Dehnel, Twardoch, Siemion: pamiętniki i dzienniki ciągle w modzie

Od Facebooka do sztambucha
Dziennik, który wydawał się gatunkiem odchodzącym razem z XX wiekiem, przeżywa właśnie renesans. Swoje dzienniki opublikowali Jacek Dehnel, Szczepan Twardoch i Piotr Siemion. Kto następny?
Jacek Dehnel
Krzysztof Dubiel/Instytut Książki

Jacek Dehnel

Szczepan Twardoch
Krzysztof Dubiel/Instytut Książki

Szczepan Twardoch

Piotr Siemion
Adam Tuchliński/Newsweek Polska

Piotr Siemion

audio

AudioPolityka Justyna Sobolewska - Od Facebooka do sztambucha

Jeszcze niedawno wydawało się, że koniec dzienników bliski. „Dzienniki internetowe, blogi, zajmują dziś powoli miejsce wcześniejszych, zeszytowych, maszynopisowych, wreszcie książkowych dzienników pisarzy i zapewne w przyszłości ich znaczenie będzie wzrastać” – tak Paweł Rodak kończył swoją książkę poświęconą m.in. dziennikom Dąbrowskiej, Nałkowskiej i Herlinga-Grudzińskiego. Po co ten zeszycik, skoro jednym kliknięciem można podzielić się z innymi swoim życiem i przemyśleniami, i od razu mieć odzew? I w dodatku każdy dookoła też opowiada o swoim życiu.

Nagle jednak trzech pisarzy w jednym roku zdecydowało się opublikować swoje dzienniki w formie książki: Szczepan Twardoch „Wieloryby i ćmy”, Jacek Dehnel „Dziennik roku chrystusowego” i Piotr Siemion „Dziennik roku węża”. Wszyscy aktywni w mediach społecznościowych. Publikowali komentarze, obrazki z życia, minifelietony – a więc to, co również mogłoby się znaleźć w dzienniku. Skąd więc nagły zwrot w stronę papieru?

Ten gest jest znaczący – wybrali medium trwałe, tradycyjną formę kontaktu z czytelnikami. Poza tym facebookowe wpisy nie dość, że są chwilowe i giną, to szybko mogą stracić autorstwo, rozpowszechniane przez kolejne osoby. Trafiają nie tylko do czytelników, ale też do poszukiwaczy sensacji. Widać więc, że nic nie jest w stanie zagrozić papierowej książce i że dziennik, jako forma, ma się świetnie.

„Ach, jak mi źle”

Te trzy książki bardzo się różnią, ale łączy je to, że pisane były nie do szuflady, tylko do publikacji. Są to nie tyle dzienniki intymne, ile literackie, nie odsłaniają bohaterów zanadto, nie pozwalają czytelnikowi przyłapać autora na czymś wstydliwym, bo też wszystko jest pod kontrolą. Czytelnicy POLITYKI mogą nawet rozpoznać niektóre teksty, bo i Dehnel, i Twardoch włączyli do swoich zapisków felietony publikowane w naszym tygodniku.

Wszystkie te trzy książki są zasadniczo inne niż najbardziej znane dzienniki XX-wiecznych polskich pisarzy. Różnią się tym, że są zapiskami osób spełnionych, zadowolonych z życia, którym dziennik nie służy do kompensowania depresji i klęsk, nie jest zapisem niemocy i niechęci do siebie. Autorzy zabierają nas a to na Spitsbergen, a to do Włoch. A przecież, jak notował Stendhal: „Nie piszę dziennika, kiedy jestem szczęśliwy...”.

Przypomnijmy sobie dzienniki Mrożka albo Iwaszkiewicza, które ukazały się kilka lat temu. Tam dopiero były frustracje! Mrożek w trzech tomach przeprowadzał bezlitosną autoanalizę. „Histeryczne zajęcie się sobą, sobą, sobą. (...) Ach, ach, jak mi źle, nie mam już siły na nic. Ach, ach, jak ja nie lubię siebie”. Dla Iwaszkiewicza dziennik był miejscem, gdzie mógł wylać swoje żale, poskarżyć się: „Wyrosłem jako pieczarka – a później okazało się, że purchawka”. „Nie Gide, nie Tołstoj, ale Iwaszkiewicz. A to jest bardzo mało”. Zazdrościł Dąbrowskiej, która ma „Nobla w kieszeni” i jest sumieniem narodu, sączył złośliwości pod jej adresem, by na końcu dodać, że sam jest pisarzem trzeciorzędnym.

Znajdziemy w dzienniku takie miejsca, gdzie dokument staje się literaturą. I Mrożek, i Iwaszkiewicz próbowali poprzez dziennikowe zapiski zobaczyć siebie – podobnie Białoszewski w „Tajnym dzienniku”, który mimo różnych zniechęceń nie jest zapisem frustracji, tylko pogodzenia ze sobą. Od początku była w nim zgoda na siebie takiego, jakim był. Już jako nastolatek rozpoznał, że jest homoseksualistą. Jego eksperyment życia polegał na świadomym odchodzeniu od ludzi po to, by wyostrzyć uwagę na rzeczywistość dookoła.

Do tych trzech dzienników dołączył jeszcze „Kronos” Gombrowicza, sensacja ostatnich lat – przypominający raczej niezorganizowane notatki niż tekst literacki. Wprowadził wielu czytelników w konfuzję, bo w niczym nie przypominał precyzyjnie skomponowanego „Dziennika”, w którym Gombrowicz stworzył swój obraz dla odbiorców jego dzieł. Czytelnikiem Gombrowicza okazał się Karl Ove Knausgård, który w kolejnych tomach opowiada swoje życie, ale „Moją walkę” uporczywie nazywa „powieścią autobiograficzną”, a nie dziennikiem. Z formą dziennika eksperymentował też Jerzy Pilch, który publikował go w odcinkach w prasie, a potem składał w zupełnie inną całość w książce.

Kolacyjki i śniadanka

„Ta książka wywoła zamieszanie” – reklamuje wydawca „Dziennik roku chrystusowego” Dehnela. Dostajemy wgląd w codzienność świetnej pary gejowskiej: Jacka i Piotra. Dehnel zżyma się, kiedy Michał Witkowski określa Piotra jako „przyjaciela”. Że właśnie on – specjalista od ciot, orgii i pedalskiego brudu – używa grzecznego słowa „przyjaciel”. W tym opisie wspólnej codzienności jest dużo czułości i zwyczajności – może o to chodzi w tym „zamieszaniu”, że ci, którzy podejrzewaliby jakieś wynaturzenia, odkryją tu życie, które toczy się jak u wielu innych kochających się par heteroseksualnych.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną