Kultura

Mammamiamania

Drugie życie Abby

Abba w 1977 r. Abba w 1977 r. Ullstein Bild / BEW
Zdobył Londyn i Nowy Jork, Szanghaj i Buenos Aires. Sądząc po biletach sprzedanych na wiele tygodni do przodu, 21 lutego Warszawa podzieli los innych miast i podda się musicalowi „Mamma Mia!” bez walki.
Liczba przedstawień w Londynie przekroczy niedługo 7 tys.John Stillwell/Forum Liczba przedstawień w Londynie przekroczy niedługo 7 tys.
„Mamma Mia!” w Nowym Jorku wystawiana jest od 2001 r.Dave Kotinsky/Getty Images „Mamma Mia!” w Nowym Jorku wystawiana jest od 2001 r.

Można się spierać, czy to jest najlepszy musical ostatnich lat. Złośliwcy mówią, że stworzenie przeboju, którego składowymi są same przeboje (w tym wypadku piosenki Abby), to nic trudnego. Nawet jeśli jest w tym ziarno prawdy, to i tak skala mammamiamanii musi zastanawiać.

Wszystko zaczęło się dosyć banalnie. Choć nazwa Waterloo raczej nie kojarzy się ze zwycięstwem, właśnie piosenką o takim tytule nieznany kwartet ze Szwecji wygrał Konkurs Eurowizji w Brighton w 1974 r. – Proszę pamiętać – przypomina Wojciech Kępczyński, dyrektor warszawskiego Teatru Muzycznego Roma i reżyser pierwszej polskiej inscenizacji „Mamma Mia!” – że żaden zwycięzca Eurowizji nie zrobił takiej kariery jak oni.

To prawda – niemal każdy singiel i album Abby okazywał się komercyjnym sukcesem, aż po ostatnie nagrania w 1982 r. Obie pary tworzące zespół rozstały się i po prywatnym przyszedł czas na pożegnanie zawodowe. Panie zaczęły nagrywać płyty solowe. Agnetha Fältskog wydała kilka albumów w popowym, zbliżonym do Abby brzmieniu. Frida Lyngstad poszła drogą nieco bardziej odważną, ale poza wyprodukowanym przez Phila Collinsa singlem „I Know There’s Something Going On” nie przebiła się do mainstreamu. Więcej szczęścia mieli panowie, czyli Björn Ulvaeus i Benny Andersson. Już w 1984 r. na płycie ukazał się ich pierwszy musical „Chess”, który dwa lata później przeniesiono na scenę. Na listach przebojów pojawiły się dwa pochodzące z niego hity: „One Night In Bangkok” oraz „I Know Him So Well”. W PRL zaistniała tylko pierwsza piosenka, bo gdy władze zdały sobie sprawę, że tematem „Szachów” są operacje KGB i rewolucja na Węgrzech, szybko zakazały tytułu. Teksty i libretto do przedstawienia napisał Tim Rice – autor tekstów do takich hitów jak „Evita”, „Jesus Christ Superstar” czy „Król Lew”. Nic dziwnego, że w Wielkiej Brytanii musical okazał się sukcesem i tylko publiczność nowojorska kompletnie nie podzieliła entuzjazmu West Endu.

Szafa gra

Na początku lat 90. wydawało się, że Abba pozostała jedynie w podręcznikach historii muzyki pop oraz w pamięci najzagorzalszych fanów. I tak by pewnie było do dziś, gdyby ktoś z wytwórni PolyGram nie wpadł na pomysł wydania składanki hitów grupy, skromnie zatytułowanej „Gold”. Album sprzedano w liczbie prawie 30 mln egzemplarzy i nawet w Polsce zdobył miano platynowej płyty. – Po wydaniu „Gold” coraz więcej osób zaczęło się przyznawać, że lubi kompozycje Abby – tłumaczy Marzena Tarka, autorka monografii zespołu „Abba. Fenomen i legenda”. – Uważniej wsłuchiwano się w głosy Agnethy i Fridy – nie dosyć, że doskonale współgrające, to jeszcze nigdy, co w przypadku późniejszych gwiazdek pop było już codziennością, niepoprawiane w studiu. Doceniono ciekawe aranżacje i teksty, które traktowały nie tylko o miłości, ale także o wojnie czy o wolności jednostki. W ich dorobku trafiały się też przecież piosenki polityczne. Okazało się, że nawet twórcy dalecy od stylistyki Szwedów próbowali przemycić Abbę do swojej muzyki.

Na fali renesansu zespołu jesienią 1997 r. w Sztokholmie zjawiła się producentka teatralna Judy Craymer. To ona stała za londyńskim sukcesem „Szachów”. Jej pomysł był tyleż banalny, co genialny – połączyć piosenki Abby. Dziś w tej idei nie ma nic oryginalnego, ale prawie 20 lat temu nie było to takie oczywiste. To prawda, że wówczas twórcy teatru muzycznego nie byli już tak kreatywni, jak jeszcze w latach 50. czy 60. Broadway i West End coraz częściej wystawiały pewniaki z gwiazdami telewizyjnymi i filmowymi, dobrze znane megamusicale z przeszłości, ale tzw. jukeboxy (szafy grające), czyli musicale złożone z piosenek już istniejących, nadal były rzadkością. Warto przypomnieć, że w latach 70. i 80. pojawiły się po cztery tego typu produkcje. Dekadę później było ich siedem i dopiero po sukcesie Abby w latach 2000 publiczność mogła zobaczyć już... 39 nowych tytułów. Osią łączącą poszczególne hity był kompozytor, epoka, a najczęściej historia zespołu lub solisty. Najlepszym przykładem tego typu jest „Beautiful” – musical o Carole King, który święci obecnie triumfy na Broadwayu, a przed rokiem został uhonorowany statuetką Tony, najważniejszym za oceanem wyróżnieniem w dziedzinie teatru. Czasami – jak w przypadku pożegnanego w styczniu tego roku „Motown” – tematem spektaklu może być nawet historia firmy płytowej.

Niestety, nawet ci, którzy brali na warsztat takich gigantów muzyki i rozrywki, jak Janis Joplin, Elvis Presley, John Lennon, Bob Dylan czy Boney M., nie osiągnęli takiego sukcesu jak twórcy „Mamma Mia!”. Dlaczego? Otóż Craymer oraz autorka sztuk teatralnych Catherine Johnson i Phillyda Lloyd, reżyserka wystawiająca dotąd Szekspira, stworzyły nie tylko jeden z pierwszych musicali-szaf grających, ale też pierwszy i jak dotąd jeden z nielicznych, który nie opowiada historii zespołu, lecz buduje zupełnie nową fabułę. A intryga „Mamma Mia!” jest zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną i opiera się na starych jak teatr chwytach. Młoda Sophie bez wiedzy matki Donny zaprasza na swój ślub trzech potencjalnych ojców. Chce się dowiedzieć, który z tych, nomen omen, podtatusiałych mężczyzn jest prawdziwym rodzicem. Do tej pięcioosobowej „rodziny” dołączają mieszkańcy greckiej wyspy, gdzie toczy się akcja, oraz dwie koleżanki Donny – Tanya i Rosie – obie spragnione męskiego ramienia.

Pozostało dopasować historię do poszczególnych piosenek Abby. Johnson miała od Ulvaeusa pozwolenie na pełną dowolność w czerpaniu z katalogu szwedzkiej grupy, zawierającego niemal setkę piosenek. Jednak wiadomo było, że lepiej ograniczyć się do stałej listy rozmaitych składanek z największymi przebojami.

Wychodząc w przerwie przedpremierowego pokazu musicalu w Londynie, producent muzyczny David Munns powiedział: „Wychodzę, ale nie muszę się martwić. To będzie hit”. Miał rację. Sukces po prapremierze na londyńskim West Endzie w 1999 r. zaskoczył chyba samych twórców, którzy początkowo chcieli wypróbować spektakl na mniejszej scenie niż ogromny Prince Edward Theatre. Liczba przedstawień w stolicy Wielkiej Brytanii przekroczy niedługo 7 tys., plasując „Mamma Mia!” na szóstym miejscu na liście najdłużej granych musicali. W Nowym Jorku, gdzie wystawiana jest od 2001 r., w podobnym rankingu zajęła ósme miejsce i pierwsze, jeśli chodzi o najdłużej graną produkcję składankową. Broadwayowska publiczność oklaskiwała musical 5,5 tys. razy. Za oceanem za fotel z najlepszą widocznością trzeba zapłacić 140 dol., w Londynie 75 funtów. Mimo to bilety wciąż się sprzedają.

Ile Abby w Abbie?

Fani Abby – w momencie powstania musicalu już mocno dojrzali – podeszli do pomysłu z rezerwą. W pamięci mieli niezliczone przeróbki ukochanego zespołu, grup abbapodobnych, które chciały przez chwilę zaistnieć, przyciągnąć niedoinformowanych, ogrzać się w blasku wielkich Szwedów. Z pokorą kupowali kolejne remasterowane albumy, ale kupić bilet do teatru to co innego – to jak przyłożyć rękę do świętokradztwa, jakim jest użycie znanych piosenek, pozbawienie ich pierwotnego kontekstu, ale przede wszystkim śpiewanie ich przez kogoś innego niż Agnetha czy Frida. Do zaakceptowania projektu zachęcał tylko jeden punkt – była to pierwsza przeróbka mająca stempel Benny’ego i Björna.

Byłam bardzo sceptyczna, bo widziałam, jak kolejne covery psują wizerunek grupy – przyznaje się Tarka. – Ale kiedy pojechałam na szwedzką premierę do Sztokholmu w 2005 r., zaskoczyła mnie własna reakcja. Gdy zobaczyłam, jak publiczność, w tym oficjele, wspaniale się bawi, zrozumiałam, że w „Mamma Mia!” nie chodzi o wierne odtworzenie znanych piosenek, ale o oddanie fenomenu zespołu.

Bilety na „Mamma Mia!” się sprzedają. Gorzej ze sprzedażą płyt publikowanych po spektaklach. Piosenek z musicalu można posłuchać w kilkunastu wersjach językowych, ale żadna nie brzmi tak jak wersja Abby. Na tym polega słabość jukeboxa i siła oryginału.

Twórcy tytułu musieli iść za ciosem. W 2008 r. pojawił się film, w którym postawiono na pewniaki, czyli panie pracujące przy wersji teatralnej – scenariusz napisała Catherine Johnson, a reżyserowała Phyllida Lloyd. W obsadzie nie zabrakło gwiazd: Donnę zagrała Meryl Streep, w postaci jej byłych kochanków wcielili się m.in. Colin Firth czy wzruszający swym nieporadnym śpiewem Pierce Brosnan. Stellan Skarsgård, najbardziej sceptyczny wobec Abby i musicalu członek obsady, odważył się pokazać wytatuowane pośladki. Grająca Sophie Amanda Seyfried stała się w Hollywood gwiazdą młodego pokolenia, film przypomniał też o brytyjskiej aktorce komediowej Julie Walters i amerykańskiej gwieździe Christine Baranski. Fani znowu kręcili nosem, że w obrazie brak abbowskich akcentów (poza krótkim pojawieniem się w kadrze Benny’ego i Björna) i że młodsze pokolenie jest przekonane, jakoby wokalistką Abby była Meryl Streep. Z drugiej strony podczas szwedzkiej premiery filmu doszło do „cudu” – po raz pierwszy od dwudziestu kilku lat pojawili się razem wszyscy członkowie grupy.

Film okazał się hitem, zarobił ponad 600 mln dol. (przy budżecie ok. 50 mln). Przy znanych piosenkach publiczność w kinie zachowywała się tak jak wcześniej widownia musicalu w teatrach – klaskała, wstawała z miejsc i tańczyła. Abba przeżywała – podobnie jak po wydaniu płyty „Gold” – drugą młodość. „Mamma Mia!” zaczęto grać w rekordowej liczbie teatrów na całym świecie, z miastami tak dla musicalu egzotycznymi jak Szanghaj, São Paulo, Buenos Aires, Mexico City, Seul czy Tokio. W 40 krajach zobaczyło go 54 mln widzów – wszędzie przyjmowany był równie entuzjastycznie. Wisienką na torcie było otwarcie przed dwoma laty w Sztokholmie muzeum zespołu, które z miejsca stało się jedną z większych atrakcji turystycznych Skandynawii. Obok oczywistości typu pamiątki, kolekcjonerskie edycje płyt czy aranżacje pomieszczeń związanych z karierą Abby (studio nagrań, biuro menedżera zespołu Stiga Andersona czy warsztat krawiecki Owe Sandströma, projektanta kostiumów) fani mogą zajrzeć do kuchni Agnethy i Björna. Talerz z resztką zupy mlecznej, zostawionej na stole przez ich córkę Lindę, która majaczy za oknem z tornistrem na plecach, to dla każdego miłośnika Abby oczywisty obraz-inspiracja do napisania wspomnianej już „Slipping Through...”.

Z ziemi szwedzkiej do Polski

Nieoficjalnie mówi się, że o polską licencję starały się nasze największe teatry muzyczne: Baduszkowej w Gdyni, Rozrywki w Chorzowie i Capitol we Wrocławiu. Wygrała warszawska Roma.

Inne sceny nie mają nam czego zazdrościć – tłumaczy się skromnie Wojciech Kępczyński. – To naprawdę najtrudniejszy musical w mojej karierze.

To wyznanie może dziwić, gdy zważy się, że dyrektor Romy ma na koncie takie superprodukcje, jak „Fame”, „Miss Saigon”, „Koty”, „Upiór w operze”, „Les Misérables” czy „Deszczowa piosenka”. Inna sprawa, że Warszawa jest trzecim miastem na świecie, po Pradze i Budapeszcie, gdzie musical pojawi się w wersji non-replica. To oznacza, że teatr otrzymał prawa do zmian wobec oryginału. Kępczyński przyznaje, że negocjował ten model licencji kilka lat, choć nie chce zdradzić, na czym będą polegać odstępstwa w stosunku do innych wystawień teatralnych. Uchyla tylko rąbka tajemnicy, że w scenografii pojawią się projekcje ledowe.

Warto przypomnieć, że Roma ma tradycje w produkcjach typu non-replica – scena przy Nowogrodzkiej była jedynym teatrem na świecie, który musical Andrew Lloyda Webbera grał pod tytułem „Koty”, a nie pod oryginalnym „Cats”, i który spolszczył imiona kocich bohaterów. Można spać spokojnie – w przypadku „Mamma Mia!” imiona, jak zapowiada tłumacz Daniel Wyszogrodzki, pozostaną niezmienione. Wyszogrodzki, niegdyś dziennikarz muzyczny, znany melomanom choćby z monografii grupy The Rolling Stones, ustalał ze Szwedami ostateczną wersję tłumaczenia przez wiele miesięcy. Benny i Björn podchodzą do musicalu na tyle profesjonalnie, że nawet tłumaczenia z angielskiego na szwedzki nie dokonali sami, ale oddali je w ręce fachowców.

Jakie będą losy „Mamma Mia!” w Warszawie? Bilety na pierwsze tygodnie wyprzedano już dawno. Dyrektor Kępczyński przewiduje, że niemałe koszty licencji – skryte tajemnicą handlową – zwrócą się po roku eksploatacji. – Mamy pytania o bilety od fanów z całego świata – mówi. – Jeśli chodzi o Abbę na premierze, to wysłaliśmy zaproszenia do całej czwórki. Na razie przyjazd potwierdził jeden członek zespołu. Oczywiście nie mogę zdradzić który.

Świetna zabawa? Powrót z łezką w oku do czasów, kiedy Abba królowała na listach przebojów i na prywatkach? Czy tylko tym można tłumaczyć popularność „Mamma Mia!”? A może też faktem, że szwedzki zespół niezwykle rzadko występował i teraz, kiedy szanse jego reaktywacji równe są zeru, mamy możliwość obcowania z ulubioną muzyką na żywo?

Ten zespół nigdy niczego nie udawał – mówi z przekonaniem Marzena Tarka.

No właśnie, bo czy nawet najlepiej wymyślony projekt związany z Abbą udałby się bez niebanalnych piosenek tej grupy? Bez zdolnego kompozytora Benny’ego, rozwijającego się z płyty na płytę autora tekstów Björna i bez doskonałego połączenia głosów Agnethy i Fridy? Przy tych pytaniach kapitulują nawet najwięksi wrogowie zespołu.

Autor jest sekretarzem Programu 2 Polskiego Radia.

Polityka 8.2015 (2997) z dnia 17.02.2015; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Mammamiamania"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak leśnicy sami sprywatyzowali Lasy Państwowe

Prywatyzacją lasów politycy straszą nas regularnie. Zawsze wtedy, gdy partykularne interesy leśnego lobby i jego politycznych protektorów wydają się zagrożone. Samym jednak lasom przekazanie w prywatne ręce nigdy nie groziło. PiS wykreowało wroga, żeby nas przed nim bronić.

Joanna Solska
01.09.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną