Kultura

Tortury do lektury

Krwawe bajki dla młodzieży

Oryginalne baśnie braci Grimm wystraszyłyby makabrą niektórych dorosłych. Oryginalne baśnie braci Grimm wystraszyłyby makabrą niektórych dorosłych. Piotr Socha / Polityka
Brutalność, dorosły charakter literatury dla młodzieży, który obserwujemy, to niedzisiejszy wynalazek. Przypominają o tym baśnie braci Grimm w pierwotnych, nieocenzurowanych jeszcze przez samych autorów wersjach.
Nowy trend w literaturze dla młodzieży - postapokalipsa, zombie, genetyczne mutacje.Piotr Socha/Polityka Nowy trend w literaturze dla młodzieży - postapokalipsa, zombie, genetyczne mutacje.

Poznajcie Johna Cleavera. John ma 15 lat. W swoim życiu kieruje się kilkunastoma zasadami. Na przykład nie zbliża się do zwierząt, bo mógłby je skrzywdzić. Jeżeli zaś przyłapie się na tym, że zainteresuje go jakaś osoba, zmusza się do unikania jej przez minimum tydzień. Sam o sobie mówi: „Myślę (…) że los chce, abym został seryjnym mordercą”, a jego obawy potwierdzają specjaliści – ma oficjalnie zdiagnozowane antyspołeczne zaburzenia osobowości, czyli psychopatię. John to bohater serii powieści dla młodzieży pisanych przez Dana Wellsa.

Poznajcie Mahlię i Toola. Oboje żyją w postapokaliptycznych Stanach Zjednoczonych z powieści „Zatopione Miasta” autorstwa Paola Bacigalupiego. Tool to genetycznie modyfikowany człowiek-pies, maszyna do zabijania, bestia rozrywająca ludzi na strzępy gołymi rękoma. To również jeden z pozytywnych bohaterów książki. Mahlia jest z kolei kilkunastoletnią dziewczyną, starającą się przeżyć w wyniszczonym, targanym konfliktami świecie, gdzie dzieci zmusza się do walk dla zwaśnionych frakcji politycznych i wzajemnego okaleczania. Oto fragment: „Mahlia posikała się ze strachu. Mocz spłynął jej po nodze. Nie czuła wstydu, nie czuła nic, prócz przerażenia. Nie była osobą, lecz ofiarą, jakby bestia rozpruła jej brzuch i wyrwała wnętrzności. Była nikim, trupem, nawet jeśli wciąż biło jej serce”. W czasie tortur Mahlia błagała oprawcę, by ją zabił, byle tylko skrócić cierpienia. Wszystko to w powieści, której szukać należy na półkach oznaczonych jako young adult, czyli przeznaczonych dla książek młodzieżowych. Tych samych, o których wspominała Justyna Sobolewska w tekście „Przyjemność zdziecinnienia” (POLITYKA 51–52/14).

Wychwalany przez krytyków i obsypywany nagrodami Bacigalupi napisał również książkę dla jeszcze młodszych czytelników „Zombie Baseball Beatdown” o spowodowanym przez zakażone mięso wybuchu epidemii zombie. Choć zwyczajowo żywego trupa najlepiej unieszkodliwić, uszkadzając mu mózg, tych konkretnych stworów nie da się zabić, można je co najwyżej okaleczyć. Stąd bohaterami „Zombie…” jest drużyna małej ligi baseballowej, a więc wyposażone w kije do gry dzieciaki, które unieszkodliwiają truposze, gruchocząc im kolana i łokcie.

W tym wszystkim nie chodzi jednak o bezmyślną przemoc i epatowanie makabrą – „Zombie…” skupia się na takich tematach, jak bezpieczeństwo żywnościowe, rasizm i imigracja, „Zatopione Miasta” opowiadają o okropieństwach wojny, zgubnym wpływie radykalnych ideologii i trudnej, skazanej na porażkę walce o ideały w świecie, który jest ich pozbawiony. Opisana w powieści „Nie jestem seryjnym mordercą” Dana Wellsa historia Johna Cleavera stanowi natomiast przenikliwe studium psychiki osoby pozbawionej empatii i boju chłopaka o normalność i własną duszę, którą może zawładnąć Pan Potwór, jak John nazywa swoje mroczne oblicze.

Co zaś najważniejsze: Bacigalupi i Wells to nie odosobnione przypadki, lecz przykłady potwierdzające nowy trend w literaturze młodzieżowej. Literaturze, która w ostatnich latach nie tylko podbiła listy bestsellerów, stając się najlepiej rozwijającym się segmentem rynku książkowego, ale przede wszystkim dojrzała, ze wszystkimi tego radykalnymi oznakami.

Koniec niewinności

Tradycyjnie young adult (YA) utożsamia się z serią o Harrym Potterze, cyklem o Percym Jacksonie, „Eragornem” Christophera Paoliniego, „Opowieściami z Narnii”, a przede wszystkim książkami „Gwiazd naszych wina”, „Zmierzch”, „Niezgodna”, „Pamiętniki wampirów” i innymi kierowanymi do nastolatek paranormalnymi romansami, jak się je określa. Tu wiele prawdy jest w słowach Justyny Sobolewskiej, która zwracała uwagę ma to, że „literatura młodzieżowa nie daje wzorców przekraczania samego siebie, walki ze starzeniem się, niechętnego przyjmowania odpowiedzialności. To wszystko zastępuje wolność od wyborów, magiczna wyjątkowość, wieczne dzieciństwo”.

Jeżeli jednak odsunąć na bok promowane przez hollywoodzkie ekranizacje bestsellery, obraz współcześnie pisanych książek młodzieżowych jest inny. W tym samym artykule dalej czytamy: „Jedną z nich [cech literatury dla dorosłych] jest to, że pisarz traktuje czytelnika jak równego sobie, nie musi dla niego nic upraszczać, na siłę zatrzymywać jego uwagi, infantylizować tego, o czym pisze”. Zestawmy to ze słowami Paola Bacigalupiego, który – zapytany o swoje podejście do YA – mówi: „Zachowujemy się, jakbyśmy mieli otulać nasze dzieci ochronnymi historyjkami, obawiam się jednak, że robiąc tak, nie pomagamy im. Lepiej pozwolić naszym dzieciom poznać prawdę o świecie, niż czynić z nich ignorantów”.

Skąd ta rozbieżność? Literatura młodzieżowa to obecnie dwa nurty. Oba wzięły swój początek w ogromnym sukcesie przygód Harry’ego Pottera, potem „Zmierzchu” – a wraz ze wzrostem sprzedaży pozycji dla młodszych czytelników przybyło autorów i autorek, którzy dostrzegli w tej gałęzi rynku swoją szansę. Część z nich pisze, bo chce sprzedawać, stąd choćby jak grzyby po deszczu powstają pozycje łudząco podobne do serii Stephanie Meyer czy ostatnio niezwykle modne klony „Igrzysk śmierci” Suzanne Collins, jak na przykład głośne „Endgame” Jamesa Freya. Rzadko które, rzecz jasna, powtarzają sukces oryginałów, ale się sprzedają, a prawa do ich ekranizacji rozchodzą się na pniu. To jednak literacki chów wsobny – zarówno wydawcy książkowi, jak i producenci filmowi uwielbiają schematy, powtarzalność i trendy. Do tego kino młodzieżowe musi otrzymać kategorię wiekową PG-13, nie może być w niej nic drastycznego, stąd często nawet rany słabo krwawią.

Wzrost wartości rynku młodzieżowego przyciągnął jednak do niego również inny rodzaj twórców. Zwłaszcza wśród autorów fantastyki popularne stało się pisanie na dwóch frontach: uznani, obsypywani nagrodami i wychwalani przez krytyków twórcy ambitnej prozy dla dorosłych postanowili zmierzyć się z historiami dla dzieci i młodzieży. Przykładem wspomniany Paolo Bacigalupi, który „Nakręcaną dziewczyną” podbił listy bestsellerów i trafił do zestawienia najlepszych 10 książek 2009 r. według magazynu „Time”, a następnie napisał cztery powieści YA. Poza tym mamy jeszcze Catherynne M. Valente, w Polsce znaną z odwołujących się do mitów i baśni „Opowieści sieroty”; specjalizującego się w twardej fantastyce naukowej Iana McDonalda, świetnego redaktora literackiego Lou Andersa; popularnego pisarza i speca od internetu oraz praw autorskich Cory’ego Doctorowa (w „Małym Bracie” pisał dla młodzieży o wojnie z terroryzmem, inwigilacji, walce o prawa człowieka i niebezpieczeństwach rządów totalitarnych); Chinę Mieville’a, który jest twarzą nowego, ambitnego nurtu literatury fantastycznej zwanej New Weird, a którego „Toromorze” (klasyfikowane jako YA) nad Wisłę trafiło w listopadzie 2014 r.

Najbardziej oczywistym przykładem z rodzimego podwórka jest zaś Rafał Kosik, który co roku publikuje kolejne tomy niezwykle popularnej wśród młodzieży serii „Feliks, Net i Nika”, a w wolnych chwilach tworzy wysoko oceniane powieści fantastyczno-naukowe dla dorosłych. Ze względu na inny bagaż doświadczeń i inne ambicje (większość z nich tworzyła science fiction, gdzie muszą wymagać od czytelnika wiedzy, a Valente czy Mieville szpikują swoje teksty nawiązaniami do literatury czy malarstwa), ci twórcy zupełnie inaczej podchodzą do młodzieży, traktują ją jako partnerów do dyskusji, otwartych na nowe, skomplikowane kwestie, gotowych na prawdy, które mogą nie tylko im się nie spodobać, ale i przerazić. Dlatego piszą o biedzie, wojnach, torturach, zaufaniu do rządów, grozie terroryzmu, morderstwach, gwałtach, zniszczonych światach, odpowiedzialności ekologicznej, kłamstwach korporacji (świetne „Doubt Factory” Bacigalupiego), alkoholizmie, przemocy w rodzinie czy wyzysku nieletnich. Są przy tym szczerzy i starają się nie upiększać rzeczywistości, choć to ostatnie im się jednak zdarza, bo mają świadomość wieku czytelnika i nawet opisując brutalne sceny, nie epatują makabrą – najczęściej omijają to, opisując skutki, nie skupiając się zaś na samym akcie.

Krew, śmierć i bajki

W swoim podejściu nie są jednak zbyt oryginalni, można wręcz powiedzieć, że dzięki nim proza dla dzieci i młodzieży powraca do korzeni, do czasów, gdy królowała tradycja opowieści przekazywanych z ust do ust. Opowieści, które na początku XIX w. zebrali słynni bracia Grimm, Jacob i Wilhelm, a które współcześni znają w wersjach Disneya, kończących się słowami „I żyli długo i szczęśliwie”.

Oryginalne baśnie braci Grimm pierwotnie nie były uroczymi opowiastkami na dobranoc – wystraszyłyby makabrą niektórych dorosłych. Zmiany to efekt początkowo autocenzury autorstwa starszego z braci, Wilhelma, a następnie kolejnych redakcji, wynikających z nastania nowych czasów i chęci złagodzenia przekazu kierowanego do najmłodszych.

O tym, jak zebrane przez Grimmów historie wyglądały w pierwszej wersji, możemy się dowiedzieć z opublikowanego niedawno pełnego angielskiego tłumaczenia pierwotnych edycji z 1812 i 1815 r. Autorem „The Original Folk and Fairy Tales of the Brothers Grimm: The Complete First Edition” jest profesor germanistyki Jack Zipes. We wstępie do książki tłumaczy on, że zanim baśnie Grimmów przybrały kształt mniej więcej zbliżony do współczesnego, ze zbioru wypadło kilkadziesiąt historii, w wielu z nich zmieniono szczegóły, aby ułagodzić przekaz, dodano także odwołania do chrześcijaństwa.

Jakie historie nie trafiły do kolejnych edycji? Choćby ta, w której dwójka braci postanowiła zabawić się w rzeźnika i świnkę, w efekcie czego starszy poderżnął młodszemu gardło. Gdy zobaczyła to ich matka, w furii dźgnęła pozostałego przy życiu chłopca w serce. Przy okazji straciła też trzeciego syna, którego zostawiła w kąpieli, gdzie utonął. Sama ostatecznie powiesiła się z żalu, a gdy mąż wrócił do domu i zobaczył, co się stało, popadł w depresję – i również niedługo potem zmarł. Równie „urocza” jest historia „Dzieci głodu”, gdzie matka głodującej rodziny oznajmia córkom, że musi je zjeść. Te chcą dać jej chleba, ale to nie pomaga, postanawiają więc położyć się spać i nie wstać aż do dnia Sądu Ostatecznego.

Co w baśniach zmieniono? Na niektóre szczegóły wpłynąć miała obawa przed okupującymi Niemcy Francuzami, dlatego na przykład żabę zastąpił krab, głównym motorem autocenzury były jednak chrześcijańskie wartości wyznawane przez Wilhelma. W pierwszej wersji to nie macocha, tylko rodzona matka wysyła Jasia i Małgosię do lasu. Również matka każe łowczemu zabrać do lasu Królewnę Śnieżkę, by wyciąć jej serce i płuca i przynieść z powrotem królowej, która planowała je zjeść. W kolejnych edycjach „złymi” zrobiono macochy, bo bracia Grimm uważali, że macierzyństwo to świętość. W ten oto sposób ci dwaj wielcy badacze kultury ludowej najpierw zebrali mnóstwo opowieści dotychczas przekazywanych ustnie, spisali je i wydali w fascynującym zbiorze, by w kolejnych latach wprowadzać kolejne zmiany, próbując obronić dzieci przed słuchaniem o okropieństwach tego świata.

Kiedyś jednak słuchały – jeszcze zanim Grimmowie zebrali te historie. Bo choć większość z nich była przeznaczona dla dorosłych, wiele ludowych bajek miało charakter dydaktyczny, a z makabrycznych opowieści dzieci raz na zawsze uczyć się miały, że nie wolno kraść czy kłamać, a las jest pełen niebezpieczeństw. Dopiero później nad najmłodszymi rozpostarto parasol ochronny, systematycznie wzmacniany i uszczelniany także przez współczesną kulturę.

Potem przyszedł jednak internet, globalizacja i obecnie, jeżeli dziecko chce choćby obejrzeć „Grę o tron” czy wyjątkowo krwawy horror, zrobi to. Kino hollywoodzkie wciąż stara się, jak potrafi, infantylizować wszystkie filmy, na które może pójść młodzież. Konsekwencją jest cukierkowość i łagodzenie fabuł książkowych bestsellerów powiązanych z rynkiem filmowym.

W siłę rośnie jednak grupa pisarzy i pisarek, którzy najwyraźniej pogodzili się z faktem, że młodzież ogląda pełne drastycznych relacji programy informacyjne i czyta nie tylko pozycje dla dzieci, że młodzież jest ciekawa świata, a nie wyłącznie romansów i bajek ze smokami. Dzięki temu książki young adult obecnie mają wyłącznie dwa wyznaczniki: bohaterem jest nastolatek, a historia pełna jest akcji. I nie musi być to infantylna opowieść oferująca wyłącznie eskapizm. A przy okazji – o czym wspominała Justyna Sobolewska – łatwiej przyciągają uwagę dorosłych.

Polityka 10.2015 (2999) z dnia 03.03.2015; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Tortury do lektury"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną