Kultura

Śląsk jako ciało

Szczepan Twardoch opowiada o swojej najnowszej powieści „Drach”

„Nie chciałem napisać powieści o Śląsku – ta historia działa się tam, bo to moja intymna historia, ale tak naprawdę byłaby do opowiedzenia wszędzie, tylko przez kogoś innego”. „Nie chciałem napisać powieści o Śląsku – ta historia działa się tam, bo to moja intymna historia, ale tak naprawdę byłaby do opowiedzenia wszędzie, tylko przez kogoś innego”. Tomasz Jodłowski / Forum
Rozmowa z pisarzem Szczepanem Twardochem o jego nowej powieści, tajnej historii Śląska i pokrzepieniu płynącym z myślenia o śmierci.
„Piszę tylko te książki, które muszę napisać. Książka pojawia mi się w głowie, nie wiem skąd, i po jakimś czasie wiem, że nie mogę napisać nic innego”.Jacek Kołodziejski „Piszę tylko te książki, które muszę napisać. Książka pojawia mi się w głowie, nie wiem skąd, i po jakimś czasie wiem, że nie mogę napisać nic innego”.
Wydawnictwo Literackie

Artykuł w wersji audio

Justyna Sobolewska: – Czytelnicy, którzy zachwycili się pana „Morfiną”, teraz mogą się zdziwić. W „Drachu” wydarzenia z różnych czasów rozgrywają się jednocześnie i często w kilku językach. Dlaczego musimy czytać po śląsku, niemiecku i rosyjsku?
Szczepan Twardoch: – Brak przypisów w „Drachu” ma służyć poczuciu obcości. Brzmią w tej powieści różne języki, bo różne języki brzmią w świecie przedstawionym. Tak musi być.

Planował pan, że napisze zupełnie inną książkę niż poprzednie?
Piszę tylko te książki, które muszę napisać. Książka pojawia mi się w głowie, nie wiem skąd, i po jakimś czasie wiem, że nie mogę napisać nic innego. „Dracha” w ogóle przeżywałem bardzo mocno przed pisaniem, w trakcie i po. Nie miałem tego jakoś przy „Morfinie”, a tu somatycznie mnie jakoś poszarpało. Wcześniej miałem tak z „Wiecznym Grunwaldem”, który pisałem bardzo szybko, to było intensywnie fizyczne, zmieniłem się po tej książce – i z „Drachem” też tak mam. Zrozumiałem to dopiero, kiedy przeczytałem tę powieść po raz pierwszy w całości, i jakoś się wtedy zdziwiłem, skąd się wzięła. Coś mi ta książka zrobiła, coś, z czego sobie nie zdaję jeszcze sprawy.

Losy śląskiej rodziny, o której pan opowiada, sięgają XIX w. aż po współczesność. Rzecz dzieje się nie tylko na Śląsku, ale na frontach pierwszej wojny światowej. Długo zbierał pan materiały?
Tak i nie. Oczywiście nie obyło się bez czytania, ale zasadniczą substancję tej powieści nosiłem w sobie od dawna. Owszem, kupiłem różne książki, do niektórych nie zajrzałem nawet, chociażby do „Statutu organicznego województwa śląskiego” z 1922 r. Jednak świat, z którego się narodziła i którego jest jakimś odbiciem, był we mnie od lat, musiałem go chyba wyrzucić z siebie. Historii podobnych do tych w książce słuchałem od dziecka. Kiedy idzie się na mszę, to słyszy się cały czas tę samą fundamentalną historię odkupienia, która, chociaż znana, jednak musi być ciągle opowiadana na nowo, prawda? I te historie rodzinne były też ciągle opowiadane w taki sposób, że wszyscy wiedzieli, co jest w środku, jak się zaczynają i kończą. A jednak trzeba je było powtarzać.

Były opowiadane w rodzinach, ale nie były opowiedziane w literaturze ani w podręcznikowej historii?
Nie były. To jest taka tajna historia mówiona. Taki korpus rodzinnych opowieści, do którego są różne stopnie wtajemniczenia. W każdej śląskiej rodzinie, jaką znam, jest zestaw takich opowieści. Myślę, że Ślązakom zastępowały poczucie uczestnictwa w oficjalnej narracji historycznej. Dlatego Ślązacy mają – czy raczej powinienem powiedzieć, że mamy – taki problem z wymyśleniem siebie jako jednej wspólnoty, bo te historie były zawsze partykularne. Mogły być podobne, zwykle były podobne – ale nie były wspólne. Nie ma jednej dużej narracji, o której moglibyśmy powiedzieć, że to „nasza historia”. I sam nie chcę przyłożyć do tego ręki, nie chcę stworzyć śląskiego mitu, sztucznego jak Pieśni Osjana.

Bohaterowie używają często zamiennie trzech języków. Czym jest dla nich narodowość?
Kwestią wyboru. Czasem jest to wybór dobrowolny – Adalbert Czoik wbrew rodzinnej historii wybiera bycie Polakiem i pozostaje w tym wyborze konsekwentny. Temu wyborowi pozostaje jakoś wierna jego córka Gela, nawet wtedy, kiedy wstępuje do Bund Deutsche Mädel i składa przysięgę na wierność Adolfowi Hitlerowi, wiedząc o ojcu, zamordowanym w obozie Mauthausen-Gusen. Inni z kolei odmawiają udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi na pytanie o narodowość i odmowa ta nie wypływa ze świadomej odrębności, jest raczej biernym oporem. Pytania te, zadawane często razem z groźbą, pojawiły się na Górnym Śłąsku stosunkowo późno – XVIII-wieczny projekt racjonalistycznej, oświeconej pruskości był projektem polityczno-państwowym, niezwiązanym specjalnie z niemieckim nacjonalizmem, który narodził się dużo później. W tej oświeceniowej pruskości słowiańscy i katoliccy Ślązacy mieścili się z taką samą swobodą, jak chociażby brandenburscy protestanci. Dopiero pomiędzy 1815 a 1870 r. pruskość utożsamiła się z nowoniemieckim, nacjonalistycznym projektem i w drugiej połowie XIX w. pytania o narodowość stały się na Górnym Śląsku istotne.

Ważna jest w „Drachu” pierwsza wojna światowa, która była czymś bardzo ważnym dla Ślązaków, a we współczesnej literaturze polskiej jest w ogóle nieobecna.
Pierwsza wojna światowa dla Polaków jako wspólnoty nie była istotna, chociaż Polacy oczywiście walczyli na jej frontach, w różnych mundurach. Są to jednak doświadczenia partykularne. Dla Polaków jako wspólnoty ważny jest 1918 r. i odzyskanie niepodległości. Tymczasem dla Ślązaków pierwsza wojna była doświadczeniem niezwykle istotnym. W co drugiej wsi stały pomniki poległych na frontach pierwszej wojny, w Pilchowicach, gdzie mieszkam, stał taki pomnik do 1945 r., potem kilkadziesiąt lat przeleżał w jakiejś stodole, teraz stoi znowu. Na tym pomniku są nazwiska moich kolegów z podstawówki, nasze nazwiska. Kilku Twardochów również wsiąknęło we flandryjskie błoto. Musiałem o tym napisać, bo współczesna śląskość wydaje mi się od pierwszej wojny zaczynać. Ale „Drach” nie jest książką batalistyczną.

Międzywojenny polski Śląsk obserwujemy razem z bohaterem Josefem zza krat szpitala psychiatrycznego w Rybniku.
Przez jakiś czas rozważałem inny tytuł dla tej powieści: „Leczenie metodą trwałego snu”. W materiałach z przedwojennej psychiatrii znalazłem taką metodę. Utrzymywano pacjenta przez bardzo długie okresy czasu w stanie farmakologicznego snu, wybudzając tylko na 45 minut na dobę. To niezwykłe.

Josef przespał 18 lat, wyszedł ze szpitala dopiero, kiedy wkroczyli Sowieci.
Na Śląsku wojna pojawiła się dopiero na przełomie 1944 i 1945 r. Wcześniej była daleko. Wrzesień 1939 r. wydarzył się bardzo dyskretnie, Polska była tutaj zresztą tylko 17 lat, powrót Niemiec nie był niczym szczególnym. Wojna zjadała śląskich chłopców, ale daleko, tak naprawdę przyszła dopiero z wejściem Sowietów i wtedy przyszła spektakularnie i bardzo, bardzo brutalnie.

W tym momencie w książce pojawia się po rosyjsku fragment poematu „Pruskie noce” Sołżenicyna, nie mogę się nadziwić swoją drogą, że nie znałem tego wcześniej, i jakim cudem nie ma polskiego przekładu? Jest w „Pruskich nocach” ta sama co w „Drachu” perspektywa spojrzenia na ludzki los. Bez współczucia i bez kłamstw.

To spojrzenie od nieludzkiej strony. Narrator, tytułowy drach, czyli smok, patrzy na człowieka tak samo jak na wszystkie inne stworzenia. Symbolicznym obrazem jest tarnina, na którą ptak dzierzba nabija swoje ofiary. Trudno uniknąć pytania, dlaczego tak jest?
Nie ma dlaczego, wszystko po prostu jest – tak się kończy „Morfina”. „Drach” chyba jakoś zaczyna się w miejscu, w którym „Morfina” się kończy. Musiałem tę powieść napisać, żeby się tego pozbyć. Jest coś takiego jak dziedziczona trauma, znam ludzi, którzy niosą te traumy, i to nie ja, mnie nie jest łatwo straumatyzować, ale czegoś się pozbyłem, od czegoś się uwolniłem.

Jednak opisuje pan trzewia, najgłębsze pokłady śląskości, dosłownie, Josef żyje ileś lat w kopalni, w ciemności, nie wychodząc na zewnątrz.
Nie chciałem napisać powieści o Śląsku – ta historia działa się tam, bo to moja intymna historia, ale tak naprawdę byłaby do opowiedzenia wszędzie, tylko przez kogoś innego. Byłoby mi żal, gdyby była czytana jako książka o Śląsku, bo to książka o ludzkim losie. Oczywiście o ludzkim losie powiedziano już wszystko, ale ciągle warto o tym mówić, pisać… Chciałem napisać na przykład o tym, czym są więzy krwi, a jest to coś innego niż geny i wychowanie. Ta książka jest próbą zrozumienia, co to znaczy być czyimś synem, ojcem, dziadkiem, co znaczy być czyimś wujkiem albo kuzynem. To jest coś banalnego i interesującego jednocześnie, zawsze było, przecież tragedie greckie są też o tym.

Losy bohaterów „Dracha” są tragiczne w takim sensie, że ponoszą oni straszliwe konsekwencje swoich czynów.
W samej książce nie ma katharsis, nie ma oczyszczenia. Może się pojawić w czytelniku. Może tak się zdarzyć, kiedy konfrontujemy się z czymś, co nas przytłacza swoją potęgą. Czuję się jakoś zakorzeniony w europejskim romantyzmie, w którym jakoś istotne było pojęcie sublime. Tak jak jesteśmy bezradni w obliczu Króla Olch – miałem 10 lat, jak to czytałem, i to mnie dotknęło: „A w jego ramionach chłopiec był martwy”. Romantyczna estetyka rozróżnia dwa rodzaje strachu: ten, który czujesz w obliczu potwora, jest niszczący, a ten, który odczuwasz wobec niepoznanego, wobec potęgi natury – uwzniośla. Dla mnie ta książka opowiada też o sile natury, jest jak patrzenie na huragan i na powódź. Kiedy miałem 18 lat, w czasie powodzi w 1997 r. pomagałem z kolegami ratować zalewane przez wodę domy w Wilczy i jakimś momentem wejścia w dorosłość była dla mnie przegrana w tej walce, kiedy mimo całonocnej wytężonej pracy woda i tak wygrywała. To było coś ważnego.

W polskiej literaturze mierzenie się z żywiołami nie jest częstym tematem, inaczej niż choćby w literaturze amerykańskiej.
Kopalnie są takim miejscem, jeśli skała będzie chciała ścisnąć chodnik, to go przed ruchem górotworu nie uchronisz. Metafora Śląska jako ciała wzięła mi się również z węgla, który się wykopuje. Narratorem jest drach, czyli smok, kopalnia to jego ciało. Chciałem, żeby Josef, znikając w kopalni, zatopił się w to ciało, zanim wejdzie w wieloletni sen w szpitalu psychiatrycznym. Ważna jest dla mnie bardzo etymologia tego słowa, od greckiego „derkhestai”, czyli „widzieć wyraźnie”, bo pierwotnie w greckim słowie „drakon” chodziło o potwora o zabójczym spojrzeniu. Dostrzeżenie istoty rzeczy jest równe z zawładnięciem nimi w jakiś sposób.

Powieść otwiera obraz świniobicia, to jest zapowiedź również tego, co dzieje się z ludźmi.
To się wzięło jakoś z zarzynania barana, które oglądałem w domu mojego dziadka. Zabraniano mi na to patrzeć, ale i tak patrzyłem, przez okno. To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Samo zabijanie barana nie zrobiło na mnie wrażenia, to co mnie najbardziej uderzyło, to rozcięcie baraniego brzucha, widok wnętrzności, ich faktura, lśniące kolory, śliskość. To było jak spojrzenie za zasłonę, coś, czego się nie widuje, coś ukrytego, co nagle zostaje odkryte.

Kobiety w tej powieści mają wspólną cechę – godzą się na swój los, często niewypowiedzianie smutny, jak los Valeski, która była sama przez 68 lat. Jest w tej książce rodzaj okrucieństwa w pokazywaniu losu bohaterów.
„No, toć i sie to skończyło, giździe zatracony, żeś sam umar i leżysz w marasie, ôżyroku” – lubię to zdanie jakoś. Fascynuje mnie fatalizm śląskich kobiet, który tak często widzę w pokoleniu moich dziadków. To przyjmowanie rzeczywistości tak, jak ona przychodzi, zgoda na cierpienie, jak zgoda na rytm pór roku.

Co do okrucieństwa, to jest zwykłe okrucieństwo świata i życia. To nie jest masakra teksańską piłą mechaniczną, tylko jest to zapis świata. Niewiele w tej książce zmyśliłem. Jeśli jest to okrucieństwo, to w obojętności spojrzenia na rzeczywistość świata przedstawionego, to jest według mnie jedyny sposób, w jaki można taki świat i takie rzeczy opisywać. Nie wyobrażam sobie, żeby opisywać je, używając przymiotników: Straszliwe? Niesłychane, potworne, nieludzkie? Przecież właśnie to było ludzkie. Wszystko, co ludzie robią, jest ludzkie.

Narrator powtarza, że to wszystko, ta śmierć nie ma znaczenia. To właśnie jest trudne do przyjęcia.
A jakie znaczenie ma śmierć? Jedna, milion? Czy myśmy się czegoś dowiedzieli o sobie i o ludziach ze wszystkich śmierci XX w., zaczynając od Sommy, przez obozy koncentracyjne, Hiroszimę, po Rwandę? Samo zabijanie jest oswojone przez popkulturę, ale śmierć nie, każdą śmierć przeżywamy jako coś niesłychanego, skandalicznego i to mnie nie przestaje dziwić, przecież żyjemy na cmentarzach, chodzimy po kościach.

Staramy się nie dopuszczać do świadomości straszności świata i śmierci, żeby móc funkcjonować.
Nie wiem, ja chyba działam odwrotnie. Znajduję wielkie pokrzepienie w myślach o własnej śmiertelności. Dla mnie to powód, dla którego chce mi się żyć, bawić się, pić wino, cieszyć się rodziną, przyjaciółmi, światem. Naprawdę się żyje, kiedy myśli się o tym, że się umrze. I dzięki temu własna śmierć mnie jakoś nie przeraża, boję się innych rzeczy. I warto chyba o śmierci pisać, tak samo jak, przepraszam za banał, warto pisać o miłości. Wszystko już o tym napisano, a i tak warto dalej pisać, cały czas na nowo.

rozmawiała Justyna Sobolewska

Szczepan Twardoch (ur. 1979 r.) – pisarz, laureat Paszportu POLITYKI w 2012 r. za powieść „Morfina”, nominowaną również do nagrody Nike. Autor m.in. książki „Wieczny Grunwald, powieść zza końca czasów” i zbioru opowiadań „Tak jest dobrze”. Mieszka w Pilchowicach. Jego nowa powieść „Drach” ukazała się w Wydawnictwie Literackim. 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną