Kultura

W Polsce twórców murali traktuje się jak dzieci z kredkami w tornistrze

Fragment książki „Żeby było ładnie”

mat. pr.
Z kolei na Zachodzie możesz malować, co chcesz. Banksy mógłby królową angielską powiesić na sznurku, a na wystawie wzbudzi zachwyt.
Mariusz Waras, dekoracja statku w ramach Nuart Festival 2014.fot. archiwum Mariusza Warasa/mat. pr. Mariusz Waras, dekoracja statku w ramach Nuart Festival 2014.
Mariusz Waras, m-city 123, Săo Paulo 2007fot. archiwum Mariusza Warasa/mat. pr. Mariusz Waras, m-city 123, Săo Paulo 2007

Sebastian Frąckiewicz: W jaki sposób przygotowujesz się do pracy na festiwalach street artu – pytam o taką stronę logistyczno-techniczą.
Mariusz Waras: Najpierw sprawdzam sobie okolicę w Google Street View, bo jeszcze żaden organizator nie przysłał mi zdjęć okolicy, gdzie ma być ściana, a to jest sprawa kluczowa. Tym bardziej że tam może istnieć jednak już jakaś inna praca. Dzięki temu wiesz także, czy możesz odnieść się w jakiś sposób do zastanej architektury. Potem przeglądam sobie stare szkice, pomysły i sprawdzam, czy coś dałoby się wykorzystać. Bo jednak tych pomysłów jest więcej niż możliwości realizacji. Jeśli dany pomysł „gryzie się” z miejscem – szukam nowego pomysłu.

Twoje podróże to nie tylko Europa. Była też Kolumbia, Brazylia, Indonezja, Indie. Starasz się jakoś odwoływać do miejscowych problemów czy raczej Cię to nie interesuje?
Dobrze byłoby powiedzieć, że się staram, ale to jest raczej niemożliwe. Zwłaszcza że moje prace funkcjonują tak naprawdę w moim zamkniętym świecie. Ale czasem, jeśli mam czas poszukać i coś znajdę, to staram się do tego odnieść. Zdarza mi się, że po prostu trafiam w jakiś lokalny temat.

Gdzie coś takiego miało miejsce?
Robiłem pracę w belgijskim Sant Nicolas, namalowałem na ścianie takie wielkie balony – sterowce. Okazało się, że to miasto w czasie II wojny było bombardowane przez Niemców, a broniło się właśnie przy pomocy balonów przeciwlotniczych, co uratowało miasto od zagłady. Czasami to „trafienie” wynika z tego, że ja po prostu swoimi pracami opowiadam w miarę uniwersalne historie.

O ile jesteś w Europie czy w USA. Ale gdy jedziesz do takiej Indonezji, to chyba jest inaczej?
Tam z kolei ludzie są ciekawi twórców z Europy. Jesteśmy dla nich egzotyką, trochę istotami z kosmosu. Nie jesteś w stanie wpisać się w ich kulturę, będąc tam na chwilę. Ja traktuję swoje prace trochę jak szkicownik, nie muszę mieć każdej super dobrej i dobrze wiem, że nie wszystkie moje prace są udane. Natomiast próba wpisywania się, na szybko, na przykład w symbolikę indyjską, może zakończyć się wtopą. Lepiej tego nie robić.

Malowałeś niedawno w Delhi. Czy to była legalna realizacja?
Tak, w ramach festiwalu. Moda na festiwale street artu dotarła także do Indii. W Delhi zrobiłem taką pracę zbudowaną na dwóch ścianach – dwa okręty wojenne strzelające do siebie. Jak na mój styl, to wprowadziłem tam sporo koloru.

Jak w ogóle wygląda street art w Indiach?
Tak jak u nas jakąś dekadę temu albo i dalej. Pojawiają się pierwsi bomberzy, inni robią kolorowe obrazki. Mają dostęp do Internetu, więc doskonale wiedzą, jak to wygląda na Zachodzie. Zatem poza liternictwem, które jest lokalne, to wszystko jest ewidentną kopią z Zachodu.

Mariusz Waras, m-city 732, New Delhi 2013fot. archiwum Mariusza Warasa/mat. pr.Mariusz Waras, m-city 732, New Delhi 2013

Myślałem, że jest trochę bardziej jak w Ameryce Południowej, gdzie street art ma jednak powiązania z miejscową kulturą.
W południowoamerykańskim graffiti czy street arcie jest co prawda ten koloryt lokalny, ale estetyczny punkt odniesienia to wciąż jednak zglobalizowany street art, mający swoją bazę w północnoamerykańskiej kulturze, głównie północnoamerykańskim graffiti. Wiadomo, że jak jesteś w Meksyku, to kult śmierci i czaszki gdzieś tam się przewijają. Z kolei w indyjskim graffiti masz pełno różnych, symboli – pojawia się m.in. swastyka, która przecież jest w Indiach symbolem szczęścia. Tam to jest normalne.

Aczkolwiek prawdą jest, że na Południu faktycznie te murale są bardziej kolorowe. Chyba to wynika z tego, że ludzie mają więcej słońca. Zazdroszczę im tego, bo w Polsce przez pół roku musisz siedzieć na tyłku, a tam jednak możesz malować przez cały rok. Stąd i prac na murach jest więcej.

Ale chyba nastawienie ludzi do sztuki ulicznej też jest inne?
Diametralnie inne, na przykład miasta w Ameryce Południowej w ogóle nie są zorganizowane w taki sposób, jak miasta w Europie. Nie ma całego tego systemu nadzoru. U nas masz kamery, policję, każdy pilnuje swojego dobytku. A tam po prostu widząc ścianę, możesz malować. Oczywiście lepiej, jak zapytasz właściciela, o ile jest. Ale na ogół jak zapytasz, to właściciel się zgodzi. Tam nie musisz mieć glejtu. Wystarczy, że powołasz się na ustną zgodę.

Może jeszcze nie zauważyli tych negatywnych stron?
Zauważyli. W Brazylii ludzie wściekają się na Pixação, ale kiedy malujesz krokodyla lub czaszkę, kolorowe litery – to już im nie przeszkadza. Szczególnie mile widziane to jest w fawelach.

Właśnie chciałem cię jeszcze spytać o pracę w Brazylii. Kto Cię tam wprowadził do faweli?
Pojechałem tam na festiwal do São Paulo. Był tam również m.in. Blu, Marc Jenkins. Ale festiwal festiwalem, a poza festiwalem robisz swoje. I to też jest trochę taka niepisana tradycja festiwali streetartowych, że wykonujesz pewną oficjalną pracę, ale jak masz czas, to robisz też coś na własną rękę, już nielegalnie, najczęściej właśnie z lokalsami, oczywiście w mniejszej skali.

A z tą fawelą to było tak, że po oficjalnym malowaniu poszedłem na jakąś imprezę. Piwko, jedzenie i nagle ktoś do mnie dzwoni z Polski. Po tej rozmowie telefonicznej, która odbywała się po polsku rzecz jasna, podchodzi do mnie jakiś facet. Usłyszał, jak rozmawiam – okazało się, że chłopak był dzieckiem Brazylijczyka i Polki. On też malował na ulicy, znał lokalne środowisko. Po tej imprezie spotkaliśmy się z nim na drugi dzień i poszliśmy malować razem na fawelę.

Atmosfera w takich miejscach jest dziwna. Kiedy pojawia się ktoś obcy, to wszyscy, których mijasz, chwytają za telefony. To akurat była taka „lepsza” fawela, bo ludzie mieli podłączony prąd i wodę, ale miała wielkość Warszawy. Spotkałem się tam ze wspomnianym gościem, poszliśmy do miejscowej starszyzny z prośbą o „oficjalną zgodę”. Zgodę dostaliśmy, a co więcej – przydzieli nam do ochrony dwóch drabów, żeby nikt się nas nie czepiał.

W takiej sytuacji nie chodzi o to, żeby zrobić coś wyjątkowego. Liczy się sama obecność i praca z miejscowymi. W pewnym momencie to malowanie przerodziło się we wspólną pracę z dzieciakami, które też postanowiły na ścianie stworzyć swoje miasto z moich szablonów. Potem poszliśmy do „siedziby” tej miejscowej ekipy grafficiarskiej, pokazali mi swoje black booki z projektami i tam spotkałem się z dziwną sytuacją.

Jaką?
Przeglądam szkice, a na jednej stronie „stoi” mercedes z ich tagami wkoło. Pytam, co to jest? I nagle okazuje się, że to ich reklama dla Mercedesa. To było o tyle zaskakujące, że kolesie wydawali się totalnymi hardokorowcami. Walczącymi, antystemowymi dzieciakami, które niszczą siedziby bogatych białych w centrum i nienawidzą kapitalistów. Aż tu nagle reklama Mercedesa. To był 2007 rok, u nas takie komercyjne realizacje to były dopiero początki, no i nie takie marki.

Jak oni sobie to tłumaczyli? To połączenie buntu z Mercedesem?
Normalnie, kapitaliści są źli. Ale ich kasa dobra. U nas jakaś taka dyskusja na temat granic komercji pojawiła się dopiero po współpracy z Cropp Town. Akurat moje projekty i projekty „Inwazji” poszły w pierwszej street artowej kolekcji Croppa, więc nam się od środowiska dostało najbardziej. Tego typu rzeczy raz wychodzą dobrze, a raz źle. Robisz je szybko, dostajesz kasę i o nich zapominasz. Za chwilę wszyscy też zapominają, choć na początku jest dużo gadania.grafika

A czy to nie jest rozmienianie się na drobne jako artysta? Nie lepiej zarabiać na obrazach czy limitowanych drukach? Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby twórcy z głównego obiegu sztuki wchodzili w komercyjne projekty tego typu.
Dlatego na dobrą sprawę, poza kilkoma wyjątkami, nie ma street artu w polskim artworldzie, bo jest słaby. Art world nie ma powodu wchodzenia w takie projekty, głównie ze względu na festiwalowe festyniarstwo. To wszystko sprawia, że te prace nie mają znamion sztuki tylko cepelii. I z moich doświadczeń wynika, że dla ludzi z kręgu sztuki oficjalnej prace ludzi związanych ze street artem to nie najlepsza inwestycja. Szkoda też, że nie ma w Polsce prywatnych sponsorów inwestujących w murale. Moim zdaniem – obrazy w świecie street artu to są trochę atrapy tej monumentalnej działalności.

Ale sam przecież malujesz obrazy. Skoro to atrapy, po co je malujesz?
Obrazy można sprzedać, ścianę trudniej. Poza tym te moje obrazy powstają przy okazji, bo pewne motywy z nich wykorzystuję do murali. I dlatego mam łatwość malowania tych obrazów.

A czy robienie na obrazach tego samego, co robisz na ścianach, nie jest pójściem na łatwiznę? Szczególnie używanie języka szablonu na płótnie i pokazywanie tego w galerii sztuki wydaje mi się naciągane.
Dla mnie to nie ma nic wspólnego ze street artem. Te obrazy działają samodzielnie. Nie musisz znać moich prac ulicznych, żeby te prace rozumieć. Obecnie staram się odseparować murale od obrazów.

Mam na myśli coś innego na płótnach.
No, ale to jest sytuacja czysto komercyjna, a ludzie chcą kupować płótna. Skoro chcą płótna, to nie wystawię na przykład na sprzedaż instalacji z blachy.

Mógłbyś po prostu sprzedawać oryginalne szablony, co w twoim przypadku miałoby o wiele większy sens niż prace na płótnach.
Jeszcze nie chcę sprzedawać szablonów, na pewno nie teraz. Oczywiście że jako przedmiot kolekcjonerski są lepsze niż płótna. Ale są to dla mnie rzeczy na tyle jednostkowe i z tak bogatą historią, że chciałbym poczekać na właściwy moment.

Kiedyś sam byłeś kolekcjonerem. Nadal zbierasz różne przedmioty, obiekty związane z początkami polskiego street artu?
Jak zaczynałem zbierać, to internet jeszcze raczkował, więc łatwiej było zebrać to od ludzi i miało to, przede wszystkim, sens. Teraz wszystko widzisz w necie. A po drugie – dziś za bardzo nie ma czego zbierać, bo polski street art właściwie nie istnieje. Mam na myśli ten partyzancki, niezależny, a nie festiwalowy. Festiwale wszystko wchłonęły i też pozwalają młodym adeptom przeskakiwać po kilka poziomów na raz – od razu idą w dużą skalę.

Kiedyś powiedziałeś, że festiwale za granicą, w których brałeś udział, są trochę inaczej zorganizowane niż te w Polsce. Na czym polegają te różnice?
Przede wszystkim kto ma główny głos decyzyjny. W Polsce bezsprzecznie urzędnik, za granicą tych urzędników spotykałem rzadziej Tam te struktury są inaczej skonstruowane. U nas pan prezydent miasta czy miasteczka zajmuje się wszystkim, włącznie z takimi pierdołami, jak nowy mural. Bo umówmy się, że z punktu widzenia kogoś, kto zarządza miastem, mural to jednak nie jest najważniejsza rzecz w mieście. A na Zachodzie od oceny prac plastycznych w przestrzeni publicznej są specjaliści, a nie osobiście prezydent czy burmistrz.

Poza tym w Polsce jesteś traktowany trochę jak chłopak z kredkami w tornistrze. Klasyczne podejście „pan nam pomaluje” i to nie ma znaczenia, czy wcześniej malowałeś po sklepie spożywczym czy pokazywałeś pracę w CSW. Do tego dochodzą koneksje z graffiti, budowanie legalnych ścianek w miastach, gdzie „młodzi mogą się wyżyć artystycznie”. Dla urzędników graffiti czy street art to jeden worek. I kiedy nagle chcesz jakieś pieniądze, to się pojawia zdziwienie.

Natomiast za granicą – w większości przypadków, bo też nie wszędzie – jesteś traktowany jak artysta. Dobrym przykładem będzie norweski festiwal Nuart. Tam naprawdę o ciebie dbają, masz super warunki pod każdym względem.

A czy jest jakiś festiwal, za którym stoi jakaś dobra, wartościowa idea?
Teraz już chyba nie. Te festiwale są tak ogromne i potężnie zbudżetowane, że idee są dorabiane później i właściwie nie są autentyczne. Jeśli masz festiwal, co prawda faktycznie niezależny od przysłowiowego pana prezydenta, ale mimo wszystko finansowany z pieniędzy miejskich, i robisz mural mówiący o tym, że miasto gdzieś zawiodło, to wszyscy się cieszą. I jeszcze gratulują, że zrobiłeś taką odważną pracę.

To się staje jakąś dziwną grą, zabawą. I prowadzi do tego, że nawet jeśli chciałbyś coś powiedzieć na poważnie, od razu staje się śmieszne. Dla mnie to trochę syndrom Banksy’ego, można to też nazwać rodzajem wentylu bezpieczeństwa. Na przykład na festiwalu Nuart możesz pozwolić sobie na coś ostrego, ale to i tak będzie traktowane jak zabawa artysty.

Mariusz Waras, m-city 769, Erridah (Tunezja) 2014fot. archiwum Mariusza Warasa/mat. pr.Mariusz Waras, m-city 769, Erridah (Tunezja) 2014

Co masz dokładnie na myśli, mówiąc o syndromie Banksy’ego?
To, że te jego prace, zwłaszcza ostatnie, nie są już tak rewelacyjne, jak kiedyś. Są popkulturowe, czyli trochę nijakie. Ale cokolwiek by zrobił, szum medialny jest ogromny. Ale taki szum medialny odbiera ciężar. Banksy to właśnie zmienił – poważne problemy przez to mielenie w mediach zaczęły być spłycane i stały się śmieszne.

Tym bardziej że to trafia do obiegu kolekcjonerskiego, na aukcje itp. Klasyczny protest na sprzedaż. To nie jest sytuacja takiego naturszczyka, jak Darek Paczkowski, który naprawdę wierzy w to, co maluje na ścianach. Banksy doskonale wie, jaką pracę zrobi, by się sprzedała. I pracuje dla niego sztab ludzi.

Jednym słowem: na Zachodzie możesz namalować, co chcesz, a wszyscy będą i tak się z tego śmiać i cieszyć. Banksy może królową angielską powiesić na sznurku, a na wystawie wzbudzi to zachwyt – tak to działa.

*


Mariusz Waras (M-City), ur. 1978, ukończył ASP w Gdańsku, gdzie niedawno obronił doktorat. Brał udział w czołowych festiwalach sztuki oraz street artu na świecie (m.in. Nuart, Manifesta). Ma na swoim koncie wiele wystaw solowych i zbiorowych. Nie stroni także od projektów komercyjnych. Jego murale można znaleźć na ścianach w Bogocie, New Delhi, Moskwie czy Nowym Jorku. Należy do światowej czołówki artystów pracujących w technice szablonu, którego konsekwentnie używa niezależnie od skali swoich projektów.

Książka Sebastiana Frąckiewicza „Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce” ukazała się nakładem Galerii Arsenał w Poznaniu i zawiera 14 rozmów z twórcami i animatorami street artu w Polsce. Publikacja powstała w ramach stypendium MKiDN.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną