Kultura

Byłem ignorantem

Najnowszy film Jerzego Skolimowskiego wchodzi na ekrany

„Optymistą pozostaję w sprawach osobistych i artystycznych. Natomiast to, co się dzieje w świecie, zawsze mnie przerażało”. „Optymistą pozostaję w sprawach osobistych i artystycznych. Natomiast to, co się dzieje w świecie, zawsze mnie przerażało”. Maksymilian Rigamonti / Reporter
Rozmowa z reżyserem Jerzym Skolimowskim, który zdradza szczegóły dotyczące swego nowego filmu „11 minut”. Światowa premiera za kilka dni w Wenecji.
Kadr z filmu „11 minut” w reż. Jerzego Skolimowskiego.materiały prasowe Kadr z filmu „11 minut” w reż. Jerzego Skolimowskiego.
Kadr z filmu „11 minut” w reż. Jerzego Skolimowskiego.materiały prasowe Kadr z filmu „11 minut” w reż. Jerzego Skolimowskiego.

Janusz Wróblewski: – Fabułę „11 minut” długo utrzymywał pan w tajemnicy. Niewiele osób widziało film. Podobno jest to wizja końca świata?
Jerzy Skolimowski: – Film jest pozagatunkowy. Składa się jakby ze strzępków sytuacji między godziną 17.00 a 17.11 letniego popołudnia w Warszawie. Nie mogę zdradzić, na czym polega dramat. Taką przyjąłem strategię. Wśród bohaterów są m.in. aktorka, para alpinistów, ekipa pogotowia, uliczny sprzedawca hot dogów, kurier rozwożący narkotyki. Zadaniem było doprowadzić, żeby wszyscy ci ludzie znaleźli się w jedenastej minucie w tym samym miejscu. Film jest montażowy. Mieliśmy 65 wersji. Ze 130 minut zeszliśmy do 80.

Dlaczego akurat 11 minut?
Osiem postaci razy 11 minut daje 88 minut projekcji. Mogłem wybrać 10 albo 12 minut. Jedenastka wydała mi się ciekawsza, ma w sobie fatalność. Poza tym to ładny znak. Dwie jedynki, symetria, pełna elegancja. Nuży mnie przedstawianie historyjek od a do zet. Od początku więc zakładałem „ciętą” narrację. W połowie każdego wątku, czyli o godzinie 17.05, przy okazji nisko przelatującego samolotu nad dachami domów, następuje coś w rodzaju cezury czasowej. Zmieniam punkt widzenia. Kręciliśmy z zegarmistrzowską precyzją ze stoperem w ręku, obliczając nawet liczbę kroków aktorów. Anka Sasnal nazwała to zarządzaniem katastrofą.

„11 minut” ma związek z żałobą po pana młodszym synu, Józefie, który zginął trzy lata temu?
Musiałem zająć się filmem, żeby nie pogrążać się w ciemnych nastrojach. Na potrzeby weneckiego katalogu ująłem to tak: „Stąpamy po kruchym lodzie. Na brzegu przepaści. Tuż za rogiem czyha na nas nieprzewidziane i niewyobrażalne. Przyszłość jest tylko w naszej wyobraźni. Nic nie jest pewne. Kolejny dzień, kolejna godzina, nawet kolejna minuta. Wszystko może skończyć się nagle. W najmniej oczekiwany sposób”.

Poetycko i pesymistycznie.
Ale film jest żwawy. Dobrze się ogląda. Przeskakiwanie z jednej postaci w drugą jest ekscytujące. Jeżeli wizualnie i emocjonalnie katastrofa może być fascynująca, to taka u mnie jest.

Dobrze się pan czuł w roli zarządcy katastrofą?
To był rodzaj katharsis. Musiałem się podnieść, zrewidować patrzenie na ludzi, na siebie, na bliskich. Świadomość nieuchronności, że teraz życie będzie kompletnie inne, że niczego nie da się już zmienić, naprawić – nie dawało spokoju. Poczucie winy spiętrzyło się do nieprawdopodobnych rozmiarów.

Michał, pański drugi syn, twierdzi, że wasze relacje były bardzo napięte. Józef był malarzem, kompozytorem, reżyserem. Chorował na depresję. Obaj czuli się przez pana odrzuceni, zaniedbywani, rywalizowali z panem.
Zbliżaliśmy się ku sobie. Pojawiały się sygnały, że porozumienie może być lepsze, pełniejsze. Choć to prawda, że wcześniej zaniedbywałem rodzinę. Bardzo. Praca była dla mnie naczelnym bodźcem. Dom schodził na dalszy plan.

Boi się pan śmierci?
Z natury jestem optymistą. Moja śmierć niewiele mnie obchodzi. Wydarzy się wkrótce czy znacznie później – nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Trudno uwierzyć.
Słowo daję. Strach, ból, pustka – tego rodzaju myśli nie przychodzą mi do głowy. Też się trochę temu dziwię, bo mam swoje lata.

Tak jak pana synom, panu również brakowało ojca?
Mam tylko dwa, trzy krótkie o nim wspomnienia. Był inżynierem, budował m.in. stację Łódź Kaliska. Zginął 31 marca 1943 r. w obozie koncentracyjnym we Flossenburgu. Był członkiem Związku Walki Zbrojnej. Trzymali go na Pawiaku. Potem został przewieziony na Majdanek, gdzie matka koczowała pod drutami obozu, żeby go zobaczyć. Został zagazowany. Jego ojciec z kolei zajmował się architekturą. Studiował w Niemczech. Piął się po szczeblach carskiej kariery i z jakichś przyczyn znalazł się w okolicy Władywostoku. Był jednym z konstruktorów kolei transsyberyjskiej, a także jednym z głównych architektów założeń miejskich Dalian, najdalej wysuniętego na wschód miasta w Chinach. Chińczycy, którzy organizowali mu wystawę, chcieli wiedzieć, czy mam z nim coś wspólnego. W ten sposób dowiedziałem się, kim był.

Dziadek od strony matki, o ironio, był Rosjaninem?
Tak, dowodził fortem Warszawa. Jego żoną była pianistka, którą zaprosił na występ w noc sylwestrową 1900 r. Spłodzili troje dzieci. Gdy car go wezwał do Petersburga, podobno zerwano mu epolety i zesłano na Syberię. Według drugiej wersji sprytny dziadek miał już dość odpowiedzialności za trójkę bękartów i uciekł. Trzecia wersja mówi, że car zmusił go do ożenku z córką notabla z Petersburga i musiał zapomnieć o polskiej rodzinie.

„11 minut” ma żelazną konstrukcję. Tymczasem pana – prekursora nowej fali w Polsce – zawsze ciągnęło do improwizacji.
Najbardziej improwizowana była „Bariera”. W 1966 r. napisałem „Pusty obszar”, scenariusz o młodych ludziach dla Kazimierza Karabasza, który zamierzał debiutować w fabule. Po kilkunastu dniach załamał się nerwowo. Jerzy Bossak poprosił, żebym ja to skończył. Odmówiłem. Pieniądze zostały wydane, coś trzeba było jednak zrobić. Za resztkę kasy nakręciłem „Barierę”. Miałem tylko pomysł. Ona jest tramwajarką. On studentem. Wena szybko mnie opuściła. Musieliśmy na tydzień przerwać zdjęcia.

Często tracił pan wiarę w film, który reżyserował?
Przy „Przygodach Gerarda” wpakowałem się paskudnie. Podobna rzecz przydarzyła się przy „Król, dama, walet” i „Ferdydurke”.

Na czym polegał błąd „Ferdydurke”?
Kalkulowałem na zimno. Gombrowicz – ale po angielsku. Do tego dwie francuskie aktorki, znani aktorzy z Anglii, Walii i Ameryki. Po czym okazało się, że filmowanie Gombrowicza po angielsku jest nonsensem. Zbiegło się to z daleko posuniętą degrengoladą w moim życiu.

Odreagowywał pan alkoholem?
Powiedzmy, że to były środki dopingujące. Na zewnątrz pokerowa twarz. Nikt się nie orientował, co się ze mną dzieje.

17 lat filmowego milczenia było karą wymierzoną samemu sobie?
Nie planowałem długiej przerwy. Najwyżej rok, dwa, może trzy – żeby się odrodzić jako artysta. Wtedy zająłem się malarstwem. Miałem fajny dom w Malibu. Duży ogród, basen, kort tenisowy. Z odpowiednią przestrzenią, gdzie mogłem pracować z rozmachem. Niektóre płótna miały format 3 na 5 m. Gigantyczne. Mówiono, że dlatego, że tęsknię za ekranem.

Skąd fascynacje dalekowschodnią kaligrafią w pana malarstwie?
To pokłosie podróży do Tokio. Nie mogąc spać, wychodziłem o świcie na wyludnione ulice. Billboardy, nazwy sklepów atakowały siłą znaków i ostrą grafiką. Po powrocie, nie rozpakowując się, na grubej desce służącej za blat do przykrywania stołu bilardowego 2,5 na 1,5 m w ciągu 15 minut namalowałem impresję. Przypominała szkielet zwierzęcia z ogonem. Obraz nazwałem „Agonia”. Jack Nicholson i Dennis Hopper koniecznie chcieli go pokazać Julianowi Schnablowi, który pomógł mi pogrupować namalowane obrazy w tercety. Gdy wystawiano je w Warszawie, zachwycił się nimi Wajda: „To malarstwo, które zawsze chciałem uprawiać. Ale nigdy się nie odważyłem”. Aż się zdumiałem, że tak dobrze o mnie mówi.

Później często odwiedzał pan Japonię?
W sumie dziesięć razy. Kioto to czysty zen. Zwrócił pan uwagę, że Kioto stanowi anagram Tokio? Jest tam kilkadziesiąt świątyń. Wewnątrz jednej z nich, nie w ogrodzie okalającym budynek, tylko w centrum, znajduje się tzw. japoński ogród, czyli wysypany drobniutki biały piasek, grabiony w szczególny sposób. Na nim stoją skały reprezentujące różne żywioły. Na sam widok takiego piękna człowieka nachodzi poczucie sensu, ale nie chce się go nazywać.

Próbował pan medytować?
Nigdy nie miałem przekonania do medytacji. Jest w tym coś sztucznego. Jakieś przymuszanie, rodzaj onanizmu.

W katolicyzmie też?
Katolicyzm jest mi obojętny. Zawdzięczam to mojej matce. Organizowała szkolnictwo w Polsce zaraz po wojnie. Przesiadywała w gimnazjum Kołłątaja przy ulicy Polnej w Warszawie od ósmej rano niemal do północy. Jak się budziłem w nocy, żeby sprawdzić, czy już jest, widziałem ją ślęczącą nad zeszytami. Ale w niedzielę trzeba było do kościoła pójść. Mówiła, że ważne jest podniesienie. A potem można wyjść. W ten sposób się dowiedziałem, że religii nie należy traktować zbyt poważnie.

Jak każdy chłopak marzył pan o udziale w powstaniu warszawskim?
Jak wybuchło powstanie, miałem sześć lat. Wcześniej matka nie wypuszczała mnie w ogóle z domu. Nawet na podwórko. Bała się, że mogę coś wygadać. Pod moim łóżkiem stała drukarenka, na której rodzice drukowali konspiracyjną bibułę. Gdy zaczęła koczować na Majdanku, oddała mnie do sierocińca, właściwie to było sanatorium Aleksandry Piłsudskiej w Otwocku, gdzie opiekowano się dziećmi chorymi na serce i płuca. A ponieważ byłem chorowity, musiałem się podleczyć.

I tam dowiedział się pan o śmierci ojca?
Dowiedziałem się o jego śmierci dopiero po wojnie. Ukrywano ten fakt przede mną. Matka wciąż miała nadzieję, chociaż znała już relacje świadków. Nakłaniała mnie do modlitw, żeby tatuś wrócił. Gdy okazało się, że już na pewno nie wróci, z mojego religijnego żaru niewiele zostało.

Polskość pana wtedy uwierała?
Technicznie rzecz biorąc, mam tylko 50 proc. polskiej krwi. Po dziadku, rosyjskim okupancie, moja matka przekazała mi 25 proc. rosyjskiej krwi. Natomiast dziadek Kazimierz, ten od kolei transsyberyjskiej, ożenił się z modelką z akademii monachijskiej, rodowitą Francuzką, podobno osobą nieszczególnie dobrego prowadzenia się. Po niej odziedziczyłem 25 proc. francuskiej krwi. I ta mieszanka każe mi pewnie krzywo patrzeć na narodową tradycję.

Czesi już w dzieciństwie uświadomili panu, że Polacy to nieuleczalni romantycy?
Raczej próbowali mi wmówić, że idioci, opowiadając dowcipy w rodzaju: jak się nazywa kawa po polsku? Ciemność w garnku. Matka była klasyczną czarną reakcjonistką. Patriotka, społecznica, konspiratorka poświęcająca życie ojczyźnie, organizowała obozy letnie dla młodzieży w Czechosłowacji. Za zasługi wysłano ją na placówkę dyplomatyczną do Pragi. Została attaché kulturalnym. Znalazłem się w uzdrowisku Podiebrady, w najbardziej ekskluzywnej szkole w Europie centralnej, umiejscowionej w XVI-wiecznym zamku. Uczyło się w niej 90 chłopców. Najstarszy zostawał szefem każdej z 10 sypialni. Moim był Miloš Forman, obok zajmował łóżko Ivan Passer, a kolegą w klasie był Vaclav Havel. Jako jedyny obcokrajowiec byłem wymarzonym obiektem szyderstw.

I dlatego zaczął się pan jąkać?
Jąkać się zacząłem wcześniej. W 1939 r. jako półtoraroczne dziecko zostałem przysypany gruzem. Jak mnie matka odgrzebała, okazało się, że mam zdeformowaną twarz. Usta blisko uszu. Przez wiele tygodni nie potrafiłem wydobyć z siebie dźwięku. W szkole nauczyłem się sprytnie wykorzystywać wadę wymowy. Gdy nie umiałem udzielić odpowiedzi, udawałem, że nie jestem w stanie nic z siebie wykrztusić.

Podobno niezbyt ufa pan ludziom?
Jąkanie izoluje. Kontakty nawiązywałem w sporcie. Grałem po wojnie w szmaciankę, prawdziwych piłek nie było. Na podwórku dokonywałem brawurowych akcji. Rzucałem się pod nogi, blokowałem strzały. W moje umiejętności nie wierzyła cioteczna siostra. Jaki tam bramkarz z ciebie, kpiła. Któregoś dnia szliśmy ulicą. Mijało nas dwóch starszych chłopców. Cześć bramkarz! – krzyknęli. W jej oczach wiele zyskałem. Ale gdy znalazłem się na prawdziwym stadionie Slavii Praga z siedmiometrowymi bramkami, w stroju piłkarskim, dopiero najadłem się wstydu. Puszczałem gola za golem. Pamiętam to upokorzenie do dziś.

Po powrocie do Warszawy piłkę zamienił pan na boks.
Klub bokserski Sparta mieścił się niedaleko naszego domu. Mieszkaliśmy na kolonii Staszica przy ul. Langiewicza. Klub był 300 m obok w budynku Filtrów. Organizowano nabór na Pierwszy Krok. Po trzech miesiącach treningu zostałem wystawiony do walk. Pierwsze cztery wygrałem. Ale ostatecznie w finale odpadłem. Miałem ksywkę Hamleś – od Hamleta. Bo blondyn, wysoki i smukły.

Do kina już pan wtedy chodził?
Pierwszy raz w kinie byłem w 1946 r. w Sopocie. Mieszkał tam mój wujek, brat mamy, komandor floty polskiej, głównodowodzący portu Gdynia. Miał czarnego mercedesa, czym bardzo mi imponował. Niestety, później wsadzono go do więzienia i wyszedł kompletnie schorowany. Wkrótce zmarł. Film się nazywał „Sygnały”. Zanim się zaczął seans, na wielkim białym płótnie ujrzałem gwiazdki i jakieś punkty. Wiedziałem, że czeka mnie coś niezwykłego.

Miłość od pierwszego wejrzenia?
Nie. Mój gust filmowy nie był wyrafinowany. Uwielbiałem „Fanfana Tulipana”, „Skandal w Clochemerle”. Czystą komercję. Z artystycznym kinem zetknąłem się dopiero dzięki Wajdzie.

Pomógł mu pan napisać „Niewinnych czarodziejów”.
Byłem wtedy młodym poetą, członkiem Związku Literatów, po wydaniu dwóch tomików wierszy. Zostałem wysłany na pobyt do domu pracy twórczej w Oborach, gdzie Wajda pracował z Andrzejewskim nad scenariuszem o młodych ludziach. Wpadli na pomysł, żeby dać mi tekst do przeczytania, który strasznie mi się nie spodobał. Same bzdury. Powiedziałem, że młodzi ludzie nie zachowują się tak, jak oni myślą. Grają na bębnach, słuchają jazzu. Podrywają dziewczyny. Przez noc napisałem dwadzieścia kilka stron, a oni postanowili to sfilmować.

Zero respektu przed mistrzami?
Byłem ignorantem. Nie znałem jeszcze „Popiołu i diamentu”. Kino raczej lekceważyłem. Smarowałem swoje wierszydła. Gdybym się przed nimi płaszczył, nie traktowaliby mnie poważnie.

A kiedy zasmakował pan w reżyserii?
Wajda zaproponował mi epizod w „Niewinnych czarodziejach”. Grałem boksera. Łomnicki – lekarza sportowego niedopuszczającego mnie do walki. Po wypiciu butelki owocowego wina atakuję go, chcąc zadać cios. Tymczasem Łomnicki przytomnie wyprowadza kontrę i momentalnie rozwala mi łuk brwiowy. Trysnęła krew. „Jerzy, wytrzymaj to, wytrzymaj” słyszę uszczęśliwionego Wajdę. Spokojnie swoje wystałem. Wajda poradził mi potem, żebym zdawał do szkoły filmowej na reżyserię.

Nie wolał pan na aktorski?
Uległem sugestii. Z rozpędu pojechałem do Łodzi. Egzaminy trwały dwa tygodnie. Ponad stu kilkudziesięciu kandydatów. Każdego dnia ich ubywało. W drugim tygodniu podchodzi Polański z propozycją napisania scenariusza „Noża w wodzie”. Pisaliśmy po nocach, w ciągu dnia zdawałem. Razem ze mną przyjęto Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, Krzysztofa Szmagiera i Leszka Sobockiego, krakowskiego malarza, który wycofał się po roku.

Miał pan z nimi sztamę?
Rzadko bywałem w szkole. Miałem swoje sprawy w Warszawie. Przyjeżdżałem tylko, żeby robić etiudy, które złożyły się na „Rysopis”. Od początku miałem taki plan. Bo jaka mnie przyszłość czekała? Po szkole przy odrobinie szczęścia mógłbym się załapać jako trzeci asystent. Potem awansowałbym na drugiego reżysera. I za 10 lat, jak wszystko by idealnie poszło, może pozwolono by mi debiutować. Nie chciałem tyle czekać.

Był pan już wtedy związany z Elżbietą Czyżewską.
Oprócz tego, że byliśmy w sobie zakochani, nieustannie ze sobą zrywaliśmy. Nie był to dobry związek. Ja byłem dosyć atrakcyjnym, młodym człowiekiem. Ona wyrastała na pierwszą gwiazdę. Oboje byliśmy zapatrzonymi w siebie egoistami. Jej wyjazd na Zachód to m.in. sposób, żeby ostatecznie ze mną skończyć. Ale nie chcę w to wnikać. To jej sprawy. Gdy wyjechała, nie interesowałem się jej losem.

Miał pan opinię playboya. Jeździł złotym mercedesem. Lubił pan szpanować?
Lambretty, dobre dżinsy, zagraniczne płyty – to wszystko się bardzo liczyło. Po latach stalinizmu wciąż mieliśmy ponure czasy, a studenci Filmówki byli tzw. złotą młodzieżą. Dziewczęta do nas lgnęły. Wyróżnialiśmy się mocno. Stylem bycia, pewnością siebie. Bardzo beztroski okres.

Miał pan satysfakcję po ujawnieniu informacji o tajnych więzieniach CIA w Polsce?
Od początku byłem przekonany, że w Starych Kiejkutach takie bazy istnieją. Przed „Essential Killing” zrobiliśmy research. Przecieki z „New York Timesa” były bardzo wiarygodne. Wiedziałem, że jest to prowokacyjny temat, ale moim celem nie była prowokacja, tylko zrobienie interesującego filmu. Usunąłem z filmu wszelkie ślady pozwalające ukonkretnić miejsce akcji. Jackowi Nicholsonowi podobało się, że celowo to wszystko kamufluję. Przez to film jest bardziej uniwersalny.

Poeta nigdy nie powie, co znaczą jego metafory. Nieodparcie odnoszę jednak wrażenie, że pan ma symbole przemyślane i wie o nich wszystko.
Ale nie ubieram tego w słowa. Zawsze podążam za intuicją. Zawsze. Refleksja przychodzi później. Czuję, że to może odbić się takim czy innym echem, ale nie formułuję tego jako programu.

Ceni pan rodzinną tradycję?
Jest we mnie nawet lekkie poczucie dumy ze szlacheckiego pochodzenia. Z herbów domowych. Leszczyc – tak nazwałem bohatera „Rysopisu”, „Walkowera”, „Rąk do góry” – to był herb mojego ojca. W szczątkowych klejnotach rodzinnych mojej matki jest złota bransoletka babki z domu Mierzwińskiej herbu Leliwa z wyrytym półksiężycem i gwiazdą. Nie ciąży mi ta tradycja. Mam do niej dystans. Cała ta ambiwalencja wynika z historii, która raz daje powody do dumy, innym razem do załamywania rąk. Potencjalnie Polacy mają bardzo dużo, a zmarnowali tak wiele. Stąd się to bierze.

Przychodzą mi do głowy dwa obrazy z pana filmów. Biegnący Kobiela w „Rękach do góry”, krzyczący „Jezus Maria, całe życie na nic, wszystko stracone”. Oraz prolog dokręcony do tego filmu w 1981 r., gdzie skarży się pan na swoje życie zmarnowane przez cenzurę, która nie dopuściła tego filmu do dystrybucji w 1967 r.
Z poczuciem zmarnowanego życia już się uporałem. „Ręce do góry” były punktem zwrotnym w mojej karierze. Robiłem ten film z pasją, pełnym zaangażowaniem. I to, że spotkał go tak marny los, bezsensowny zupełnie – bardzo mnie obeszło. Byłem nękany przez SB. Zmuszono mnie, żebym wyemigrował. Nie było zdaje się innego wyjścia. Zadecydował o tym Zenon Kliszko i ruski ambasador.

Kim byłby pan dziś, gdyby nie musiał wtedy wyjechać?
Gdyby „Ręce do góry” weszły na ekrany w 1967 r., byłyby bardzo ważnym filmem. I w kulturze, i w polityce tego kraju. Dyrektor weneckiego festiwalu osobiście zawiózł kopię do Włoch. Wydał mu ją Andrzej Skawina, dyrektor Filmu Polskiego. No i się zrobił skandal. Kliszko zażądał wycofania filmu. A mnie, wyrzucając z kraju, życzył szerokiej drogi.

Przez te wszystkie lata nie osłabł w panu optymizm?
Optymistą pozostaję w sprawach osobistych i artystycznych. Natomiast to, co się dzieje w świecie, zawsze mnie przerażało.

rozmawiał Janusz Wróblewski

Polityka 35.2015 (3024) z dnia 25.08.2015; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Byłem ignorantem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną