Kim są twórcy kultowych polskich festiwali

A jednak się kręci
W Polsce mamy festiwale osobowości: Owsiak, Ziółkowski czy Rojek pozwolili nam w dziedzinie letnich imprez muzycznych dogonić Zachód. Jak sobie poradzą z zapowiadanym kryzysem branży?
Gdyński Open´er. Nawet co piąty uczestnik festiwalu przyjeżdża z sąsiednich krajów.
Paweł Skraba/Reporter

Gdyński Open´er. Nawet co piąty uczestnik festiwalu przyjeżdża z sąsiednich krajów.

Patti Smith - gwiazda tegorocznego Off Festivalu, choć z innego pokolenia niż jego publiczność.
Forum

Patti Smith - gwiazda tegorocznego Off Festivalu, choć z innego pokolenia niż jego publiczność.

Słowo „sikacz” nabrało groźnie dosłownego zabarwienia na tegorocznym festiwalu Roskilde. Organizatorzy imprezy słynącej z ekologicznych nowinek – w zeszłym roku 27 ton odpadów spożywczych zamienili w 65 tys. posiłków dla bezdomnych – zainaugurowali ostatnio akcję o nazwie „From piss to Pilsner”. Co można przetłumaczyć jako „Od pisuaru do browaru”. Postanowili pozyskać od uczestników festiwalu 25 tys. litrów moczu, by wykorzystać je do nawożenia pobliskich upraw jęczmienia. Ten zostanie zaś zebrany w przyszłym sezonie, a następnie wykorzystany do produkcji piwa dla uczestników imprezy w 2017 r. „Większość osób ucieszyło, że zamiast pozostawiać po sobie ścieki, mogą mieć osobisty wkład w warzenie piwa” – przekonywał prezes Duńskiej Komisji Rolnictwa i Żywności, która wsparła projekt technologicznie. Czy podobny można by sobie wyobrazić w Polsce?

Miewamy takie pomysły, ale zwyczajnie nas na nie nie stać. No i Dania to kraj niebywale proekologiczny – mówi Mikołaj Ziółkowski, szef festiwalu Open’er, który odbywa się w ten sam lipcowy weekend co Roskilde. Przyznaje, że gdyby piwo mogło u nas kosztować tyle, co na festiwalach zachodnich – czyli nawet pięciokrotnie więcej – bylibyśmy w stanie organizować równie sympatyczne i innowacyjne akcje. Ale pod innymi względami nie mamy się już czego wstydzić. – Polskie festiwale z reguły tworzą fani muzyki dla fanów muzyki, a nie jakaś anonimowa korporacja. To pewna historyczna zaszłość. Dzięki niej zdołaliśmy jednak zbudować scenę, która wprawdzie czerpie inspirację z doświadczeń zagranicznych, ale została zbudowana przez tutejszych i dla tutejszych. Zachowała więc specyficznego, lokalnego ducha – przekonuje Ziółkowski.

Nazwy głównych polskich imprez muzycznych rzeczywiście kojarzą się jednoznacznie z nazwiskami ich założycieli. W oczekiwaniu na ogłoszenia pierwszych gwiazd letnich festiwali wszyscy pytają, co zaproponuje Mikołaj Ziółkowski, Artur Rojek (Off Festival) czy Mariusz Adamiak (Warsaw Summer Jazz Days). Trudno wyobrazić sobie kogokolwiek innego na ich miejscu, a jeszcze bardziej Przystanku Woodstock bez Jurka Owsiaka. Zagraniczni obserwatorzy często dziwią się, że niezbyt ekscytujący program muzyczny Woodstocku potrafi przyciągać do Kostrzyna nad Odrą nawet milion osób. Bo nie wiedzą, że największej gwiazdy powinni szukać w gronie organizatorów.

Ten model przenosi się zresztą na inne, mocno sprofilowane imprezy. Miłośnicy world music co roku zdają się na gust Marii Pomianowskiej (Skrzyżowanie Kultur) czy Marcina Kydryńskiego (Siesta Festival). Preferujący dźwięki lokalne podążają od lat za Marcinem Bornus-Szczycińskim – twórcą Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu i obecnie doradcą imprezy – czy Januszem Prusinowskim, pomysłodawcą Wszystkich Mazurków Świata. Filip Berkowicz co roku zaprasza polską publiczność do świata muzyki dawnej wiosennym festiwalem Misteria Paschalia, a współczesnej – jesiennym Sacrum Profanum. A jeśli Kraków stał się także stolicą dźwięków eksperymentalnych, zawdzięczamy to Mattowi Schulzowi, który od 2003 r. przewodzi festiwalowi Unsound. Dzięki tym i innym przedsiębiorczym pasjonatom szybko i wszechstronnie nadrobiliśmy dekady oderwania od zachodniego obiegu muzycznego. Ale przez to stanęliśmy też przed wyzwaniami, z którymi zmagają się tamtejsze inicjatywy.

Starzejące się gwiazdy

Mimo przyzwoitej frekwencji na tegorocznych festiwalach w Europie nie gaśnie dyskusja o rychłym schyłku ery wielkich festiwali muzycznych. Cztery lata temu sprowokował ją Michael Eavis, legendarny szef festiwalu Glastonbury. Przewidywał, że jego impreza się skończy, a zamiast tego przyciągnęła w tym roku 175 tys. osób. Ostatnio pesymistyczne proroctwo wygłosił Harvey Goldsmith, słynny menedżer znany ze współpracy z The Rolling Stones, Madonną, The Who, Queen czy Bobem Dylanem. „Mamy zbyt wiele festiwali, a zbyt mało gwiazd. I to jest wielki, wielki problem dla naszej branży. Brakuje nam nowego pokolenia wykonawców, takich jak Stonesi, Muse czy nawet Arctic Monkeys, którzy byliby w stanie unieść rolę headlinera” – przekonywał.

Jego słowa potwierdził „New York Times”, gdy porównał programy 20 wielkich festiwali muzycznych na świecie. Jak się okazuje, na czele aż w 70 proc. z nich stoi w tym roku jeden z trójki artystów: Florence and the Machine, grupa Muse albo szwedzki didżej Avicii.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną