Kultura

Bez wciskania mitu

„Syn Szawła”: szokujący dramat o Zagładzie

Géza Röhrig jako Szaweł – żydowski więzień Auschwitz, członek Sonderkommando Géza Röhrig jako Szaweł – żydowski więzień Auschwitz, członek Sonderkommando Sony Pictures/Courtesy Everett Collection / Gutek Film
„Syn Szawła” węgierskiego debiutanta László Nemesa to jeden z najgłośniej dyskutowanych filmów sezonu. Nikt nie odważył się w tak bezkompromisowy sposób ukazać Auschwitz od strony ofiar biorących czynny udział w eksterminacji.
Reżyser László Nemes: Zależało mi, aby w „Synu Szawła” odejść od mitologii przetrwania. Pokazać, że nie było nadziei na ocalenie.Kallos Bea/MTI Reżyser László Nemes: Zależało mi, aby w „Synu Szawła” odejść od mitologii przetrwania. Pokazać, że nie było nadziei na ocalenie.
Dla László Nemesa kręcenie „Syna Szawła” (film kosztował 1,5 mln euro) było również zabiegiem terapeutycznym.Sony Pictures Classics/Courtesy Everett Collection/Gutek Film Dla László Nemesa kręcenie „Syna Szawła” (film kosztował 1,5 mln euro) było również zabiegiem terapeutycznym.

Budzący skrajne emocje film otrzymał już Złoty Glob, został nagrodzony Grand Prix w Cannes i od początku był wymieniany w gronie ścisłych faworytów do Oscara (w kategorii nieanglojęzycznej). Zajmuje się losem Sonderkommando, wyselekcjonowanej przez Niemców grupy żydowskich więźniów rozładowujących transporty, kierujących ludzi do komór gazowych i palących zwłoki. Kim byli: ofiarami czy sprawcami? W nieprzychylnym komentarzu tygodnik „The Times” uznał, że wyrafinowany sposób opowiedzenia tej historii jest intelektualnie odrażający i pozbawiony głębszego historycznego kontekstu.

Szokujący dramat rzeczywiście w pierwszej chwili budzi dezorientację. Rozgrywająca się w ciągu 36 godzin historia reprezentuje punkt widzenia jednego tylko więźnia. Wydaje się, że dochodzące do niego krzyki, fragmenty rozmów nie układają się w spójną całość. Słowa urwane w pół zdania, wypowiadane po węgiersku, niemiecku, polsku, rosyjsku i w jidysz, tworzą dźwiękową barierę uniemożliwiającą przez dłuższy czas uchwycenie sensu.

Opinie są jednak bardzo zróżnicowane. Większość krytyków ujrzała w „Synu Szawła” niezwykły eksperyment, w którym udało się sfilmować nienazwane dotąd doświadczenie. Dotrzeć do jądra Zagłady. Holocaust był zawieszeniem praw, reguł, takim doświadczeniem człowieczeństwa, którego boimy się najbardziej. I mimo wielu dzieł i opracowań wciąż wymyka się analizie. „Tam kończy się narracja logiczna. Następuje przeskok, przestajemy rozumieć” – mówiła po premierze „Dybuka” reżyserka teatralna Maja Kleczewska, tak jak debiutant László Nemes odważnie przekraczająca granice w sztuce.

Awangardowe dzieło Węgra, jeśli przyjrzeć mu się uważnie, w przerażająco konsekwentny sposób oddaje chaos zachowań i instynktów społecznych zredukowanych – jak pisał Primo Levy – do milczenia. Wszystko jest tu dopracowane, przemyślane i nic nie dzieje się przypadkiem.

Nemes zaprzecza, jakoby wzorował się na literaturze, choć przyznaje, że autobiograficzna powieść noblisty Imre Kertésza „Los utracony” o 15-letnim węgierskim Żydzie, który po przekroczeniu bramy Auschwitz-Birkenau nadal jest nieświadomy, co go tam czeka, wywarła na nim ogromne wrażenie. Bezpośrednią inspiracją były listy, dokumenty, zdjęcia, naoczne relacje byłych członków Sonderkommando, zebrane w tomie „Des voix sous le cendre” (Głosy spod prochów), zwane też „Zapiskami z Auschwitz”, oraz w ośmioipółgodzinnym „Shoah” Claude’a Lanzmanna. – Dzięki nim mogłem poczuć się, jakbym tam był – przyznaje reżyser. – O tak intensywne wrażenie mi chodziło. Żeby widz poznawał obozową rzeczywistość z ograniczonej perspektywy. Jak więźniowie, którzy nie ogarniali całości, bo nie mogli wiedzieć wszystkiego.

Popkultura rzadko ustawia sobie poprzeczkę tak wysoko. Wysokobudżetowe widowiska o Holocauście, tworzące dziś odrębny gatunek, przyjmują wszechwiedzący punkt widzenia. Oscarowa „Lista Schindlera” to według Nemesa jeden z licznych przykładów strategii obronnej – oswajanie traumy poprzez opowieści o tych, którym udało się przeżyć. Budowanie mitu zamiast zbliżania się do prawdy. – Zależało mi, żeby w „Synu Szawła” odejść od mitologii przetrwania, nie zajmować się wyjątkami, tylko realnością. To był nasz cel. Pokazać, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że nie było szans na przeżycie, nie było nadziei na ocalenie.

Śmierci nie można odtworzyć

Centralną postacią filmu jest Szaweł Ausländer, fikcyjny węgierski Żyd z Sonderkommando, zmuszony do pracy w krematorium – w październiku 1944 r., podczas przygotowań do wzniecenia buntu. Członkowie grupy znali niemiecki plan, by systematycznie eliminować świadków zbrodni. Wiedzieli, że będą likwidowani po upływie kilku miesięcy. Woleli zginąć, walcząc. – Pomysł, by pokazać obozowe piekło poprzez doświadczenie pojedynczego człowieka, więźnia Sonderkommando, od samego początku wiązał się z radykalnie innym sposobem narracji. Nigdy nie zamierzaliśmy tej estetyki zmieniać – wspomina Nemes.

Specyficzny styl „Syna Szawła”: długie powolne ujęcia, makabryczny naturalizm, nieprzekraczający jednak granic „pornografii śmierci”, wytrącają z rutyny spokojnego, wygodnego przyglądania się horrorowi. Kamera z ręki, prowadzona przez operatora Mátyása Erdélyego, skupia się prawie wyłącznie na skamieniałej twarzy więźnia próbującego pogrzebać ciało chłopca, którego nazywa swoim synem. Więźnia gra obdarzony charyzmą Géza Röhrig, węgierski aktor i poeta (absolwent polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego), który po ukończeniu żydowskiego seminarium teologicznego osiadł i wykłada w Nowym Jorku. Jego wiecznie opuszczona głowa, wbity w ziemię wzrok stanowią wymowny, niemy komentarz do niewyobrażalnego bestialstwa ukazanego prowokacyjnie, bardzo nietypowo: na obrzeżach ekranu, w nieostrościach lub usuniętego poza kadr.

To, czego nie pokazujemy, jest oczywiście istotne i znaczące – podkreśla Nemes. – Długo ustalaliśmy z operatorem strategię odsłon, pamiętając, że nie robimy dokumentu o Auschwitz.

W materiałach prasowych mówił o tym tak: „Chciałem oszczędzić sobie i widzom okropności, którą byłoby na przykład umieszczenie kamery w komorze gazowej, gdzie umierają ludzie. Film podąża ściśle za Szawłem. Zatrzymujemy się zatem przed drzwiami komory i wchodzimy do niej już po akcie eksterminacji, gdy wynoszone są ciała i pomieszczenie przygotowywane jest na przyjęcie kolejnego transportu. Tym, czego nie widzimy, jest właśnie śmierć. Jej nie można odtworzyć. Nie można nią manipulować”. Długość ujęcia i jego treść były więc za każdym razem wyborem etycznym, miały podnosić horror do wymiaru egzystencjalnego. W podobny sposób – pokazując mniej, żeby móc zobaczyć więcej – skomponowane są trzy krótkometrażowe filmy, które Nemes z Erdélym realizowali jeszcze w szkole filmowej.

Przywrócić śmierci szacunek

Nieporozumienia oraz skrajne oceny biorą się m.in. stąd, że owo „mniej” znaczy często rozmycie, uproszczenie. A Holocaust nie był banalną zbrodnią. – Musiałem zaufać nie tylko sobie. Dosłowność zastąpić sugestią. Uruchomić wyobraźnię widzów, zamiast ją ograniczać – tłumaczy Nemes.

Przewodnikiem po Auschwitz jest Ausländer – jego cierpienie i ból. Ma ograniczone pole widzenia. Unika wzroku strażników-oprawców. Nie wolno mu spojrzeć im prosto w oczy. Widzi tylko strzępy, zarysy sytuacji. Recenzentka „New York Timesa”, zastanawiając się, czy nie jest to zbyt sztuczny zabieg formalny, twierdzi, że zakłóca on emocjonalny odbiór filmu. Widz czuje się zmęczony ciągłym kontemplowaniem ściągniętej twarzy bohatera, podczas gdy obchodzi go co innego. – Wtedy wydarza się cud. Pod stosem nagich martwych ciał zostaje znaleziony nieprzytomny chłopiec, któremu udało się wyjść z komory gazowej żywym – opowiada Nemes. Ten cud zostaje natychmiast przez esesmana unicestwiony. Ausländerowi przypomina jednak o normalności. Wyrwany z moralnego odrętwienia, nie myśli o ucieczce ani o przetrwaniu. Jego celem staje się odnalezienie rabbiego, który tam, gdzie panuje obojętność i śmierć, ma odprawić religijny rytuał, odmówić kadysz i pomóc mu pogrzebać zmarłego. Pozornie absurdalny, bezużyteczny gest waży dla bohatera filmu więcej niż przygotowywany w konspiracji samobójczy bunt współwięźniów. To rodzi konflikt. Jakimi kategoriami go oceniać?

Można doszukiwać się w tym pewnej symboliki. – Ausländer wystarczająco długo przebywał w obozie koncentracyjnym, by stracić zainteresowanie panującym tam szaleństwem – tłumaczy reżyser. – Światłem w mroku staje się dla niego ciało chłopca. Ono go motywuje, napędza. W obozie trupy nazywane są Stück (sztuki). Przywrócenie godności, szacunku dla pojedynczej ludzkiej śmierci ma być odpowiedzią na działającą na najwyższych obrotach fabrykę śmierci.

Autoterapia

Dla László Nemesa kręcenie „Syna Szawła” (film kosztował 1,5 mln euro) było również zabiegiem terapeutycznym. Część jego rodziny została zgładzona w Auschwitz. Latem 1944 r., w czasie likwidacji transportów węgierskich Żydów, wśród 330 tys. zamordowanych był m.in. pradziadek od strony matki. Nemes urodził się w Budapeszcie w 1977 r. Jego etiudy, utrzymane w podobnej stylistyce co „Syn Szawła”, też dotyczą tematyki obozowej. W długim, pojedynczym, 13-minutowym ujęciu składającym się na „With a Little Patience” (2007 r.) analizuje postawę niemieckiej urzędniczki, ślepo wykonującej polecenia nazistów przy archiwizacji odebranego Żydom mienia.

Protestuje jednak, gdy się go nazywa młodym twórcą. 39-letni artysta jest synem znanego reżysera Andrása Jelesa. Studiował historię i scenopisarstwo w Paryżu. Przez dwa lata był asystentem Beli Tarra przy realizacji ambitnego kryminału „Człowiek z Londynu”, jednocześnie uczęszczał na kursy reżyserii w Nowym Jorku. – Szkoła niewiele daje – wyznaje. – Wierzę w relację mistrz–uczeń. Poprosiłem Tarra, którego podziwiam, żeby pomógł mi się od siebie czegoś nauczyć. Krok po kroku poznawałem jego metodę, rozwijając własne idee. Wszystko praktycznie zawdzięczam jemu.

Film Nemesa wpisuje się również w szerszy kontekst walki o pamięć pod rządami Viktora Orbána. W 2002 r. z inicjatywy węgierskiego premiera otwarto w Budapeszcie Muzeum Terroru. Mieści się w odnowionym, neorenesansowym budynku, to ono dało impuls Lechowi Kaczyńskiemu do stworzenia Muzeum Powstania Warszawskiego. W podziemiach podczas okupacji katowano tam Żydów, a w stalinizmie antykomunistyczną opozycję. – Mimo że muzeum odwiedzają tłumy, nie zmieniło to mentalności Węgrów – odpowiada Nemes, pytany, na ile „Syn Szawła” wyrasta z politycznych rozliczeń jego kraju. Twierdzi, że sytuacja nawet się pogorszyła. Ludzie, którzy mają coś na sumieniu w stosunku do Żydów, wciąż to ukrywają. – Niedawno odnalazłem stare fotografie z sąsiadami mojej babki po jej deportacji do obozu. Uśmiechnięci trzymają zagrabioną biżuterię. Winni uniknęli odpowiedzialności. Podziały społeczne się pogłębiają. Mój film trafia w sam środek tych sporów.

Polityka 4.2016 (3043) z dnia 19.01.2016; Kultura; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Bez wciskania mitu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną