sobie wizyty w muzeum, oraz bariery materialne, bo nie trzeba płacić za bilet.

Złośliwi powiadają, że chętniej wystawia pan na ulicach, bo ze znaczących muzeów nie nadchodzą zaproszenia.
To bzdura. Wystarczy przejrzeć listę kolekcji i muzeów, w których znajdują się moje dzieła, z British Museum na czele. To one świadczą o mnie i mojej sztuce. Ale powiem panu, że wcale mi nie zależy, by być wszędzie i wszystkich zadowolić. Jeżeli za poważną sztukę uważa się dziś obieranie ziemniaków w galerii, to ja dziękuję, wolę być outsiderem i nie mieć z tym nic wspólnego. Dzisiejszą sztukę zaanektowała niewielka grupa ludzi, aroganckich technokratów, narzucających gusty i systemy wartości, dla których jedynym celem jest zysk. Wszystko jest na sprzedaż: duch, ciało. Bez zahamowań. A karty rozdają marszandzi. Z uporem lansują się te wszystkie „post”: postmodernizm, postkonceptualizm, postbeuysa, postduchampa. Sztukę odcinającą się od emocji i prawdziwych przeżyć, od naszych wspólnych korzeni. Wchodzę do muzeum i nic nie rozumiem z tego, co widzę. Jakieś wiszące sznurki, rozrzucone cegły, kupa na prześcieradle.

Rozumiem, że pańska, nawiązująca do antyku, sztuka jest formą prywatnego protestu?
Odczuwam silną potrzebę odnalezienia trwałych punktów odniesienia, niezmiennych wartości, korzeni cywilizacji, w której wzrastałem. Sztuka klasyczna pozwala lepiej żyć w tym głupkowatym świecie. I podobne potrzeby dostrzegam u wielu widzów zmęczonych tzw. nowoczesną sztuką. Już w pierwszym kontakcie z dziełem powinny wyzwalać się emocje. Staram się używać prostego języka znaczeń i symboli oraz skojarzeń, tak by dotarły do każdego widza, bez potrzeby wyjaśniania na piśmie, o co też autorowi chodziło. W dzisiejszej sztuce strasznie mnie irytuje ta wszechobecność słowa.

Co właściwie pociąga pana w sztuce klasycznej.
Duch, który w niej siedzi. I to, co ma nam do przekazania.

I co ma do przekazania?
Studiuję to od lat i ciągle jeszcze nie znalazłem pełnej odpowiedzi. Próbuję dociec, jak w takim pasterskim kraju jak starożytna Grecja zrodziła się tak wspaniała sztuka, o tak wielkim potencjale energii. Tu w mojej pracowni stoi stara oryginalna grecka rzeźba. Mam ją od lat, codziennie się jej przyglądam i codziennie odkrywam w niej coś nowego. Wystarczy, że nieco zmieni się kąt padania światła. A jak jest z większością prac powstających dziś? Fascynują przez pięć minut, a później pojawia się pustka. Czy tak trudno pojąć, że w subtelności jest dużo więcej poezji, ale i siły, niż w tych wszystkich golasach na krzyżu. Flaki na płótno rzucić jest łatwo, ale po co?

Zastanawiam się, czy w pańskiej sztuce jest więcej optymizmu pod hasłem „klasycyzm jednak przetrwał”, czy raczej pesymizmu pod hasłem „patrzcie na nasze nieodwracalnie okaleczone dziedzictwo”?
Te postawy są ze sobą silnie splecione. Mam w sobie gorzką świadomość tego wszystkiego, co bezpowrotnie odeszło, ale też i wiarę, że pozostał pomost do przeszłości, dla nas, dziś żyjących, i że trzeba z niego skorzystać. Bo kimże się staniemy, jeśli odrzucimy to, co nas przez wieki kształtowało: język, mity, estetykę, kulturę.

Aż trudno uwierzyć, że właściwie jest pan rzeźbiarzem samoukiem.
Jako samouk byłem szczególnie wyczulony na sprawy warsztatowe. Zawsze dążyłem do absolutnego opanowania technologii i techniki rzeźbienia. Nie po to, by sycić się własną perfekcją, ale by całkowicie uwolnić umysł od pytań typu: jak mam to zrobić?, jak zamienić myśl w materię? By móc całkowicie skoncentrować się na ideach, które chcę w sztuce wyrazić. Zanim rozpocznę nową pracę, to niekiedy myślę o niej miesiąc, dwa, a nawet rok, aż jestem pewien, co chcę zrobić. Później już jest prosto. Nie robię żadnych szkiców, tylko od razu przygotowuję model w glinie lub gipsie.

A studiował pan malarstwo.
W Krakowie u Kantora. Nawiasem mówiąc, tych studiów też nie skończyłem. Nudziły mnie.

Kantor pana nudził?
O nie. Nudziło mnie uczenie się malowania i sama Akademia. Zaś praca z Kantorem była frajdą i fascynującą przygodą. On niesamowicie uczył patrzenia na sztukę, odkrywania, a przede wszystkim wykorzystywania w twórczości emocji. Poza tym przekazał mi dwie prawdy, którym pozostaję wierny. Po pierwsze, nigdy nie rezygnuj ze swych ideałów, po drugie, zawsze wierz w siebie. Były mi szczególnie potrzebne na początku drogi zawodowej. Przez wiele lat czekałem na sukces, który nie nadchodził, a ja robiłem swoje. Aż się doczekałem, że mnie zauważono i doceniono.

Od kiedy się panu polepszyło?
Pierwszy ważny moment to wystawa w paryskiej Galerie La Hune w 1976 r. Pokazywałem wówczas małe formy (na duże nie mogłem sobie pozwolić, bo materiał kosztował zbyt dużo) i wszystkie zostały sprzedane. Po raz drugi moja kariera nabrała rozpędu w 1985 r. po wystawie w rzymskim Museo Nazionale di Castel Sant’ Angelo. Pamiętam, że dość nieoczekiwanie dla mnie zjawiły się różne ekipy telewizyjne, liczni krytycy.

Dziś żyje pan jak człowiek spełniony. Piękny dom w Toskanii, trzy pracownie, liczne zamówienia. Pewnie usłyszę, że to efekt ciężkiej pracy po 24 godziny na dobę.
Bez przesady. Kiedy trzeba, pracuję ciężko, ale też nie odmawiam sobie przyjemności. Jestem wolnym człowiekiem. Dziś po spotkaniu z panem zobaczę się z przyjaciółmi, a wieczorem mam kolejne spotkanie. Chętnie pracuję w nocy, ale nie mam jakiegoś stałego rytmu. Do pracowni wchodzę, gdy mam na to chęć. Średnio dwa razy do roku jeżdżę do Grecji podziwiać tamtejszą sztukę. W ogóle sporo podróżuję.

I stać już pana na dowolny kawałek marmuru.
Tylko że z marmurem coraz gorzej. Słynące z najlepszego surowca Góry Karraryjskie zostały przetrzebione na potrzeby budownictwa. Piękne bloki marmurowe pocięto na płyty elewacyjne. A ja nie jestem znaczącym klientem i nie byłbym nim, nawet gdybym zamówił 100 ton. O dobry marmur coraz trudniej. Na szczęście w poszukiwaniach i zakupach zawsze towarzyszy mi miejscowy rzemieślnik–kamieniarz pochodzący z rodziny, w której z dziada pradziada wszyscy parali się marmurem. On wie o nim wszystko, potrafi dokładnie przewidzieć, co znajduje się w środku dużego bloku: pęknięcie, dziura czy przebarwienie.

Woli pan pracę w marmurze czy w brązie?
Zależy. Pewne tematy realizuję tylko w marmurze, inne – tylko w brązie. Za każdym razem są to wybory artystyczne, ale i emocjonalne. Nie ma reguły. Najważniejsze jest, by w pracy zachować respekt wobec samego siebie, nie chałturzyć, nie robić nic pod klienta. Teoretycznie mógłbym sprostać dużo większej liczbie zamówień. Ale czułbym się z tym bardzo źle. Więc pracuję w swoim tempie.

I co z tej pracy wyniknie w najbliższych latach?
Wiele. Mam już program wystaw na najbliższe trzy lata. Od niedawna zająłem się także przygotowywaniem scenografii i kostiumów dla oper. Planuję wystawy w Mediolanie i na Sycylii. Ale chyba najpoważniejszym wyzwaniem będzie wystawa w Grecji. Przez wiele lat unikałem jej, bałem się, nie czułem się na siłach konfrontować moją sztukę z tamtejszą starożytnością. Jednak nadszedł czas, by podjąć to wyzwanie.

rozmawiał Piotr Sarzyński

Igor Mitoraj, ur. 1944 r. Studiował malarstwo u Tadeusza Kantora. Od 1968 r. mieszka za granicą, początkowo we Francji, a od 1983 r. w toskańskiej miejscowości Pietrasanta. Jego rzeźby z marmuru i brązu znajdują się w kilkudziesięciu muzeach, fundacjach i siedzibach największych korporacji na świecie. Najczęściej jednak można je spotkać w przestrzeni publicznej miast, na placach, skwerach, dworcach, m.in. w Mediolanie, Rzymie, Paryżu, Barcelonie, Lozannie, zaś w Polsce w Krakowie (Rynek Główny) i Warszawie (Centrum Olimpijskie). Jego prace pokazywane były dotychczas na blisko 150 indywidualnych wystawach. W swej twórczości konsekwentnie nawiązuje do mitologii oraz sztuki starożytnej Grecji i Rzymu.

Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną