Kultura

Efekt Björk

Fenomen najsłynniejszej islandzkiej piosenkarki

„Vulnicura” jest kolejnym przykładem tego, jak w sztuce można opowiedzieć o swojej intymności. „Vulnicura” jest kolejnym przykładem tego, jak w sztuce można opowiedzieć o swojej intymności. Inez and Vinoodh/Mystic
Wokalistka i kompozytorka Björk tłumaczy w rozmowie z POLITYKĄ, o czym jest jej płyta „Vulnicura”. A my – w jaki sposób dziecięca ciekawość świata czyni z niej wciąż wybitną postać świata muzyki.
„Debut”, 1994 r. (fot. Jean-Baptiste Mondino)Jean Baptiste Mondino/MoMa „Debut”, 1994 r. (fot. Jean-Baptiste Mondino)
„Post”, 1995 r. (fot. Stéphane Sednaoui, projekt Me Company)Stéphane Sednaoui/MoMa „Post”, 1995 r. (fot. Stéphane Sednaoui, projekt Me Company)
„Homogenic”, 1997 r. (fot. Nick Knight, stylizacja Alexandra McQueena)Nick Knight/MoMa „Homogenic”, 1997 r. (fot. Nick Knight, stylizacja Alexandra McQueena)

Jest najmłodszą noblistką świata muzyki. Bo przyznawana od 1992 r. szwedzka Polar Music Prize to odpowiednik Nobla, a Björk Guðmundsdóttir odebrała ją pięć lat temu (wspólnie z kompozytorem Ennio Morricone). Za wyjątkowy, jak to opisano, wpływ na kulturę współczesną. Orkiestra grała jej przebój „Human Behaviour”, młodsi artyści śpiewali też inne piosenki, a laudację czytał ojciec nagrodzonej, islandzki elektryk i przywódca związkowy, taki – przy wszystkich proporcjach – tamtejszy Lech Wałęsa. Cała ta sytuacja kazała na filigranową Björk (isl. brzoza) spojrzeć tym bardziej jako na fenomen: artystkę, która pozostała dzieckiem, choć – w co trudno uwierzyć – niebawem skończy 50 lat.

Aż 39 lat z tego półwiecza spędziła na scenie. Wyszła na nią w 1977 r. jako cudowne dziecko, wykonując znane utwory, ale nawet na nagranym w wieku 12 lat debiucie płytowym udało jej się wśród śpiewanych po islandzku piosenek The Beatles czy Steviego Wondera przemycić coś własnego – samodzielnie napisany krótki utwór instrumentalny. Mimo wczesnego startu nie straciła też kontroli nad własną karierą. Może dlatego, że nie dał jej wielkich pieniędzy. Przez lata nie zarabiała piosenkami na życie, imała się różnych zajęć, w czym widać było zarówno wpływ ojca, jak i islandzkie realia. W kraju liczącym 320 tys. mieszkańców po prostu nie ma wielkich karier, opartych wyłącznie na rynku lokalnym. Trzeba wyjeżdżać. – Zdaję sobie sprawę, że jestem najbardziej globalną obywatelką Islandii – zauważa Björk. – Światową na miejscu, ale islandzką patriotką, gdy mieszkam w Nowym Jorku.

W majowym wydaniu „Time’a”, gdzie Björk figuruje z kolei na liście 100 najbardziej wpływowych osobistości na świecie, możemy przeczytać krótką laudację autorstwa artystki wizualnej Mariny Abramović: „Zawsze jest wśród pionierów, ale zarazem nigdy nie podążą za modą, niezależnie od tego, czy pracuje nad nową technologią, strojami, obrazami czy dźwiękami” – pisze Serbka. „Zawsze oferuje własny, osobisty świat”.

Pieśni pełne bólu 

Dziś Björk opowiada o tym, jak ten osobisty świat runął. Skończył się jej trwający kilkanaście lat związek, najdłuższy w życiu, z amerykańskim artystą Matthew Barneyem, znanym przede wszystkim z pokazywanych w galeriach na całym świecie rozbuchanych estetycznie filmów nawiązujących do surrealizmu. Mają razem córkę i kilka wspólnych działań artystycznych na koncie. W tekście jednej z piosenek na nowej płycie „Vulnicura” Islandka pyta: „Gdzie mogę złożyć wyrazy współczucia z powodu śmierci swojej rodziny?”. Cykl pełnych bólu pieśni ułożyła niczym strony z pamiętnika, które dokumentują kolejne stadia leczenia ran. Mówi o tym mniej chętnie, ale potwierdza autentyczność tekstów: – Nie traktuję ich jako jakiejś kolejnej historii. Zresztą trudno by było zmyślić tego typu historię ze sobą w roli głównej – tłumaczy POLITYCE.

Nie tylko te, ale większość moich tekstów pochodzi z dzienników. Reszta to po prostu frazy, które sobie nucę – opowiada Björk, której płyta brzmi jak notes z najczarniejszymi podejrzeniami, które się spełniły. – To, że nasza podświadomość wydaje się czasem wiedzieć coś szybciej, jest bardzo interesującym zjawiskiem. A właśnie podświadomość pisze piosenki.

Piosenki z początków kariery Björk, te nagrywane z grupą The Sugarcubes, nawiązywały do punka. Choć dziś artystka je bagatelizuje, mówiąc o Sugarcubes jako grupie towarzyskiej, która miała zapewnić akompaniament do upijania się. Sami zresztą prowadzili imprezowy tryb życia, gustując w przemycanym z zagranicy absyncie. Ważne, że zostali dostrzeżeni przez Johna Peela, nieżyjącego już guru brytyjskich radiowców, a to dało Björk szansę na wyjazd z kraju na stałe.

Po przyjeździe do Londynu i rozpoczęciu solowej kariery była zafascynowana tamtejszą sceną taneczną. Było to słychać na jej solowych płytach z lat 90. Potem pole znajomości i zainteresowań poszerzało się o muzyków z całego świata – sesje nagraniowe islandzkiej artystki stały się miejscem spotkań dla inuickiej mistrzyni śpiewu gardłowego, arabskiej gwiazdy muzyki tanecznej, amerykańskiego kwartetu smyczkowego, afrykańskich wirtuozów i zachodnich didżejów. Żadnych ograniczeń. Ostatnie lata to wielkie koncepcje artystyczne o bardzo globalnym, czasem wręcz kosmicznym charakterze: „Medúlla” (2004 r.), album wypełniony kompozycjami tylko na ludzkie głosy, „Volta” (2007 r.) łącząca nowoczesne brzmienia elektroniczne i muzykę świata, a ostatnio „Biophilia” (2011 r.), która zawierała muzykę graną na futurystycznych instrumentach, obejmowała serię dodatków w postaci aplikacji na iPada i cykl warsztatów muzycznych w różnych miastach na świecie. W porównaniu z nimi „Vulnicura” jest stosunkowo prosta, a o jej brzmieniu decydują przede wszystkim głos głównej bohaterki i instrumenty smyczkowe.

Żartowałam, że „Biophilia” była albumem w stylu Kofiego Annana – tłumaczy Björk. – Starałam się pogodzić wszystkich, poruszyć różne wątki. Inaczej z „Vulnicurą”. To po prostu płyta opowiadająca o rozstaniu. Kiedy już napisałam te wszystkie piosenki, spojrzałam na nie z dystansu i doszłam do wniosku, że mają mocno psychologiczny charakter. A jako ilustracji do dialogów, które rozstanie każe nam sobie układać w głowie, potrzebowałam smyczków.

Mówi, że pisząc teksty o rozpadzie związku z Barneyem, czuła się zakłopotana jak nastolatka. A „Vulnicura” jest kolejnym przykładem tego, jak w sztuce można opowiedzieć o swojej intymności, a potem unikać tematu w zwykłej rozmowie.

„Mieszanka gruntownego przygotowania i spontanicznej improwizacji” – napisał o niej Alex Ross, uznawany dziś za najważniejszego krytyka muzyki poważnej. Ross ma od lat słabość do Björk. Nie bez przyczyny – dzięki dużej popularności nagrań z lat 90. oraz widowiskowej oprawie wizualnej klipów i koncertów udało jej się wprowadzić do muzyki popularnej niemało pomysłów ze świata muzyki współczesnej i sztuk wizualnych. Sam proces pracy jest ciekawy – napisane wcześniej samodzielnie utwory Björk prawie zawsze konfrontuje z pomysłami zaproszonych na sesje nagraniowe artystów: – Wydaje mi się, że ostatecznie większość pracy nad płytami i tak wykonuję sama. Lubię tę samotność poszukiwania i pracy nad melodiami, edytowania ich na komputerze, tworzenia aranżacji. Ale potrzebuję też jej przeciwieństwa – spotkania z innym muzykiem lub realizatorem.

Tak było i tym razem. – Napisałam większość piosenek, przygotowałam aranżacje smyczkowe i nagrałam je. To chyba ta część związana z przygotowaniem? – odnosi się do słów Rossa. – Zajęło mi to jakieś 14 miesięcy. Potem producent Arca przyjechał na Islandię i razem zaprogramowaliśmy rytmy – pracuje szybko, więc chyba można to uznać za element improwizacji. Chociaż z drugiej strony ma olbrzymią bibliotekę przygotowanych wcześniej brzmień.

Rozchwytywany dziś Arca, młody Wenezuelczyk, ostatnio piszący muzykę dla Kanye Westa, z propozycją współpracy zgłosił się do niej sam. To już towarzyski efekt Björk – producenci na dorobku zgłaszają się, bo spotkać się z nią to jak odbyć staż w najlepszej firmie w branży. Ale sama Islandka denerwuje się, gdy o tym mowa, bo potem trudno ludziom wyjaśnić, że to nie ci zaproszeni muzycy „robią za nią” płyty. Bo oto na zakończenie sesji nagraniowych na tydzień lub dwa przyjeżdżają znani goście – duet Matmos, Brytyjczyk Matthew Herbert albo Timbaland – a późniejszy komentarz brzmi „zrobili jej płytę”. Zapewne dlatego, że jest tak drobna, mówi ze śmiesznym islandzkim akcentem i wygląda jak dziecko.

Dziecięco naiwny obraz

Tymczasem zależność jest zwykle odwrotna – owszem, Islandka jest od lat w centrum towarzyskim, jeśli chodzi o świat muzyki popularnej, ale to raczej ona służy pomocą. Przykład? Klasycznie wykształcony gitarzysta Valgeir Sigurðsson, jej rodak, zaproszony do współpracy przy ścieżce dźwiękowej do „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera. Został najpierw nadwornym producentem Björk, a dopiero potem jednym z najbardziej rozchwytywanych na świecie. Jego Greenhouse Studios w Reykjaviku są centrum sceny muzycznej w Islandii, przyjeżdżają tu artyści z całego świata.

Zresztą i sama Björk coraz częściej wraca na wyspę, bo tu jest wolna od obciążeń związanych ze światową sławą. Daje spontaniczne didżejskie występy w podrzędnych barach w mieście (podczas jednego z nich spotkała kolejnego współproducenta „Vulnicury” – Bobby’ego Krlica, występującego jako Haxan Cloak). Ale gdyby nie jej międzynarodowy sukces, nie byłoby popularności kolejnych zespołów z jej kraju, takich jak Sigúr Ros czy Gus Gus. To nieprawda, że za te zasługi rząd Islandii chciał jej podarować niewielką wyspę u wybrzeży kraju – ale ludzie to powtarzają. Najwyraźniej zasłużyła.

Nieźle udokumentowany jest jej wpływ na Goldiego – chłopaka z wczesnych czasów londyńskich i gwiazdę modnej sceny drum’n’bass. Zaraziła go ulubioną muzyką Henryka Mikołaja Góreckiego, wydaną wówczas na płycie „Symfonia pieśni żałosnych”. Zachwycony Goldie na swoją kolejną płytę nagrał godzinny utwór elektroniczny z wykorzystaniem orkiestry. To między innymi dlatego organizatorzy zeszłorocznego warszawskiego koncertu III symfonii Góreckiego chcieli do wykonania partii wokalnej w tym utworze zaprosić Björk. Ostatecznie zaśpiewała ją Beth Gibbons – nie można było kontynuować negocjacji z Björk ze względu na jej problemy zdrowotne. Przeszła wcześniej operację usunięcia polipa strun głosowych. Przez kilka tygodni porozumiewała się z córką, podsuwając jej teksty na kartkach. Nawet to wydarzenie – dla wokalisty pełne grozy – udało się przekuć w zabawę.

Dziecięco naiwny był wreszcie przez lata obraz Björk w wideoklipach. Kręcili je dla niej regularnie dzisiejsi rozchwytywani reżyserzy filmów fabularnych i znani artyści, często aranżując przed kamerą obrazy ze snów wokalistki: Spike Jonze, Michel Gondry (Björk: – Wszystkie nasze wspólne klipy mówiły o moim dzieciństwie), Chris Cunningham. „All Is Full of Love” tego ostatniego trafiło kilka lat temu jako jedna z instalacji na wystawę nowej sztuki brytyjskiej w Zachęcie. Björk miała też zmysł, który pozwalał jej zapraszać do współpracy świetnych młodych fotografów i projektantów mody – choćby młodego Alexandra McQueena w połowie lat 90. Otoczkę wizualną jej muzyki, wymyślaną od nowa przy okazji każdej płyty, porównać można jedynie z kreacjami Davida Bowiego.

Dziś sama Björk doczekała się retrospektywy w nowojorskim Museum of Modern Art (można ją obejrzeć do czerwca), która pokazuje jej świat jako artystki multimedialnej, z klipami i ekstrawaganckimi strojami – nie bez odniesień do Bowiego, bo ten był niedawno bohaterem podobnej wystawy w londyńskim Victoria &Albert Museum. Tyle tylko, że ekspozycja poświęcona Islandce została zmiażdżona przez krytykę. Opisano ją jako artystyczne fiasko, nieudaną próbę spojrzenia na wokalistkę niczym na markę, produkt, pozbawiony eksperymentatorskiej otoczki.

Przygotowałam tylko dźwięk na tę wystawę – broni się Björk. – Ograniczyłam się do stworzenia wielokanałowej oprawy dźwiękowej do sali „Black Lake”. Nagrałam też dźwięki narracji do całości. Za stronę wizualną odpowiedzialny jest kurator Klaus Biesenbach – dodaje. Przyznaje jednak, że wątki wizualne i dźwiękowe nieszczęśliwie się tym razem rozdzieliły. – A ja jestem muzykiem, nie artystką wizualną. A już na pewno nie kuratorką.

Wśród epitetów opisujących wystawę pojawiło się hasło „infantylna”. Trudno bowiem wyczuć, gdzie kończy się dziecięcość, a zaczyna infantylizacja. Widocznie żeby znać różnicę, trzeba być Björk.

Polityka 18.2015 (3007) z dnia 27.04.2015; Kultura; s. 104
Oryginalny tytuł tekstu: "Efekt Björk"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Kontrowersyjna rolna rewolucja

Lada dzień na Ukrainie rozpocznie się rolna rewolucja. To najbardziej oczekiwana i kontrowersyjna obietnica Wołodymyra Zełenskiego.

Oleksandra Iwaniuk
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną