Kultura

Książki wieczyste

Dobre wieści od wydawców: druk wraca do łask

W całym 2015 r. w USA wyprzedało się 571 mln książek (papierowych), 17 mln więcej niż rok wcześniej. W całym 2015 r. w USA wyprzedało się 571 mln książek (papierowych), 17 mln więcej niż rok wcześniej. photo-deti / PantherMedia
Wieści o końcu papierowej książki okazały się przesadzone. Książki są, jak filmy, coraz dłuższe, a druk odradza się niczym płyty winylowe.
Lęk przed długą książką jakoś zaczynamy oswajać.David Malan/Getty Images Lęk przed długą książką jakoś zaczynamy oswajać.
Najnowsze modele czytników uczą się niejako naszych lekturowych obyczajów, a ich projektanci dane te skrupulatnie wykorzystują, doskonaląc kolejne urządzenia.AndreyKr/PantherMedia Najnowsze modele czytników uczą się niejako naszych lekturowych obyczajów, a ich projektanci dane te skrupulatnie wykorzystują, doskonaląc kolejne urządzenia.

Ostatnia powieść laureata Paszportów POLITYKI Łukasza Orbitowskiego „Inna dusza” klasyczną „cegłą” może nie jest, ale swoje 432 strony ma. Monumentalne są za to „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, liczące 912 stron dzieło wyróżnione niedawno nagrodą Nike. Jeszcze więcej, 920 stron, zapisał w „Solfatarze” Maciej Hen, któremu przyznano w zeszłym roku Nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej.

Za granicą książki też zrobiły się grubsze. Choćby „Krótka historia siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa, która otrzymała parę miesięcy temu prestiżowego Bookera, a w tym roku ukaże się w Polsce nakładem Wydawnictwa Literackiego. Książka Jamajczyka jest obszerna, choć i tak o 200 stron krótsza niż laureatka tej samej nagrody sprzed trzech lat – uznawana za rekordzistkę pod względem objętości powieść „Wszystko, co lśni” Eleanor Catton (936 stron).

Pisarzom objętości niby wprost się nie narzuca – chyba że tworzą fantastykę, kryminał albo sporządzają sagi rodzinne, które w zbyt krótkiej formie są nie do wyobrażenia. Ale jednak książki znacząco w ostatnich latach spuchły. Badająca różne aspekty rynku firma Verve Search przeanalizowała objętość 2,5 tys. pozycji, które ukazały się w XXI w. Wzięła pod uwagę bestsellery „New York Timesa” i lektury szeroko dyskutowane w sieci (opierając się na statystykach Google). A następnie wyliczyła średnią. Okazało się, że najnowsze książki mają przeciętnie 400 stron, 80 więcej niż jeszcze w końcówce XX w. Wystarczy prześledzić historię Bookera: pozycje nagrodzone z ostatnich pięciu lat miały średnio 500 stron, a jeszcze w latach 70. poprzedniego wieku – ledwie 300.

E-book naśladuje druk

Zresztą nie trzeba się ograniczać do książek wyróżnianych i uznanych. James Finlayson z zespołu Verve Search zauważa, że objętość naszych lektur w ogóle systematycznie rośnie – niezależnie od gatunku – z każdym rokiem. Finlayson przyczyn tego fenomenu upatruje w rozwoju nowych technologii, dzięki którym książki są łatwo dostępne i nie zniechęcają formatem. „Biorąc w księgarni do ręki monstrualną powieść, czujemy się niekiedy przytłoczeni – tłumaczy. – Tymczasem kupując książki w formie elektronicznej, nie zwracamy na ten szczegół uwagi”. Poza tym – dodaje – czytnik łatwiej zapakować do walizki, nie obciążając dodatkowo bagażu. Pisarze nie muszą się więc ograniczać w obawie, że tysiąc stron kogokolwiek wystraszy. Przeciwnie – wystarczy na długą podróż.

E-booki to w Polsce zaledwie 3 proc. (ok. 60 mln zł) wartości rynku księgarskiego. Sprzedaż jednak rośnie. Ten segment branży notuje jednak – jak zauważyła w wywiadzie dla Polskiego Radia Martyna Bednarczyk, koordynator ds. marketingu z firmy Virtualo – dwucyfrową dynamikę wzrostu przychodów rok do roku. Z jej obserwacji wynika, że po e-booki częściej sięgają mężczyźni, na ogół 25-latki z dużych miast. Czytają zaś głównie kryminały – zwykle polskie (Zygmunt Miłoszewski, Katarzyna Bonda) i skandynawskie. Odnotujmy konsekwentnie: „Okularnik” Bondy liczy 848 stron (poprzedni tom 672, w tym roku spodziewany jest tom trzeci), cykl „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i „Gniew” Miłoszewskiego – w sumie 1076.

Książki elektroniczne nie wyparły druku, choć wieszczono, że tak się wydarzy. Na razie starają się dopasować do czytelnika, przy okazji naśladując papier. Najnowsze modele czytników uczą się niejako naszych lekturowych obyczajów, a ich projektanci dane te skrupulatnie wykorzystują, doskonaląc kolejne urządzenia. Ekrany mają więc wyglądać jak papier, przyciski do przerzucania stron są zaś usytuowane przy każdym brzegu czytnika – bo podobnie przypadkowo kartkujemy książki tradycyjne. Dba się poza tym o równomierne doświetlenie prawej i lewej strony ekranu – bo dowiedziono, że na ogół przerzucamy czytnik z ręki do ręki. Zupełnie jak książki. Z tą różnicą, że czytniki nie ciążą i takie np. tysiąc stron Olgi Tokarczuk można swobodnie zabrać do tramwaju.

Ale e-booki to nie tylko cyfrowe warianty tekstu drukowanego. Autorzy idą krok dalej, tworząc tzw. powieści interaktywne, jeszcze bardziej rozbudowane i spiętrzone. To pieśń przyszłości, choć pierwsze próby już się na Zachodzie podejmuje – przykładem „Arcadia”, najnowsza powieść Iana Pearsa, w Polsce jeszcze niedostępna. Czytelnik sam ma wybrać wariant historii, którą chce przeczytać, bohatera, za którym chce podążyć. Trochę jak w grach wideo.

Papier naśladuje sieć

Duży format wybierają przede wszystkim twórcy kryminałów, powieści fantastycznych, sag, romansideł, książek wydawanych cyklicznie, w częściach. Takich, które zatrzymują uwagę na dłużej, wywołując w czytelniku poczucie przywiązania do fabuły i bohaterów. To te książki podbijają na ogół listy bestsellerów – dość wymienić serię z Harrym Potterem, „Millennium”, „50 twarzy Greya” czy „Grę o tron”. Objętość uzyskuje się czasem wyłącznie kosmetycznie: dużą czcionką, dużymi odstępami i dużą ilością światła na stronach. W przekonaniu jednak, że wychodzi się naprzeciw oczekiwaniom czytelników. – Przypomina to taki prosty zabieg marketingowo-konsumpcyjny, praktyki w sieciach hamburgerowych: dostaje się zestaw powiększony za tę samą cenę – komentuje Ryszard Koziołek z Zakładu Historii Literatury Poromantycznej Uniwersytetu Śląskiego. – Poza tym rządzi zasada repetycji. Trochę jak w „Rejsie”: lubię te filmy, które już widziałem.

Na te same listy bestsellerów trafiają tymczasem coraz częściej hermetyczne i obszerne zarazem książki Donny Tartt, Jonathana Franzena, Hilary Mantel czy tomiszcza Knausgårda – niemające nic wspólnego z kryminałem, fantasy czy romansem ambitne studia codzienności i historii. W Polsce trend zapoczątkował „Lód” Jacka Dukaja. Clare Alexander, wydawca z 20-letnim doświadczeniem, widzi w tym pewien kulturowy zwrot. „Ludzie, którzy mają zwyczaj czytać, wolą długą, wciągającą narrację od internetowej papki” – mówiła niedawno „Guardianowi”. Papier to bodaj jedyne medium, które nie przegrało konkurencji z nowymi mediami. Eksperci są zresztą zdania, że próby wyparcia druku od początku były skazane na porażkę i są już raczej za nami. Sprzedaż książek się stabilizuje, te uznawane za ważne nadal chcemy mieć na papierze. – W każdej zmianie technologicznej widać trwałość literatury i szansę dla literatury – zauważa prof. Ryszard Koziołek. Znamy ten mechanizm – kiedy na przełomie XV i XVI w. przechodziliśmy od rękopisów do druku, też spodziewano się kryzysu. Paradoksalnie jednak czytanie się zdemokratyzowało, a czytelników przybyło.

Nawiązując do wypowiedzi Clare Alexander, można się zastanawiać, czy długie, wymagające skupienia i wysiłku tomy nie staną się azylem również dla tych, którzy do tej pory raczej nie czytali. Książkę na papierze postrzega się bowiem coraz częściej jako formę ucieczki od zalewu informacji w internecie. Jej lekturę przeciwstawia się lekturze zwięzłych newsów, oglądaniu krótkich filmów na YouTube, wertowaniu strumienia przypadkowych wiadomości czy próbie zmieszczenia komunikatu w 140 znakach na Twitterze. Po jednej stronie mamy więc wydrukowane rozbuchane historie, po drugiej – skondensowaną treść, jakiś rodzaj pęta. – Może musimy przejść taką chorobę dziecięcą technologicznego kapitalizmu, pobawić się tymi wszystkimi zabawkami, popatrzeć na te obrazki, trochę się nimi znudzić, zmęczyć, uświadomić sobie, że one jednak nie potrafią opowiadać tak, jak to robi literatura? – zastanawia się Ryszard Koziołek. Zdaniem literaturoznawcy żyjemy w dwóch porządkach: w świecie informacji i w świecie opowieści. Potrzebujemy porcji wieści ze świata, żeby się orientować, i opowieści, żeby różne sprawy pojąć i zrozumieć. – Opowieść to zarządzanie czasem – wyjaśnia Koziołek. – To próba ogarnięcia czegoś dłuższego niż chwila i nadania temu sensu. Tego informacja nie zastąpi.

– Internet determinuje nasz sposób odbierania wiedzy – odbieramy ją płytko i szybko – dodaje Grzegorz Gauden, prezes Instytutu Książki. – Czytając książkę, wyłączam się z innych rzeczy, nie mam banerów na ekranie, nic mi nie miga przed oczami.

Poza wszystkim książki w przewrotny sposób naśladują sposób funkcjonowania współczesnych mediów. Puchną jak seriale, wykorzystując coraz większą popularność długich fabuł, niedosyt odbiorcy, jego ciekawość ciągu dalszego i potrzebę emocjonalnego wejścia w konkretną historię. Max Porter, wydawca Eleanor Catton, przyznał w jednym z wywiadów, że wręcz zachęca autorów do popuszczenia wodzy fantazji, gry z czytelnikiem. Bez baczenia na objętość i bez obaw, że przepastna powieść czytelnika odstraszy czy zniechęci.

Pewien rodzaj głodu, zachłanności, chciwości odbiorcy jest bardzo wyraźny – tłumaczy Ryszard Koziołek. – Chodzi o to, żeby mieć tego więcej i na dłużej. To elementarz psychologii czytania i odbierania sztuki w ogóle. Dlatego i filmy są dłuższe niż jeszcze kilka dekad temu, dwu-, trzygodzinny seans w kinie to dzisiaj raczej standard niż wyjątek.

Książka naśladuje płytę

Lęk przed długą książką jakoś zaczynamy oswajać. Wciąż też czytamy na papierze. Po latach formowania się współczesnej branży księgarskiej, docierania książki tradycyjnej i cyfrowej druk wraca do łask i ma się lepiej niż kiedykolwiek. „Spodziewana apokalipsa cyfrowa nie nadeszła” – triumfuje „New York Times”, przypominając, że rozmaici analitycy oczekiwali załamania tradycyjnego rynku książki właśnie w okolicach 2015 r. Zwiastunami katastrofy miały być upadające księgarnie, monopol sklepów internetowych i straty finansowe części wydawców. Dobrze to w Polsce znamy: z krajobrazu znikają drobne księgarnie, biblioteki są niedoposażone, odsetek czytelników pozostaje niewielki, między wydawcami a sieciami księgarskimi dochodzi do konfliktów (o czym pisaliśmy w POLITYCE 21/15). Mentalność – i w Polsce i na świecie – jednak się zmienia. – Jeszcze dwa, trzy lata temu wyczuwało się atmosferę stypy. Ale już na targach książki we Frankfurcie w zeszłym roku amerykańscy wydawcy sprawiali wrażenie bardziej zadowolonych z wyników niż w latach poprzednich – mówi Grzegorz Gauden.

W całym 2015 r. w USA wyprzedało się 571 mln książek (papierowych), 17 mln więcej niż rok wcześniej. Na polskie dane jeszcze zaczekamy, już jednak wiadomo, że „Księgi Jakubowe” sprzedały się w 130 tys. egzemplarzy. Z analiz Stowarzyszenia Wydawców Amerykańskich wynika ponadto, że czytelnicy e-booków wracają do papieru albo stają się czytelnikami hybrydowymi, łącząc przyjemność lektury tradycyjnej i elektronicznej. Popularne stają się tzw. dublety – książki można kupić od razu w zestawie: druk plus e-book (jest to odpowiednik zestawu znanego z rynku muzycznego, gdy winyl kupujemy często z kodem do ściągnięcia pliku mp3).

Alexandra Alter pisze w „New York Timesie”, że twórcom e-booków nie udało się to, co udało się platformom pokroju Netflixa – sprawić, że odbiorca będzie uprawiał coś w rodzaju binge-watchingu (w tym wypadku binge-readingu), czyli że zacznie wchłaniać jedno e-dzieło po drugim, np. całą bibliografię danego autora. „Książki przetrwały falę technologii cyfrowej, która porwała inne formy przekazu – telewizję i muzykę” – wywodzi Alter. Tymczasem nawet młode pokolenia – zauważa – które porzucają ramówki telewizyjne na rzecz subskrypcji, w kwestii upodobań literackich pozostają wręcz konserwatywne. Wybierają papier. Odżywa trochę jak płyty winylowe – i poprzez tradycję, i poprzez sentyment do nośnika.

Z jednej strony o przewadze książki papierowej – w tym książki obszernej – decyduje więc sposób, w jaki wchłania czytelnika, odwołujący się do emocji, wrażliwości i wyobraźni odbiorcy. Ryszard Koziołek w wydanym właśnie zbiorze esejów „Dobrze się myśli literaturą” pisze o książkach jako o programach symulacyjnych, które pozwalają przećwiczyć różne scenariusze, wejść w skórę bohatera, doświadczyć nieznanego. Z drugiej strony książka to nadal cenny przedmiot. – Chciałbym, żeby książka drukowana – w ogóle książka – wróciła, stała się pewnego rodzaju zobowiązaniem inteligenckim – mówi Koziołek. – Żeby się czuło, że nie wypada czegoś nie przeczytać. I takie czasy nadejdą. Te fanty, którymi się otaczamy, są łatwe do zdobycia. Natomiast znajomość nowej powieści, o której głośno, wymaga już pewnej elementarnej pracy. To też stanie się w przyszłości pewnym rodzajem dobra.

Może się również stać pewnym manifestem – biblioteka domowa wciąż jakoś świadczy o naszych upodobaniach, przynależności do kultury. Nawet najbardziej wyeksponowany na półce czytnik nie odegra takiej roli. – Książka papierowa to coś ekskluzywnego. Książka leży, książka pachnie, książka ma swoją wagę, książki można dotknąć – dodaje Grzegorz Gauden. – Jeśli ktoś decyduje się na zakup książki papierowej, robi to już z większą świadomością. Przegląda, wertuje, porównuje. W szybkich czasach wydaje się to wręcz ekstrawagancją. Koziołek: – Ale nawet jeśli to będzie niszowy snobizm, nie widziałbym w tym znaków apokalipsy.

Polityka 6.2016 (3045) z dnia 02.02.2016; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Książki wieczyste"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną