Kultura

Wokół mnóstwo chaosu

Fisz o rodzinie i wyznawanych wartościach

Fisz (Bartosz Waglewski) – ur. 1978 r. w Warszawie, wokalista, instrumentalista, autor tekstów, kompozytor, syn muzyka Wojciecha Waglewskiego. Fisz (Bartosz Waglewski) – ur. 1978 r. w Warszawie, wokalista, instrumentalista, autor tekstów, kompozytor, syn muzyka Wojciecha Waglewskiego. Jan Brykczyński
Rozmowa z Bartoszem Waglewskim – Fiszem, muzykiem, autorem tekstów, wokalistą, o godzeniu buntu z dojrzałością i konserwatyzmu z liberalizmem.
Panowie Waglewscy: Bartosz, Wojciech i PiotrTomasz Sikora/Forum Panowie Waglewscy: Bartosz, Wojciech i Piotr

Mirosław Pęczak: – Jak spędzasz święta?
Fisz: – Zacznę od tego, z czym mi się święta kojarzą. Po pierwsze – z rodzinną atmosferą, a po drugie – z wyciszeniem, odpoczynkiem. W zeszłym roku w październiku i w listopadzie pracowaliśmy nad płytą (Waglewski, Fisz, Emade, „Matka, Syn, Bóg”), właściwie płyta już się ukazywała, trzeba było różne sprawy podopinać, no i to całe zamieszanie, wysiłek, przeszło potem harmonijnie w czas świąteczny. Rodzinny, bo rodzinę mamy wielką. Mafia Waglewskich się rozprzestrzenia, mój brat Piotrek ma bliźniaki, chłopaka i dziewczynkę, ja mam troje dzieci, dwie córeczki i syna, więc jak wszyscy się spotykamy z rodzicami, z dziadkami, to jest rzeczywiście tłumnie.

I gdzie się spotykacie?
Kiedyś na Wigilię przychodziliśmy do rodziców taty, ale odkąd jest nas więcej, spotykamy się u naszych rodziców.

Na płycie „Matka, Syn, Bóg” jest sporo twoich tekstów, m.in. bardzo przejmujące „Ojciec” i „Syn”. W obu mamy wspólny motyw: relację ojca z synem. Jak byś ją określił, gdybyś miał odnieść się do własnych życiowych doświadczeń?
To są dwa światy – ten dawniejszy, kiedy byłem dzieckiem i synem swojego ojca, i ten dzisiejszy, kiedy jestem dorosły i sam jestem ojcem. Dziś jest mi łatwiej zrozumieć różne problemy z przeszłości w moich relacjach z ojcem. Ta przeszłość była oczywiście muzyczna. Płytoteka ojca, taśmy z nagraniami, pamiętam, że w użyciu ciągle był magnetofon szpulowy na takie duże taśmy. Ostatnio nawet wspominaliśmy z ojcem w naszej audycji radiowej („Magiel Wagli”, III Program PR), że mój ulubiony wtedy Kraftwerk był nagrany na dużej taśmie. I to był taki świat magiczny, zupełnie inny niż ten dzisiaj. Muzyka była właściwie jedyną odskocznią, jedyną atrakcją. Przez dłuższy czas nie mieliśmy w domu telewizora. W pewnym momencie pojawił się czarno-biały, na którym – nie wiem dlaczego – ja widziałem kolory. Oglądaliśmy mecz, a ja pytałem ojca, czy ci w czerwonych spodenkach to Polacy. Mieliśmy z bratem swój adapter, słuchaliśmy bajek, no i płyt Polskich Nagrań, Poltonu.

A twoja inicjacja muzyczna, ta świadoma, kiedy słuchałeś tego, czego chciałeś, jakiej płyty dotyczyła?
Pamiętam, że pierwsze pieniądze, jakie dostałem, miałem wtedy 6–7 lat, wydałem na kasety. Pierwszą był „Purple Rain” Prince’a, a potem „Tunnel of Love” Bruce’a Springsteena. Ale był też drugi etap magiczny, bardzo kolorowy, kiedy byłem zabierany na koncerty. Intensywnie i długo je przeżywałem. Raz po koncercie Armii robiłem sobie pióropusze.

Czy ojciec był wtedy dla ciebie bardziej opiekunem czy bardziej mentorem od muzyki?
Były różne etapy, różne sytuacje. Na przykład fascynacja, kiedy zobaczyłem tatę na scenie z gitarą. I pamiętam te wszystkie emocje, które jego wyjściu na scenę towarzyszyły, nie tremę, ale energię, która potem na scenie się uwalniała. A potem to już był etap buntu. Ojciec na początku nie do końca dostrzegał w nas jakiś talent muzyczny, chociaż Piotrek od małego walił pałkami w cokolwiek, co przypominało bębny. Potem tata uczył nas gry na gitarze skali bluesowej, takiej podstawowej. Ale ja wtedy byłem fanem metalu. Marzyłem o gitarze w kształcie litery V. Uczenie się skali bluesowej odbierałem jako coś strasznie uciążliwego. I bardzo szybko okazało się, że mamy – ja i Piotrek – swój własny świat, a tata jest trochę w kontrze do tego, czym my się pasjonujemy.

Jak to się przejawiało?
W świecie taty królowała gitara, Hendrix. Jakby nie chciał zauważyć, że w nowej muzyce gitara przestała się liczyć, przestała być narzędziem uwodzenia, gorzej nawet – zaczęła być obciachowa. To już są lata 90., kiedy zobaczyliśmy, że możliwa jest taka sytuacja: na scenę wychodzi trzech ludzi z mikrofonami. Z tyłu stoi gość z gramofonem. Nie śpiewają, tylko krzyczą, gadają i nie ma melodii, harmonii, są tylko bębny. Te bębny, które z Piotrkiem trenowaliśmy cały czas na łóżku. I tu się zaczyna nasz świat, nasza bajka. Nie Hendrix, ale Beastie Boys. Podsumowując: z jednej strony była płytoteka, która nas ukształtowała i z której korzystaliśmy przy samplowaniu, a z drugiej – taka muzyka, jaką tworzyli Beastie Boys, całkiem inna, inaczej zrobiona niż ta, której słuchaliśmy w domu.

A i czasy były specyficzne, zmienił się system polityczny, pojawiły się nowe gadżety, nowe technologie. Mieliśmy już wtedy dostęp do tego, bo rodzice przeprowadzili się do nowego mieszkania na Ursynowie, gdzie była kablówka, MTV i kultowy dla nas program „Yo! MTV Raps”. I już wiedzieliśmy, że rap to nie jest jakiś segment muzyki klubowej czy tanecznej, jak myśleliśmy, słuchając wcześniej jakichś pirackich składanek, ale o wiele więcej – hip-hop, cała złożona kultura.

Wspomniałeś o buncie, z czego wynika, że masz za sobą młodzieńczy bunt przeciwko ojcu.
Dorastałem, mając pod bokiem trzy lata młodszego brata i był to chyba ważny czynnik całej tej sytuacji. Ja zaczynałem liceum, a on był w siódmej klasie. Mieliśmy długo wspólny pokój, więc dzieliliśmy ze sobą te wszystkie fascynacje muzyczne, byliśmy razem i razem szukaliśmy swojej tożsamości. Nie tylko zresztą w muzyce, ale i w plastyce. Już wtedy wiedziałem, kto to jest Paul Klee czy Jean-Michel Basquiat, którego zresztą do dziś uwielbiam. Wpłynęło to oczywiście później na mój wybór szkoły, rodzaj studiów. Ale wtedy, na początku liceum, mój bunt przeciwko ojcu polegał np. na oświadczeniach, że chcę być prawnikiem. Chciałem czesać się do tyłu, żelować włosy. Jasne, że nałożył się na to moment dziejowy – transformacja w rozkwicie, opowieści o zarabianiu pieniędzy, no i modne kierunki studiów: prawo, SGH, zarządzanie. Film „Młode wilki”, skądinąd obrzydliwy.

A jaką rolę odgrywała w tym wszystkim twoja mama?
Mama była zawsze czynnikiem stabilizującym i uspokajającym. Do dziś się dziwię temu jej spokojowi przy wychowywaniu dwóch, zdecydowanie mało spokojnych, chłopaków. Ta jej czułość i wyrozumiałość była godna podziwu. Ja byłem tym, który starał się zarządzać tym buntem moim i brata. Kiedy Piotrka odprowadzała do domu straż miejska, zawsze stawałem po jego stronie. I nawzajem – on w różnych sytuacjach trzymał sztamę ze mną. Swoją rolę odgrywał fakt, że ojciec uprawiał wolny zawód. Jechał w trasę koncertową, nie było go dłuższy czas, ale potem przez dwa tygodnie siedział w domu. Nie można było wtedy się zabawić, imprezy zrobić, głośno muzyki posłuchać. A przeżywaliśmy akurat okres heavymetalowy i tego gustu ojciec nie podzielał. Zresztą nawet przy dużej tolerancji słuchanie na full Morbid Angel o 10 rano trudno znosić. Kiedyś przyszedłem do domu z pentagramem na szyi. Tata zareagował spokojnie, wziął mnie na rozmowę i powiedział, żebym sobie przemyślał, czy ta symbolizowana przez pentagram orientacja życiowa na pewno jest właściwa, czy w ogóle wiem, co to znaczy.

Poważna reakcja.
No tak, tym bardziej że ta heavymetalowa fascynacja zazębiała się z innymi sprawami. Na przykład z religią w szkole. Zresztą w ogóle miałem z tym problem od początku. Bardzo przeżywałem przygotowania do pierwszej komunii. Miałem potworną tremę przed spowiedzią, a nikt nie potrafił mi wytłumaczyć, że to nie tylko jakieś surowe procedury, ale też święto. No i miałem problem z proboszczem, bo nosiłem długie włosy, a on tego zdecydowanie nie akceptował. Rzecz jasna, zauroczenie metalem było w tym kontekście nie bez znaczenia. W końcu istniał tam przecież nurt okultystyczny i satanistyczny, co tym bardziej nas kręciło jako cecha takiego specyficznego radykalizmu. Uwielbialiśmy takie zespoły jak Venom czy Deicide, krańcowo antyklerykalne.

 

No to można zrozumieć reakcję taty, w końcu każdy radykalizm bywa ryzykowny.
Ojciec był tolerancyjny, ale jednak jakieś granice wyznaczał i chciał, żebyśmy to rozumieli i tego się trzymali.

Lata minęły, sam zostałeś ojcem. I mężem. Jak się czujesz w tych rolach?
Miałem to szczęście, że moi rodzice byli i są dobrą parą. Zakochani w sobie, dobrze się rozumiejący. Więc ja w moich sercowo-emocjonalnych poszukiwaniach siłą rzeczy miałem taki wzór dobrej, empatycznej, wspierającej się pary. Mimo wszelkich trudności, które przecież się zdarzały. Znalazłem więc coś takiego jak rodzinna harmonia, spokój. Świetna jest ta równowaga, kiedy szykujemy się do trasy, wyjeżdżamy, wchodzimy do busa, oglądamy tam filmy klasy B, potem wychodzimy na scenę, krzyczymy, a potem wracamy, odzyskujemy spokój i wszystko – można powiedzieć – wraca do normy. Otaczają mnie wspaniałe osoby, które ogromnie kocham i sam czuję się kochany. To najpiękniejsza historia, że mam gdzie wracać.

Inna sprawa, że zmieniła się dzisiaj rola ojca. Trudno to nawet porównać z czasami, kiedy moi rodzice zaczynali być rodzicami, a jeszcze trudniej z tymi, kiedy sami byli dziećmi. Kiedy myślę o mnie i o Piotrku, to mam wrażenie, że jesteśmy aktywnymi ojcami: zmienialiśmy pieluchy, chodziliśmy z dzieciakami na spacery, uczestniczymy czynnie w ich życiu.

Czy uważasz, że rodzina to jest najważniejsza wartość?
Dla mnie tak. Czasem myślę o swoich przyjaciołach, kolegach, którzy musieli przeżywać jakieś małżeńskie i rodzinne koszmary. Ja, szczęśliwie, nie. Wyniosłem z domu pozytywny przykład i świadectwo, że to się może udać, że się udaje i ma sens.

Czy takie nastawienie ma jakiś związek z postawą konserwatywną?
Skomplikowana sprawa. Dawniej powiedziałbym, że owszem, konserwatyzm jest mi w jakiś sposób bliski, ale dziś, kiedy widzę w telewizji ludzi, którzy określają się jako konserwatyści, tracę pewność w tej kwestii. Konserwatyzm posługujący się językiem wojny, pełny hipokryzji, wprowadzający chaos to coś, czego kompletnie nie rozumiem i czego dawniej nie umiałbym przewidzieć. Dawniej istniał konserwatyzm umiarkowany, zorientowany na rozumienie odmiennych postaw, taki – powiedzmy – inteligencki. Dzisiaj to wszystko poszło mocno w prawą stronę. Populistyczną…

Pamiętam, że dawniej, choćby jeszcze dziesięć lat temu, publicyści prawicowi potrafili być wyważeni w swoich wypowiedziach, co dziś trudno sobie wyobrazić. Jeśli zatem miałbym określić swoją postawę, to powiedziałbym, że wedle dzisiejszych miar byłbym raczej liberalny niż zdecydowanie konserwatywny.

Sprawiasz wrażenie, podobnie jak twój ojciec, człowieka bardzo spokojnego, statecznego – to zupełnie nie pasuje do stereotypu artysty.
Oj, musiałbyś pogadać z moją żoną, wcale nie jestem taki pewien, czy ma mnie za statecznego i spokojnego. Ale zawsze, także poprzez lektury, zainteresowania plastyczne, przekonywałem się, że warto szukać równowagi pomiędzy wewnętrzną bestią i wewnętrznym aniołkiem. To wiąże się też z dojrzałością, bo wcześniej różnie bywało.

Ale wynika to chyba również z charakteru, który w pewnym stopniu dziedziczysz. Wojtek, twój ojciec, nigdy nie pasował do wzorca rockmana – szalonego, nieodpowiedzialnego i wiecznie nietrzeźwego.
No cóż… Ja nigdy nie czułem się rock’n’rollowcem ani hiphopowcem. Za używkami też nigdy nie przepadałem, głównie dlatego, że strasznie później cierpię. Ale nie znoszę też utraty kontroli nad sobą. W każdej chyba sytuacji, a już szczególnie na scenie. Zdarzało mi się grywać z kolegami, którzy pili na scenie. No i bywałem wtedy świadkiem sytuacji, kiedy w czasie koncertu słyszałem trzy tempa w jednym utworze, a po koncercie odpowiedzialny za to muzyk był wniebowzięty, że to był najlepszy koncert w jego życiu. A ja jednak traktuję koncerty – raz lepsze, raz gorsze – bardzo poważnie.

Oglądałem niedawno film o Nicku Cavie, który pokazany jest tam jako całkowite zaprzeczenie wspomnianego przez ciebie stereotypu rockmana. Nie czeka na wenę, tylko pracuje systematycznie. Mam w tej sprawie podobne podejście. Wstaję rano, o określonej godzinie, biorę kartkę, analizuję to, co wymyślił Piotrek – układam partie melodyczne, wokale – no i staram się coś sensownego napisać. Najlepiej myśli mi się rano, więc mam taki reżim pracy od ósmej do czternastej. Robię tak może i dlatego, że na co dzień jestem jednak strasznie roztrzepany, o różnych rzeczach zapominam, chciałbym czasem zabrać się do czegoś nowego, chociaż nie skończyłem czegoś wcześniej zaczętego… Z jednej strony rodzina, z drugiej praca. Dlatego muszę działać planowo. Trochę na sposób wojskowy, choć w wojsku nigdy nie byłem i się nie wybieram.

Bardzo to zacne, solidne podejście.
Tu nie chodzi o jakąś moją wyjątkowość. Po prostu naokoło jest mnóstwo chaosu. Często się zdarza, że przyjeżdżamy w jakieś miejsce, a tam nic nie jest przygotowane. Totalna rozpierducha. I trzeba temu stawić czoło, co jest łatwiejsze, kiedy ma się trochę tej wewnętrznej dyscypliny.

Fisz (Bartosz Waglewski) – ur. 1978 r. w Warszawie, wokalista, instrumentalista, autor tekstów, kompozytor, syn muzyka Wojciecha Waglewskiego (Voo Voo). Studiował grafikę. Zadebiutował płytą hiphopowego składu RHX „Opowieści z podwórkowej ławki”, wydaną w 1999 r. Potem wydał album solowy „Polepione dźwięki”. Na początku poprzedniej dekady razem z bratem Piotrem Emade Waglewskim stworzył zespół Tworzywo Sztuczne (dziś Tworzywo). Później powstały kolejne projekty z jego udziałem jak Bassisters Orchestra czy rockowe trio Kim Novak. Najnowszym albumem Tworzywa jest wydany w listopadzie 2014 r. „Mamut”.

Polityka 51-52.2014 (2989) z dnia 16.12.2014; Kultura; s. 126
Oryginalny tytuł tekstu: "Wokół mnóstwo chaosu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

TikTok – nowa fabryka hitów

Najpierw przenieśli się tu odbiorcy, widząc w tym miejsce dla żywej muzyki. Za nimi ruszyli twórcy – ostatnio Abba. I wydawcy, wyczuwając nową fabrykę hitów. Miejsce MTV zajął TikTok.

Michał R. Wiśniewski
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną