Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

Stundenciok, umpa, umpa

Gdzie się podziała kultura studencka?

Flavie Denelle / Flickr CC by 2.0
W Polsce studiuje dziś ponad 1,5 mln osób. Nie wiadomo tylko, gdzie jest kultura studencka.
Kraków 1966 r., występ kabaretu Piwnica pod Baranami (z lewej Piotr Skrzynecki, z prawej Ewa Demarczyk).Stanisław Makarewicz/CAF/PAP Kraków 1966 r., występ kabaretu Piwnica pod Baranami (z lewej Piotr Skrzynecki, z prawej Ewa Demarczyk).
Warszawa 1971 r. - dyskoteka w studenckim klubie Hybrydy.Ireneusz Radkiewicz/CAF/PAP Warszawa 1971 r. - dyskoteka w studenckim klubie Hybrydy.

Studiowanie już od dawna nie kojarzy się z jakimś szczególnym statusem. Nie dlatego nawet, że wyższe wykształcenie nie gwarantuje atrakcyjnego zatrudnienia, ale dlatego właśnie, że się zdemokratyzowało. Przytłaczająca większość Polek i Polaków w wieku 18–24 lat studiuje. Siłą rzeczy studenci nie są już grupą, która jakoś inaczej niż pozostałe uczestniczy w kulturze, zaś fenomen kultury studenckiej z nostalgią wspominany przez „dzieci PRL” nie ma dziś swojej analogii. Gdyby kulturę studencką określać przez pryzmat repertuaru corocznych juwenaliów, to trzeba by stwierdzić, że w ostatnich latach jej bardzo wyrazistym elementem jest muzyka disco polo.

W 1962 r., staraniem paru osób z krakowskiego klubu Pod Jaszczurami, udało się zorganizować debiut Ogólnopolskiego Studenckiego Konkursu Piosenkarzy (pierwsza nazwa Studenckiego Festiwalu Piosenki). Kraj przeżywał wtedy okres tak zwanej małej stabilizacji. Ludzie krzątali się wokół swoich codziennych spraw, niektórzy wprowadzali się do mikroskopijnych mieszkań ze ślepą kuchnią, zaś entuzjazm towarzyszący popaździernikowej „odwilży” 1956 r. zdążył już na dobre wyparować z co bardziej gorących głów. W tygodniku „Nowa Kultura” Krzysztof Teodor Toeplitz opublikował wtedy cykl artykułów po tytułem „Polak – model 1962”, gdzie ubolewał nad minimalizmem w aspiracjach, konformizmem w postawach i wygodnictwem w życiu codziennym rodaków. Powodem troski znanego publicysty była też coraz bardziej ekspansywna i zwalniająca od myślenia kultura masowa. Zazwyczaj bardzo przenikliwy KTT nie dostrzegł jednak, że pośród tej wszechobecnej gnuśności trwają jakieś wyspy, jakieś punkty zapalne. Jednym z nich był rzeczony festiwal, gdzie zabłysła gwiazda Ewy Demarczyk, ale wcale nie jedynym.

W tamtym czasie zarówno w Polsce, jak i w całej Europie motorem najbardziej spektakularnych zmian w kulturze stawała się młodzież, owi – mówiąc z amerykańska – baby boomers, nastolatki z roczników 1944–45, czyli reprezentanci wyżu demograficznego. To dla nich powstawała nowa muzyka popularna, dla nich wymyślano nowe tańce, nowe programy telewizyjne, nowe filmy i mody odzieżowe. Oni również stawali się źródłem kłopotów, kiedy wtapiali się w wymykające się odgórnej kontroli subkultury i próbowali, często poza prawem albo wbrew prawu, żyć po swojemu. Europa (w tym także Polska) wraz z Ameryką zaczęła wtedy doświadczać pierwszych skutków przepaści międzypokoleniowej. Starzy przestawali rozumieć młodych, a młodzi starych (w najlepszym wypadku) lekceważyli.

No ale należało się nad tym pochylić, wszak rządząca po wojnie partia postawiła przecież na młodych, a nawet podsycała generacyjny konflikt, zwłaszcza na wsi, co wiele dekad później celnie zobrazował w swojej powieści „Awans” Edward Redliński.

Na początku wspomnianej „odwilży”, czyli w momencie odwrotu od stalinizmu, pozwolono na oficjalne granie i słuchanie jazzu. No i zaczęły prężnie działać kluby studenckie, gdzie był jazz, dzikie tańce, pokazy mody, a w końcu nawet rock’n’roll.

Prawdziwe szaleństwo ogarnęło młodzieżową Polskę, gdy w 1959 r. zaczął grać Rythm and Blues, pierwszy rodzimy zespół rock’n’rollowy, wykonujący przeboje Presleya, Billa Haleya, Little Richarda, Tommy’ego Steele’a. Trwał krótko, bo decydenci z Ministerstwa Kultury zadecydowali o zakazie występów w dużych salach oficjalnie w obawie przed ekscesami fanów, a faktycznie z powodu nazbyt kosmopolitycznego repertuaru. Doszło do likwidacji zespołu. Chwilowej, bo niedługo potem Franciszek Walicki, główny animator nowej muzyki zwanej młodzieżową, przekształcił Rythm and Blues w nową formację muzyczną – Niebiesko-Czarnych i – nauczony doświadczeniem, że nie należy drażnić władzy nazwą „rock’n’roll” i obcym repertuarem – wymyślił termin „big beat” oraz rzucił hasło „polska młodzież śpiewa polskie piosenki”.

Wytworzyła się ciekawa sytuacja: nastolatki szalały na bigbitowych koncertach, natomiast w klubach studenckich rocka było mało, za to dużym wzięciem cieszyły się kabarety. Najstarszy był STS, niewiele młodsza Piwnica pod Baranami, potem noszące nazwy swoich siedzib warszawskie grupy kabaretowe Stodoła i Hybrydy, a wreszcie założony pod koniec lat 60. Salon Niezależnych Jacka Kleyffa, Michała Tarkowskiego i Janusza Weissa.

Kultura masowa i kultura studencka

W latach 60. kabarety studenckie pełniły w Polsce rolę podobną jak w Ameryce na początku tamtej dekady muzycy folkowi. Była to rola de facto polityczna. W Polsce może nie aż tak jawnie eksponowana jak w Ameryce, ale jednak szydzono z systemu całkiem pomysłowo, ba!, nie oszczędzano nawet samego towarzysza Wiesława, w którego w programie Piwnicy pod Baranami wcielał się jego imiennik Wiesław Dymny, przemawiając: „Rodacy i Rodaczki! Czworacy i Czworaczki! Dość tych kabaretów politycznych, tych kawałów abstrakcyjnych, tych sztuczek podejrzanych, tych absurdalnych kojarzeń i całego tego memłania. Weźmy przykład z Majewskiego: ten nie memła, ale za to, jak coś powie, to boki zrywać”.

W czasie kiedy Dymny przedrzeźniał Gomułkę, zespoły bigbitowe coraz bardziej oddalały się od rocka, podejmując się zadań – jak na nieokiełznanych rock’n’rollowców – wysoce nietypowych. Zaczęły bowiem krzewić patriotyzm. Spośród rozmaitych realizacji „piosenki patriotycznej” czasów PRL na szczególną uwagę zasługuje nurt partyzancko-kombatancki, wybitnie ekspansywny w latach 1968–70, a realizowany głównie przez tak zwane zespoły muzyki młodzieżowej. Pojawienie się tego fenomenu wiązało się z doraźnymi wymogami ideologicznymi oraz z wpływami nacjonalistycznego nurtu w aparacie partyjnym. Tak czy inaczej chodziło o wyeksponowanie hołdu młodego pokolenia dla bohaterów wojny, przeciwdziałanie tak zwanym tendencjom kosmopolitycznym i danie odporu modzie młodzieżowej eksportowanej z Zachodu.

Bigbitowcy karnie (ale też ze zrozumiałą nadzieją na odpowiednie apanaże) zjeżdżali do Kołobrzegu, by dziarsko koncertować na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej, i nic dziwnego, że wielkomiejska młodzież przestała traktować ich poważnie. Słuchało się rocka zachodniego, przekazywano z ust do ust legendę Woodstock, no i przynajmniej była pewność, że taki na przykład Jimi Hendrix, choć był w wojsku, to jednak nie z własnego wyboru i nigdy nie przyszłoby mu do głowy, żeby śpiewać „Przyjedź, mamo, na przysięgę”.

Nasza kultura młodzieżowa rozjechała się na dwa nurty: masowy, realizujący ściśle aktualne wytyczne państwowej polityki kulturalnej, oraz studencki, działający na granicy politycznego przyzwolenia. Kultura studencka rzeczywiście cieszyła się pewną swobodą i nic dziwnego, że była ważnym punktem oparcia dla stanu ducha młodej inteligencji, zwłaszcza tej o inklinacjach opozycyjnych. To z tego fermentu wyłoniła się poetycka Nowa Fala z Barańczakiem, Krynickim, Zagajewskim i kontestacyjny Teatr Ósmego Dnia; to na studenckiej Famie w Świnoujściu Salon Niezależnych śpiewał, że „telewizja pokazała, a uczeni podchwycili/że jednemu psu gdzieś w Azji można przyszyć łeb od świni”, Andrzej Mleczko eksponował swoje nowe komiksy, a Jan Wołek udowadniał, że piosenka autorska może być poetycka, ale nie musi być nudna.

Przymiotnik „studencki” przestaje mieć sens

W pierwszych latach dekady gierkowskiej Fama eksplodowała pomysłami w stylu Monty Pythona i obrastała legendą pozasystemowego karnawału. Tymczasem wchodzący w wiek średni bigbitowcy przekraczali kolejne granice konformizmu i groteskową kodą ich udziału w kulturze młodzieżowej stał się „Hymn Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej” napisany w 1977 r. i wykonywany przez Czerwone Gitary. Właściwie był to spektakularny powrót do estetyki socrealistycznej, co ciekawe, dokonany w momencie, kiedy startował drugi obieg kultury z bezdebitowymi drukami, a wkrótce także kasetami z niepokorną muzyką. Czerwone Gitary śpiewały:

„Ze wszystkich kraju stron
Dobiega wspólna pieśń;
Znad fabryk, znad rozległych hut,
Znad pól, gdzie rośnie chleb:
(…) Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej
Łączy, łączy młodzież miast i wsi.
Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej –
Wspólną drogą, hasłem naszych dni”.

Ten osobliwy marsz symbolicznie kończył nie tylko historię bigbitu, ale też zbiegał się z końcem tak prężnej w poprzednich latach kultury studenckiej. Kluby, które wcześniej dawały schronienie niepokornej satyrze, zamieniły się w dyskoteki i pogrążyły w repertuarowej niemocy, aż do początków boomu rockowego, kiedy stały się niemal z dnia na dzień ośrodkami kultury alternatywnej. W warszawskim Remoncie nie tylko organizowano koncerty punkowych kapel, ale też redagowano jeden z pierwszych „trzecioobiegowych” zinów – „Post”, w którym można było przeczytać zapowiedzi rozmaitych postawangardowych wydarzeń, a nawet dowiedzieć się, jakie pożyteczne moce kryją w sobie konopie indyjskie.

I tak właśnie potoczyły się sprawy: kultura studencka przepoczwarzyła się w coś, co było mieszanką kultury rockowej i alternatywnej. Na jej obrzeżach trwały jeszcze enklawy przebrzmiałej estetyki stachuriad i krain łagodności, starej formuły wieczorów autorskich, na których zjawiało się coraz mniej zainteresowanych.

Dzisiaj w klubach studenckich odbywają się rozmaite imprezy, przeważnie koncerty znanych wykonawców polskich i zagranicznych, niekiedy urządza się wystawy, spektakle, debaty, salony dyskusyjne, ale przymiotnik „studencki” przestaje mieć sens.

Dawne placówki kultury studenckiej są dziś przestrzenią rozmaitych inicjatyw, czasem artystycznie wartościowych, czasem komercyjnych, obliczonych wyłącznie na zysk. Studenci natomiast funkcjonują w różnych środowiskach i (jeśli czas im pozwala) oddają się różnym pasjom: zaludniają grupy rekonstrukcji historycznych, grają w zespołach metalowych, działają w kibolskich subkulturach, grają w gry komputerowe, uprawiają sporty ekstremalne, chodzą na Marsze Niepodległości albo na Marsze Wyzwolenia Konopi.

Duch kultury studenckiej rewitalizuje się niekiedy dość nieoczekiwanie, na przykład na organizowanym przez Krzysztofa Skibę w sopockiej Zatoce Sztuki festiwalu Heroes Of Vintage, gdzie o klimacie klubów studenckich z ostatniej dekady PRL przypominają kapele w rodzaju Róż Europy czy Sztywnego Pala Azji. No i wreszcie doszło do tego, że po ponad pół wieku funkcjonowania Studencki Festiwal Piosenki stanie się Krakowskim Festiwalem Piosenki. Organizatorzy postanowili skończyć z fikcją, bo, jak oświadczyli w oficjalnej wypowiedzi, „w Krakowie od lat nikt już o indeks nie pytał”.

Polityka 43.2014 (2981) z dnia 21.10.2014; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Stundenciok, umpa, umpa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Spluwa i szajba. W USA to jak nieuleczalna choroba

Zamiłowanie Ameryki do broni to choroba, na którą nikt mądry nie wynalazł lekarstwa – zresztą chora uporczywie odmawia leczenia. Czy uczniowie „maszerujący o swoje życie” przekonają ją, by podjęła terapię?

Artur Domosławski
10.04.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną