Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Kultura

Zbawcy organów

Odbudowa zabytkowych organów

Gdańskie organy to instrument unikatowy w skali świata. Gdańskie organy to instrument unikatowy w skali świata. Krzysztof Mystkowski / KFP
W Gdańsku, w kościele św. Trójcy, odbudowywane są – piszczałka po piszczałce – organy barokowe, jakich nie ma nigdzie indziej na świecie. A wszystko zaczęło się od wycinka prasowego.
Pierwsze organy w św. Trójcy według przekazów zostały zbudowane w 1568 r. przez Balzera Stürmera z Malborka.Andrzej Szadejko Pierwsze organy w św. Trójcy według przekazów zostały zbudowane w 1568 r. przez Balzera Stürmera z Malborka.
Andrzej Szadełko - pomysłodawca odrestaurowania organów - zaraził swym entuzjazmem mnóstwo ludzi.Krzysztof Mystkowski/KFP Andrzej Szadełko - pomysłodawca odrestaurowania organów - zaraził swym entuzjazmem mnóstwo ludzi.

Jest rok 2002. Gdańskie małżeństwo muzyków, klawesynistka Alina Ratkowska i organista Andrzej Szadejko, po studiach w Warszawie ukończyło również Schola Cantorum Basiliensis, legendarną szwajcarską szkolę muzyki dawnej. Zostali w Bazylei, Alina pracuje w szkole i prowadzi chór, Andrzej jest organistą jednego z kościołów pod Bazyleą i również prowadzi chór. Dają też koncerty. Rodzą się dzieci, wygląda na to, że rodzina zadomowiła się w Szwajcarii.

Tymczasem Andrzej dostaje od teściowej list z notatką wyciętą z „Dziennika Bałtyckiego”. A tam elektryzująca wiadomość: „W centrum Gdańska odnaleziono ogromne barokowe organy”. I przedwojenne zdjęcie kościoła św. Trójcy z organami. Jak to, pomyślał, w moim rodzinnym mieście coś takiego się uchowało? Natychmiast umówił się z franciszkanami i przyleciał do Gdańska.

Okazało się, że były to tylko elementy szafy, czyli drewnianej obudowy, za to tak piękne – w stylu manierystycznym – i w takiej ilości, choć w opłakanym stanie, że organiście przyszedł do głowy pomysł, który z początku wydawał się szalony: a gdyby tak odbudować instrument takimi metodami, jakimi został zbudowany prawie cztery wieki temu?

Złożył franciszkanom tę propozycję w liście. Potem dowiedział się, że były jeszcze inne pomysły. Pewien gdański organista uznał, że do odbudowanej szafy można by wstawić używane organy, żeby było taniej. Z kolei firma z Czech zaproponowała zbudowanie nowoczesnego instrumentu w starej szafie. Ale dzięki wyobraźni ówczesnego rektora kościoła św. Trójcy o. Piotra Pawlika stanęło jednak na odbudowie całych organów, które w ten sposób staną się żywą lekcją poglądową, jak tworzono te instrumenty na dawnym Pomorzu.

Franciszkanie zinwentaryzowali znalezione elementy i na pewien czas sprawa przycichła. Ale nie do końca. – Podczas swoich koncertowych wojaży oglądałem zabytkowe instrumenty, studiowałem rozmaite materiały i dokumentacje, konsultowałem się z ludźmi zajmującymi się tą tematyką – wspomina Andrzej Szadejko. – Franciszkanie tymczasem też rozmawiali z firmami organmistrzowskimi i konserwatorskimi. Podstawowym problemem było: skąd wziąć pieniądze? Chyba tylko zaufanie do Opatrzności spowodowało, że nie odrzucono tego programu.

Po trzech latach otworzyła się perspektywa dla rodziny Szadejków na powrót do kraju. Alina Ratkowska dostała propozycję pracy na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym, a jej mąż – w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Chcieli wrócić w rodzinne strony, więc długo się nie zastanawiali. Po ich powrocie ruszyła też sprawa organów u św. Trójcy.

Na jaskółczym gnieździe

To jeden z trzech gotyckich kościołów Gdańska, który ocalał po drugiej wojnie światowej; zburzone zostało tylko prezbiterium. Ale organów już wtedy w kościele nie było: w 1943 r. zespół rzeczoznawców III Rzeszy, tzw. Baugruppe Keibel, rozebrał je na części i wywiózł do wsi Lichnowy i Lasowice Wielkie na Żuławach. Po wojnie te części wróciły do Gdańska i trafiły na kościelne poddasze, bo nie było możliwości odbudowy instrumentu, zresztą ten zdemontowany różnił się bardzo od tego, który był tu wcześniej.

Pierwsze organy w św. Trójcy według przekazów zostały zbudowane w 1568 r. przez Balzera Stürmera z Malborka, jednak się nie zachowały. Instrument, o którym mowa, skonstruował w 1618 r. najprawdopodobniej Merten Friese, przedstawiciel jednego z licznych rodów organmistrzów gdańskich (on też zbudował organy w kościele św. Jana, których prospekt po wojnie przeniesiono do kościoła Mariackiego).

Organy były parokrotnie przerabiane w XVIII w. Ok. 1750 r. zlikwidowano kapelę kościelną i na dłuższy czas ograniczono tu muzykowanie, instrument pozostał więc niezmieniony. Dopiero w 1914 r. wymieniono wnętrze szafy organowej na instrument pneumatyczny, jednak wygląd zewnętrzny pozostał prawie ten sam od czasów baroku.

Instrument jest unikatem na skalę światową z kilku powodów. Po pierwsze, samo jego umiejscowienie jest niespotykane. Zamiast z tyłu, za wiernymi na chórze, jest z przodu prawej nawy i wisi na ścianie na zasadzie jaskółczego gniazda (takie konstrukcje były charakterystyczne raczej dla czasów średniowiecza i renesansu). Dostępny jest z tzw. lektorium – ten element, niegdyś popularny w kościołach gotyckich, czyli przegroda pomiędzy nawą główną a prezbiterium, stanowiąca zarazem pomost spełniający niegdyś funkcje dzisiejszej ambony, w Polsce zachował się wyłącznie w tym kościele, i to tylko dlatego, że jest elementem nośnym. W Europie jest jeszcze kilka zachowanych lektoriów, ale nie ma przy nich organów. – To wspaniałe, ponieważ u nas można wykonywać kantaty tak, jak grało się je za czasów Bacha: muzycy obok organisty – cieszy się Andrzej Szadejko.

Królestwo kantat

Czasy Bacha również w Gdańsku były złotą epoką w dziedzinie muzyki. Kolejni gdańscy kapelmistrzowie przybywali z ojczyzny wielkiego Johanna Sebastiana – Turyngii, Brandenburgii i Saksonii; byli wśród nich i jego uczniowie, jak Friedrich Christian Mohrheim, wychowanek szkoły przy kościele św. Tomasza w Lipsku, kapelmistrz gdańskiego kościoła Mariackiego w latach 1764–80 (tam też został pochowany). Kapelmistrzów i muzyków mianowała Rada Miejska, do ich zadań należało wykonywanie zarówno dzieł religijnych, jak i świeckich. W muzyce religijnej królowały kantaty, takie jakie znamy z twórczości Bacha. Wiele z nich szczęśliwie zachowało się w zbiorach dawnej Biblioteki Rady Miasta Gdańska, które dziś znajdują się w Bibliotece Gdańskiej PAN.

Pasją Aliny Ratkowskiej i Andrzeja Szadejki po powrocie do Gdańska stało się przywracanie muzyki gdańskiej do życia. On napisał książkę o organowej twórczości Mohrheima, ona – doktorat o Johannie Gottliebie Goldbergu, klawesyniście i kompozytorze, który w Gdańsku się urodził i spędził pierwsze 11 lat życia. To chyba jedna z najbardziej znanych postaci muzycznych związanych z tym miastem: właśnie z myślą o jego wykonaniu Johann Sebastian Bach napisał „Wariacje Goldbergowskie” (Goldberg był uczniem Bacha i nadwornym klawesynistą hrabiego von Keyserlingka, który utwór zamówił). Dlatego wrześniowy festiwal muzyki dawnej, który klawesynistka organizuje w Gdańsku od 2006 r., został nazwany Festiwalem Goldbergowskim, a prowadzony przez jej męża zespół stworzony specjalnie do wykonywania gdańskich kantat nazywa się Goldberg Baroque Ensemble.

Płyt z cyklu Muzyczne Dziedzictwo Miasta Gdańska – Gdańskie Królestwo Kantat, nagranych przez Goldberg Baroque Ensemble i zawierających dzieła gdańskich kompozytorów, powstało już pięć; obecnie cykl został zawieszony z powodu braku pieniędzy (co dziwi, ponieważ jest to prawdziwa promocja miasta).

Zawiłe losy świątyni

Kościół św. Trójcy był (i jest nadal) drugim co do wielkości gotyckim kościołem Gdańska. Funkcjonowało przy nim słynne protestanckie Gimnazjum Akademickie, którego wielu absolwentów zostało wybitnymi uczonymi, m.in. Jan Heweliusz i Daniel Fahrenheit. Szkoła mieściła się w przylegającym do kościoła budynku poklasztornym, uprzednio zajmowanym przez franciszkanów i przejętym w XVI w. przez miasto po likwidacji klasztoru. Kościół św. Trójcy był kościołem akademickim, a muzyką zajmowali się gimnazjalni kantorzy. Jedna z kaplic, funkcjonująca jako osobny kościół św. Anny z osobnym wejściem, od początku istnienia przeznaczona była dla społeczności polskiej; to tu również odbyły się pierwsze nabożeństwa po drugiej wojnie światowej.

Po wojnie do budynku klasztornego wprowadził się Oddział Sztuki Dawnej Muzeum Narodowego, a kościół został zwrócony franciszkanom. Jest to dziś tzw. kościół rektorski w parafii św. Piotra i Pawła. Remontowano go bardzo powoli; przed zburzonym prezbiterium zabudowano ścianę od lektorium w górę. W latach 80. franciszkanom udało się odbudować sklepienie i dach prezbiterium, jednak przez kilkadziesiąt lat nie było pieniędzy na gruntowną renowację. Dopiero na początku XXI w. można było rozpocząć prace konserwatorskie: zrekonstruować prezbiterium i przywrócić lektorium. Prace rozpoczęto od konserwacji dachu i właśnie wtedy na poddaszu odkryto części organów.

Poszczególni rektorzy kościoła mieli różne nastawienie do projektu ich odbudowy. Obecny, o. Tomasz Jank, stał się tu mężem opatrznościowym: jest malarzem i grafikiem po gdańskiej ASP, doktorem historii sztuki na KUL oraz konserwatorem po Studium Konserwacji Sztuki Sakralnej na uniwersytecie w Toruniu. Pilnuje, aby od strony konserwatorskiej wszystko było jak trzeba.

W 2011 r. zorganizowano Międzynarodowy Konkurs Organmistrzowski na koncepcję odbudowy organów – to też jak na Polskę ewenement. Wygrał Kristian Wegscheider z Drezna. W rok później zawarto umowę i rozpoczęto budowę instrumentu, jednocześnie dokonując renowacji szafy organowej.

Od piszczałki do organów

Jest 28 września 2013 r. Na uroczystym koncercie u św. Trójcy z organów do ziemi zwisa pęk barwnych wstęg. Pociąga je do ziemi kilkanaście osób, w tym arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, minister sprawiedliwości Marek Biernacki, miejski konserwator zabytków Janusz Tarnacki. A potem po raz pierwszy rozbrzmiewa pierwsza odtworzona część organów, tzw. Rückpositiv. Gra oczywiście Andrzej Szadejko, przed każdym utworem informując publiczność, jakie głosy zostały w nim wykorzystane. Obok utworów Haendla i Bacha nie zabrakło i Mohrheima.

To dopiero jedna czwarta instrumentu. Nie udało się skończyć go w całości w 2014 r., w którym kościół św. Trójcy obchodził 500-lecie. Może uda się na lata 2016–18, na 400-lecie od powstania organów Mertena Friese? Nie jest to jednak proste. O. Tomasz Jank ocenia koszt odbudowy całych organów na ok. milion euro. Rückpositiv kosztował 900 tys. zł.

Jak pozyskują fundusze? Na konserwację i renowację elementów zabytkowych dotację celową przeznaczyło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dołożyło się też miasto Gdańsk. A reszta? Zakon franciszkanów opodatkował się sam na instrument w swojej największej rozmiarami świątyni. Pieniądze od sponsorów zbiera powołane w tym celu Stowarzyszenie Przyjaciół Kościoła św. Trójcy Dziedziniec. Jest to organizacja pożytku publicznego, można więc przekazać na nią 1 proc. podatku.

Ale to nie wszystko. – Chcemy związać gdańszczan z tą sprawą, wytworzyć społeczność, która będzie zaangażowana nie tylko w samą budowę, ale i w to, jak organy będą funkcjonować potem – mówi Andrzej Szadejko. Stąd pomysł cyklu Koncerty dla Gdańszczan. Odbywa się on od 2012 r. i biorą w nim udział artyści z Polski i zagranicy. Koncerty są darmowe (stąd zapewne tak liczna widownia, od 200 do 900 osób) i służą propagowaniu odbudowy organów – od września zeszłego roku można już ich także posłuchać. Oprócz złożenia ofiary lub darowizny, można też zostać patronem organowej piszczałki.

Ten ostatni pomysł niespodziewanie świetnie chwycił. Ludziom spodobała się możliwość uwiecznienia siebie w obiekcie wartościowym. Dziś jest już ok. 300 patronów piszczałek (wśród nich nawet prezydent miasta), którzy sami znajdują preteksty do ich fundowania: urodziny, zaręczyny, ślub, chrzest. Co roku w styczniu odbywa się spotkanie patronów, którzy zjeżdżają się z całej Polski, żeby się dowiedzieć, co zostało w tym czasie zrobione. Patroni mają jeszcze sporo możliwości, bo docelowo piszczałek ma być ok. 3000; kosztują od 200 do 30 tys. zł.

Do organowej sprawy wciągane są też dzieci. W grudniu już od kilku lat przychodzą na spotkanie pod hasłem Popiszczmy Razem. Sponsorem jest firma Chupa Chups, produkująca lizaki z gwizdkami. Każdy otrzymuje lizak i we wskazanym momencie wszyscy gwiżdżą. Dołączają się i dorośli; można też samemu przynieść gwizdek lub flecik. Zespoły dziecięce śpiewają kolędy, potem przychodzi Mikołaj i rozdaje prezenty. Każde spotkanie ma swój temat; w tym roku to gwiazda. Ale nie tyle z powodu Gwiazdki, ile tzw. cymbelsternów – trzech metalowych gwiazd umieszczonych na prospekcie organowym, które za naciśnięciem specjalnego klawisza obracają się, brzęcząc; taka organowa perkusja, charakterystyczna dla instrumentów barokowych. Na spotkania przychodzą prawdziwe tłumy dzieci, raz było ich nawet 1300. – W miastach hanzeatyckich organy i muzyka były elementem wizerunku danego miasta i społeczności – mówi Andrzej Szadejko. – Chcielibyśmy, żeby tak się stało i w dzisiejszym Gdańsku.

Polityka 51-52.2014 (2989) z dnia 16.12.2014; Kultura; s. 140
Oryginalny tytuł tekstu: "Zbawcy organów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Niewyczerpany żart”. Kultowa powieść w słabym przekładzie

„Niewyczerpany żart”, legendarna powieść Davida Fostera Wallace’a, wreszcie i u nas. Wyobraźnia i przenikliwość pisarza robią wrażenie, ale polski przekład nie brzmi przekonująco.

Justyna Sobolewska
26.09.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną