Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Prawda nauki, prawda ekranu

Polscy uczeni na ekrany!

Eddie Redmayne jako Stephen Hawking w „Teorii wszystkiego” Eddie Redmayne jako Stephen Hawking w „Teorii wszystkiego” Universal Studios
Już z następną POLITYKĄ oscarowa „Teoria wszystkiego” o Stephenie Hawkingu – jedna z nowej fali filmowych biografii uczonych. A jakich bohaterów w tej dziedzinie ma do zaoferowania polska nauka?
Andrzej Kopiczyński jako Kopernik w filmie Petelskich, 1972 r.Studio Filmowe „Kadr”/FN Andrzej Kopiczyński jako Kopernik w filmie Petelskich, 1972 r.
Olgierd Łukaszewicz jako Sendivius w „Alchemiku” Koprowicza, 1989 r.Studio Filmowe „Tor”/FN Olgierd Łukaszewicz jako Sendivius w „Alchemiku” Koprowicza, 1989 r.

Oksford lat 60. XX w., studencka impreza się rozkręca, lecz przybyłe dziewczyny odkrywają, że trafiły na przyjęcie zorganizowane przez fizyków. Zapowiadają się śmiertelne nudy – szczęśliwie wśród obecnych znajduje się niezwykle czarujący chłopak. Jest nim Stephen Hawking, przyszły genialny astrofizyk, bohater filmu „Teoria wszystkiego” – odtwórca roli uczonego Eddie Redmayne został nagrodzony Oscarem.

Opowieść o samej nauce i odkryciu przez Hawkinga parowania czarnych dziur w kosmosie schodzi jednak na dalszy plan, dla scenarzysty ważniejsza staje się miłość i poświęcenie się dla chorej osoby. Taka forma opowieści Hawkingowi chyba odpowiada, bo zgodził się na użycie w filmie charakterystycznego, ale prawnie zastrzeżonego, syntezowanego głosu. 73-letni uczony od wielu lat choruje na stwardnienie zanikowe boczne, które przykuło go do wózka inwalidzkiego i pozbawiło możliwości bezpośredniego porozumiewania się ze światem. Pomaga w tym specjalny system informatyczny, sterowany przez Hawkinga za pomocą ruchów policzka. Tyle wystarcza nie tylko, by prowadzić wybitną pracę naukową, ale również uczestniczyć w barwnym, niepozbawionym skandali życiu. Na tyle ciekawym, że stało się tematem filmowej fabuły.

Sytuacja nieczęsta, choć filmowcy w ostatnich latach coraz chętniej korzystają z możliwości opowiadania o konfliktach: „ciało przeciwko umysłowi” czy „rozum kontra religia” właśnie poprzez biografie naukowców. Podpowiadane przez życie scenariusze mogą być też aktualnym komentarzem do społecznych przemian czy niesprawiedliwości. Tak jest w „Grze tajemnic”, biograficznym filmie o Alanie Turingu (i ten za kilka tygodni dołączymy do POLITYKI). Jego projekcja przypomniała dyskusję o homoseksualizmie genialnego matematyka i skłoniła królową brytyjską do pośmiertnego ułaskawienia – zgodnie z obowiązującym jeszcze po wojnie prawem homoseksualizm był w Zjednoczonym Królestwie przestępstwem. Turingowi umożliwiono zamianę kary na przymusową terapię, która najprawdopodobniej doprowadziła go do samobójstwa. Przy okazji wyszło na jaw, że kryminalne wyroki ciążą na dziesiątkach tysięcy Brytyjczyków, również liczących na rehabilitację.

„Gra tajemnic” i „Teoria wszystkiego” nie powstały teraz bez powodu. Filmy biograficzne, także te o naukowcach, dostają w ostatnim czasie w Hollywood zielone światło, bo spotykają się z ogromnym zainteresowaniem publiczności. Ich sukces to dobry sygnał dla następnych czekających w kolejce scenariuszy, m.in. filmu Angeliny Jolie o paleoantropologu Richardzie Leakeyu, który w latach 80. walczył z kłusownikami handlującymi kością słoniową w Kenii.

Twórcy filmowi majstrują dziś na szczęście nie przy wątkach naukowej pracy bohaterów, lecz cechach ich osobowości. W „Grze tajemnic” Turing nazywa maszynę deszyfrującą Christopher – tak miał na imię jego bliski przyjaciel z młodości. W rzeczywistości matematyk nie miał tak obsesyjnego charakteru, na urządzenie mówił po prostu Bombe. Z kolei film „Darwin. Miłość i ewolucja” pokazuje sławnego przyrodnika rozdzieranego większym niż w rzeczywistości konfliktem między wiarą a wnioskami wynikającymi z teorii ewolucji. Wątków zawartych w samym „O powstawaniu gatunków” nie rozwinięto, skupiając się znów na kwestiach rodzinnych i relacji naukowca z Kościołem. A wydawałoby się, że same odkrycia Karola Darwina są dużo bardziej wstrząsające niż ich obyczajowa otoczka.

Na tego typu scenariuszowe wolty filmowcy decydują się często, choć prawie zawsze w opowiadaniu życiorysów korzystają z pomocy ekspertów. Amerykańska National Academy of Sciences utworzyła nawet specjalny departament zajmujący się konsultowaniem zagadnień naukowych ze środowiskiem filmowym i telewizyjnym. Jego pracownicy w ciągu ostatnich lat aż w 800 przypadkach pomagali zbliżyć język filmu do naukowych prawideł.

Można powiedzieć, że działanie takiej instytucji to ukłon w stronę początków kina, kiedy to produkowano biografie mające służyć wyłącznie szerzeniu wiedzy. W 1936 r. powstała biografia Ludwika Pasteura, pierwszy film o uczonym miał czysto edukacyjny charakter i opowiadał historię prac nad szczepionką przeciwko wściekliźnie.

Po bohaterach filmów edukacyjnych w kinie pojawili się szaleni naukowcy, wrogowie Jamesa Bonda, atomowi terroryści czy ojcowie Frankensteina, knujący w tajnych laboratoriach, jak zdobyć dominację nad światem lub wręcz przeciwnie – jak ludzkość unicestwić. Trudno się oczywiście doszukiwać w ich zapędach wątków z biografii prawdziwych odkrywców. Ten nurt kontynuują w ostatnich latach takie filmy, jak „Transcendencja” z fikcyjnym naukowcem Willem Casterem czy „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” z Bolivarem Traskiem. Coraz częściej jednak na ekrany trafiają opowieści o prawdziwych uczonych.

Polska włącza się powoli w nurt filmów o naukowcach. Furorę zrobiła ekranowa biografia Zbigniewa Religi w filmie „Bogowie”. Warunki są więc zachęcające – mimo że prawo chroniące wizerunek utrudnia realizowanie w kraju scenariuszy o ludziach z niedalekiej przeszłości. Polski Instytut Sztuki Filmowej zaangażował się w dużą europejską produkcję o życiu Marii Skłodowskiej-Curie. Właśnie ruszyły zdjęcia, premiera zaplanowana jest na 2016 r. Projekt dołączy do ciekawej grupy filmów biograficznych o kobietach naukowcach: „Goryli we mgle” o amerykańskiej prymatolog Dian Fossey i „Agory” o astronomce Hypatii ze starożytnej Aleksandrii.

Skłodowska-Curie była już bohaterką kina – 72 lata temu powstał w Hollywood czarno-biały film z udziałem Greer Garson. W najnowszej produkcji w rolę uczonej wciela się Karolina Gruszka, a odkrycie radu i polonu będzie tylko punktem wyjścia do przedstawienia intymnego portretu chemiczki. Czekamy z niecierpliwością na efekt pracy międzynarodowej ekipy, już jednak zachęcamy filmowców i PISF, by brali się do realizacji kolejnych opowieści o polskich naukowcach – mają szansę wypełnić kinowe sale podobnie jak „Bogowie” z Tomaszem Kotem w roli prof. Zbigniewa Religi. Oto kilka podpowiedzi.

Mikołaj Kopernik (1473–1543). Był już bohaterem filmowej fabuły z 1972 r., wyreżyserowanej przez Ewę i Czesława Petelskich – w główną rolę wcielił się Andrzej Kopiczyński, dzieło powstało w koprodukcji z kinematografią NRD. Obraz przygotowany na 500 rocznicę urodzin uczonego dawno już stracił na świeżości, sam jednak Kopernik dzięki pracom kolejnych biografów niezwykle zyskał. O jego naukowych zasługach uczy się dzieci nie tylko w Polsce, a historia głównego dzieła, „De revolutionibus”, może być podstawą doskonałej intrygi.

Zanim Kopernik odebrał u schyłku życia pierwsze egzemplarze swego opus magnum (wątpliwej jakości plotka głosi, że z drukiem zwlekano w obawie przed reakcją Kościoła), prowadził intensywne życie człowieka renesansu, w którym jest miejsce zarówno na wątek wojenny (uczony dowodził obroną olsztyńskiego zamku przed Krzyżakami), jak i uroczą historię intymnej relacji fromborskiego kanonika z Anną Schilling. Miłość okazała się silniejsza niż rozsądek, obowiązujące prawo i rozkazy przełożonych – wszak uczony był kanonikiem i obowiązywał go celibat.

W tle wielka historia: rozkręca się reformacja, Prusy stają się ważną sceną geopolitycznych przemian. Rzeczpospolita, wielkie europejskie imperium, przeżywa złoty wiek – Albrecht Hohenzollern, władca nowego świeckiego państwa pruskiego, składa hołd królowi Zygmuntowi Staremu. Tymczasem we Fromborku, na warmińskich kresach Polski, tworzy swe dzieło człowiek w Europie znany i uznany, o złożonym, trudnym charakterze. Nie ma internetu, ale utrzymuje intensywną korespondencję z intelektualną elitą ówczesnego świata.

Poszukiwanie sponsorów produkcji o Koperniku ułatwić może wyeksponowanie w scenariuszu innego ważnego dzieła – „Traktatu o biciu monety”. Ekonomiczne ustalenia uczonego przeszły do historii w formie prawa Kopernika-Greshama. W uproszczeniu głosi ono, że zły pieniądz wypiera dobry. Miłość i wojna, pieniądze i rewolucja – czego jeszcze trzeba, żeby zrobić kasowy film?

Michał Sędziwój (1566–1636), jeden z najwybitniejszych alchemików przełomu XVI i XVII w. Doczekał się już filmowej opowieści – wyreżyserowanego przez Jacka Koprowicza w 1989 r. „Alchemika”. W roli głównej Sendiviusa wystąpił Olgierd Łukaszewicz, nie zabrakło Joanny Szczepkowskiej – mimo że był to już czas kończenia w Polsce komunizmu. Do tego Michał Bajor, Mieczysław Voit, Mariusz Dmochowski – obsada aktorska przednia. Konwencja fantasy ograniczyła jednak krąg odbiorców, a wady tej nie zniwelował nawet występujący w roli trubadura Ryszard Rynkowski.

Dziś warto by odmłodzić aktorski zespół i zamiast brnąć w kojarzoną z alchemią atmosferę magii pokazać poprzez postać Sędziwoja niezwykle ciekawy okres kształtowania się w Europie nowoczesnej umysłowości, kiedy metoda naukowa, jaką znamy dziś, dopiero się kształtowała, a prawdy o świecie poszukiwano na wszelkie możliwe sposoby. Jak to w czasach intelektualnych przełomów, trudno było stwierdzić, kto jest mędrcem, a kto sprytnym szalbierzem, wmawiającym władcom istnienie kamienia filozoficznego.

Sędziwój żył w zupełnie innym świecie niż Kopernik – kontrreformacja nabierała rozpędu, Europa pogrążyła się w szaleństwie wojen religijnych, zakończonych dopiero w 1648 r. pokojem westfalskim. Po dworach ówczesnych możnowładców krążyli ludzie umysłu, u cesarza Rudolfa II w Pradze Sędziwój miał szansę minąć się z Johannesem Keplerem. Polak wykorzystywał zainteresowanie możnych tego świata transmutacją, czyli możliwością przemiany ołowiu w złoto, by obok badań alchemicznych prowadzić aktywność szpiegowską i dyplomatyczną. Przy okazji zjeździł całą Europę, poznał niemal wszystkich ważnych i wielkich ówczesnego świata, pozostawił po sobie m.in. „Novum Lumen Chymicum”, wznawiane wielokrotnie dzieło, z którego korzystał nawet Isaac Newton. Sędziwój niejednokrotnie wymykał się z rąk śmierci, James Bond przy nim to nieuk i niezguła.

Lwowska Szkoła Matematyczna, jaka powstała wokół Hugona Steinhausa, Stefana Banacha, Stanisława Ulama i Stanisława Mazura, to jeden z najwspanialszych fenomenów w dziejach nie tylko polskiej, lecz także światowej nauki. We Lwowie, w czasie gdy losy tego miasta jeszcze się po pierwszej wojnie światowej nie zdecydowały i były m.in. przedmiotem walk polsko-ukraińskich, zaczął się kształtować niezwykły ośrodek myśli.

Z czasem budowany wokół pojedynczych postaci ośrodek okrzepł, stając się jednym z najważniejszych punktów rozwoju matematyki na świecie – jego blask urzekł nawet Thomasa Pynchona. W szalonej książce „Against the Day” Lwów jawi się jako miasto paradoksalne, które choć formalnie stale jest w jednym miejscu, to w ciągu swej historii zdołało wielokrotnie zmienić swe geopolityczne położenie. Tylko tu mogły powstać takie propozycje, jak teoremat Banacha-Tarskiego o paradoksalnym rozkładzie kuli.

Książka Pynchona doskonale szkicuje atmosferę epoki, w której z rewolucyjnego chaosu wyłaniał się nowy porządek świata, wymagający nie tylko nowych rozwiązań politycznych, ale także nowego języka naukowego.

Lwowscy matematycy w tych przemianach uczestniczyli, a zarazem byli też ludźmi z krwi i kości, żyjącymi w II Rzeczpospolitej. Lubili, tak jak Stefan Banach, balować do białego rana i zmagać się musieli, jak Hugo Steinhaus, z narastającym antysemityzmem: z gettem ławkowym, numerus clausus, zrywaniem wykładów. Różnili się poglądami i temperamentami, łączyła ich matematyka. A na podstawę scenariusza o chłopcach z matematycznej lwowskiej ferajny doskonale nadaje się wydana w ubiegłym roku książka „Genialni” Mariusza Urbanka.

Jan Czochralski (1885–1953), jeden z najbardziej uznanych na świecie polskich uczonych i jednocześnie jeden z najbardziej zapomnianych w kraju. Sławę przyniosła mu metoda wytwarzania monokryształów, którą odkrył przez przypadek w 1916 r., gdy omyłkowo zanurzył pióro w zbiorniczku z płynną cyną. Metoda Czochralskiego, jeśli nawet nie umożliwiła, to znakomicie ułatwiła rewolucję elektroniczną, stając się podstawą wytwarzania półprzewodników.

Sam Czochralski, profesor Politechniki Warszawskiej, miał mniej szczęścia – oskarżony o kolaborację z Niemcami podczas okupacji, został po wojnie wykreślony z oficjalnych podręczników historii. Zmarł na atak serca w 1953 r. podczas rewizji, jaką urządzili funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Walka o dobrą pamięć trwała jeszcze długo w III Rzeczpospolitej, w końcu jednak uchwałą Sejmu rok 2013 ogłoszono Rokiem Czochralskiego. W biografii Jana Czochralskiego wielka nauka z rewolucją technologiczną w tle miesza się z wątkami szpiegowskimi, a ludzki los nieustannie musi konfrontować się z siłami historii. Doskonały materiał zarówno na melodramat, jak i thriller.

Na dobre zakończenie podpowiedzi dla filmowców jeszcze jedna sugestia – Aleksander Wolszczan, znakomity kontynuator dzieła Kopernika. To on odkrył pierwsze planety poza Układem Słonecznym, o czym zakomunikował w magazynie „Nature” w 1992 r. Spoza osiągnięć naukowych najwyższej światowej próby wyłania się polski powojenny los – wychowanie w patriotycznej rodzinie, dojrzewanie i początki naukowej kariery w peerelowskiej rzeczywistości z wszędobylską SB, emigracja w czasie stanu wojennego, w końcu światowa sława i uznanie w wolnej Polsce, przyćmione jednak efektami nadgorliwej lustracji i oskarżeniami o współpracę z SB w latach 70. Czy ktoś jeszcze twierdzi, że nauka jest nieciekawa, a uczeni to nudziarze? Kamera, akcja!

***

Film „Teoria wszystkiego” o genialnym uczonym Stephenie Hawkingu do kupienia w poniedziałek 1 czerwca z kolejnym numerem POLITYKI.

Polityka 22.2015 (3011) z dnia 26.05.2015; Kultura; s. 73
Oryginalny tytuł tekstu: "Prawda nauki, prawda ekranu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną