Kultura

Domek z kart historii

IV sezon „House of Cards”: Ave Underwood!

Kevin Spacey jako Frank Underwood i Robin Wright jako jego żona Claire w czwartym sezonie „House of Cards” Kevin Spacey jako Frank Underwood i Robin Wright jako jego żona Claire w czwartym sezonie „House of Cards” David Giesbrecht/Netflix
Przed premierą czwartego sezonu „House of Cards” zastanawiamy się, ile w jego bohaterze z „Ryszarda III” Szekspira, a w samej historii – z dziejów Rzymu za Juliusza Cezara.
„House of Cards” to nowa wersja szekspirowskiego „Juliusza Cezara”FirstShot/Alamy Stock Photo/BEW „House of Cards” to nowa wersja szekspirowskiego „Juliusza Cezara”
Marek Tuliusz Cyceron, znakomity orator i adwokat, jeden z „nowych ludzi”, którzy zrobili w republice karierę na podstawie zdolności, a nie urodzenia.David Gee 4/Alamy Stock Photo/BEW Marek Tuliusz Cyceron, znakomity orator i adwokat, jeden z „nowych ludzi”, którzy zrobili w republice karierę na podstawie zdolności, a nie urodzenia.

Serial „House of Cards” to szekspirowskie kroniki królewskie naszych czasów. Wprawdzie rzecznik Kremla oświadczył, że Putin nie oglądał trzeciego sezonu, w którym prezydent USA Frank Underwood przegrywa próbę sił z prezydentem Rosji Wiktorem Pietrowem, jednak już prezydent Obama – choć odmówił udziału w epizodycznej roli – przyznaje, że jest entuzjastą serialu. Wzdychając zarazem, że Underwood może i jest draniem, ale przynajmniej skutecznym. Zaś prezydent Chin Xi Jinping robi sobie publiczne żarty, że przecież Chiny to nie domek z kart – dobrze wie, jak bardzo Chińczyków fascynuje ten cyniczny obraz amerykańskiej polityki, który jest potwierdzeniem ich wyobrażenia o chińskiej władzy.

Są już eseje tłumaczące, że we Franku Underwoodzie Chińczycy widzą Denga Xiaopinga – podobnie jak chiński przywódca jest prowincjuszem bez politycznego zaplecza, przeszedł przez autorytarną szkołę wojskową, ale cyniczny instynkt władzy potrafi przesłonić liberalnym gestem. Obaj mieli krew na rękach. Deng w rzeczywistości – poprzez poparcie w 1989 r. masakry studentów. Frank w scenariuszu – mordując niewygodną już dziennikarkę i zagrażającego mu kongresmena. Poza tym Underwood ma za sobą cały poczet ofiar politycznych, z uśmiechem podstawia nogę konkurentom, by nieco psim swędem zostać prezydentem USA.

Krwawe mięso polityki

Seriali o mechanizmach władzy jest multum. U nas „Ekipa” (2007 r.) Agnieszki Holland, w Danii „Rząd” (2010 r.). Jednak tylko Anglosasi tak dogłębnie sięgają do szekspirowskiego wzorca. Frank Underwood to – jak zwracał uwagę Ian Crouch w „New Yorkerze” – „Ryszard III” XXI w. z domieszką „Lady Makbet”. Na ten trop naprowadza nie tylko fakt, że na otwarcie serialu Kevin Spacey stworzył na scenie londyńskiego Old Vic jedną z najlepszych kreacji Ryszarda ostatnich lat. Do Szekspira wyraźnie odwołuje się autor książkowego pierwowzoru serii „House of Cards” sir Michael Dobbs. Był konserwatywnym politykiem, wiceprezesem partii i doradcą Margaret Thatcher. W swojej sensacyjnej tetralogii poświęconej Churchillowi – po polsku ukazała się, niestety, tylko ostatnia, „jałtańska” część – opisał mechanizmy i zakamarki władzy. Codzienne faule, krętactwa i oszustwa.

„Z Szekspirem – opowiadał Dobbs – zetknąłem się jako młody chłopak, czytając »Juliusza Cezara«. Opowieść sprzed dwóch tysięcy lat, z całkiem innego kraju. Co za historia! Facet przez swego najlepszego przyjaciela zostaje zarżnięty na schodach Kapitolu! I jakim to językiem opowiedziane! »House of Cards« to nowa wersja »Juliusza Cezara«. A ten chwyt, że bohater zwraca się bezpośrednio do publiczności, ściągnąłem od Szekspira. Wziąłem to z »Ryszarda III«. W telewizji robi świetne wrażenie”.

Ten szekspirowski wielki mechanizm krwawego mięsa polityki – jak mawiał Jan Kott – pozwala też domyślać się przebiegu czwartego sezonu „House of Cards”, który rusza na początku marca. Realizatorzy szczegóły trzymają w tajemnicy. Przecieków nie ma albo są zmyłkowe. Powinien to być sezon końcowy – bo talia składa się z czterech kolorów, każda z trzynastu kart. Ale ponoć będzie jeszcze sezon piąty, bo z kolei „Ryszard III” składa się z pięciu aktów. Wiadomo natomiast z ostatniego odcinka trzeciego sezonu, że fabuła jest osnuta wokół tegorocznej kampanii wyborczej w USA. Frank dzięki żonie ledwo wygrał prawybory w stanie Iowa, ale przed wyborami w New Hampshire Claire go opuszcza.

Ustawiona para

Szekspirowski wzorzec dyktuje, że i ta kariera – jak u nas losy Nikodema Dyzmy – powinna zakończyć się upadkiem. W szkole uczymy się, że o ile w tragedii antycznej o losie bohatera decyduje boskie Fatum, o tyle postaci Szekspira mają wolność wyboru, ale ich cechy charakteru i sposób postępowania ściągają na nich tragiczny koniec.

Według reguł sztuki Frank i Claire powinni teraz zmierzać ku klęsce – w wyniku pojedynku skłóconych małżonków – albo też jeszcze raz się sprzymierzą, lecz ulegną nie mniej niż oni żądnej władzy parze konkurentów. Choć może też być tak, że realizatorzy porzucą szekspirowski format i będą ciągnąć serial niczym gumę do żucia, dopóki nie rozwieje się jego oglądalność. Bo takie są reguły podglądania „wielkiego mechanizmu” władzy. Ta ciekawość, jacy są ci, którzy nami rządzą, była złotą żyłą czterysta lat temu, gdy kroniki królewskie grywano w jarmarcznych budach, i jest dziś, gdy oglądamy ich nową wersję w telewizyjnym pudle.

Oglądając „Domek z kart”, przy całej fascynacji realiami – z włączaniem do serialu aktualiów i znanych osobistości oraz zapewnieniami amerykańskich kongresmenów, że polityka w 90 proc. tak właśnie wygląda – warto jednak pamiętać, że nawet najwybitniejszy dramat oparty na faktach to mimo wszystko fikcja. Tak jak fikcją jest „Król Edyp” Sofoklesa czy oparty na autentycznym spisku koronacyjnym „Kordian” Słowackiego.

Serial zrobiony jest tak precyzyjnie, a para czołowych aktorów – Kevin Spacey i Robin Wright – jest tak porywająca, że widz macha ręką na polityczne i psychologiczne nonsensy, jak choćby absurdalny wypad prezydenta USA do kwatery polowej prezydenta Rosji w Dolinie Jordanu czy wyciągnięcie Franka Uderwooda przez żonę z psychicznej zapaści metodą szybkiego dosiadania. W podejrzliwości wobec serialu nie trzeba iść zaraz aż tak daleko, jak recenzent „Die Zeit”, który ganił w nim płytkie psychologizowanie i „uderzający brak teorii polityki”. Tej w duchu esejów Maxa Webera czy Niklasa Luhmanna – że władza to żarliwe, ale i rozważne wiercenie twardych desek oraz stopniowane napięcie między oczekiwaniami i zagrożeniami. To prawda: nie bardzo wiadomo, dlaczego Doug Stamper jest aż tak ślepo oddany Frankowi ani też dlaczego Frank i Claire znają jedynie skrajności – mając władzę, ma się wszystko, tracąc ją, nie ma się nic. Sugerowana odpowiedź jest banalna. Bo władza to narkotyk. To też potoczna opinia o „tych na górze”. Ale czy prawdziwa?

Nieważne. Tak oboje są ustawieni. Stanowią znakomity team i nic więcej. Frank Underwood – absolwent elitarnej szkoły wojskowej i Uniwersytetu Harvarda, rzecznik demokratów w Kongresie – to ambitny intrygant, który nie znosi dzieci, pozbawiony jest empatii i właściwie nie ma prywatnego życia, jeśli nie liczyć wypadów do podmiejskiej garkuchni na żeberka, nawet romans z młodą dziennikarką jest bardziej elementem gry o władzę niż eksplozją pożądania. Jego relaks to strzelanie na konsoli komputerowej i wiosłowanie na sucho. Claire jest równie ambitna i nie mniej bezwzględna.

Polityk, na jakiego zasługujemy

„House of Cards” ustawiono jako dramat władzy, która gardzi każdym i wszystkimi. „Oni gadają, a ja cicho siedzę i tylko wyobrażam sobie, jak ich lekko posolone twarze smażą się na patelni” – zwierza się nam Frank Underwood. On jednak gardzi nie tylko kolegami, ale zarówno swymi wyborcami, jak i nami – widzami. Choć w swych komentarzach udaje z nami komitywę. I to właśnie w nim tak pociąga. „Nie jest politykiem, jakiego byśmy chcieli mieć, ale w tym swoim cynizmie, myślimy sobie, jest tym politykiem, na jakiego zasługujemy” – rozszyfrowuje Ian Crouch magnetyczną siłę postaci i całego serialu.

Ale to tylko jedna z możliwych opowieści o polityce. Druga – wyżyłowana zarówno w naszej „Ekipie”, jak i duńskim „Rządzie” – to portret wymarzonego polityka idealnego. U nas młodego, przystojnego absolwenta amerykańskich uczelni, który – nieskalany krajowym bagnem – bezinteresownie chce się zmierzyć z rzeczywistością. Ale w końcu – siła złego na jednego. U skandynawskich sąsiadów jest to kobieta, umiarowanie lewicowa i socjalna, dzielna wańka-wstańka, która wygrywa wybory, ale traci męża, coś osiąga, ale rozpisuje nowe wybory i przegrywa je. Po dwóch latach przerwy zakłada nową partię i znów coś osiąga, ale w sposób mało efektowny. W sumie obraz polityka mniej mefistofeliczny niż w „Domku z kart”, ale na tyle pociągający, że Michael Dobbs zaoferował autorowi tego pomysłu Adamowi Price’owi wspólny „szekspirowski” serial rozgrywający się w sercu Unii Europejskiej. „Kryzys euro to materiał na wspaniały dramat – mówi Dobbs. – Co jakiś czas były momenty, w których nikt nie wiedział, co należy zrobić – koniecznie trzeba to utrwalić na ekranie”. Rzeczywiście jednak nasuwa się pytanie, czy realizatorzy serialu powinni mieć w zanadrzu jakąś polityczną teorię, czy może wystarczy jedynie soczystymi aktualiami zilustrować potoczne mniemanie, że polityka to bagno, a politycy to łajdacy lub naiwniacy, których prędzej czy później wykończy jakiś „układ”.

Anglosasi trzymają się jak najbliżej dzisiejszych realiów, lecz oparcie znajdują u starożytnych i Szekspira, gdzie gry o tron to zawsze gry o wszystko. Żadnych połowicznych sukcesów i porażek, żadnych dogrywek. Jest: albo-albo. I w tle jakiś ułomny Tyrion Lannister jako kolejny Ryszard III.

Dylematy demokraty

Kroniki królewskie Szekspira to ilustracja roli jednostki w historii. Ale Anglosasów z natury rzeczy pociągają również losy imperiów. „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego” Edwarda Gibbona od 250 lat należy do kanonu brytyjskich lektur jako podręcznik także własnej historii. Pierwszy tom ukazał się zresztą w roku amerykańskiej rewolucji (1776). Do rzymskich wzorców odwoływali się też ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych. A i dziś anglosaską kulturę masową – jak chyba żadną inną – intryguje mechanizm upadku rzymskiej republiki i powstanie cesarstwa.

Szekspirowski „Juliusz Cezar” wstrząsnął młodym Michaelem Dobbsem pół wieku temu, ale Robert Harris – pisarz niegdyś bliski laburzysty Tony’ego Blaira – teraz napisał fascynującą trylogię o zniszczeniu rzymskiej republiki: „Cycero” (2008 r.), „Spisek” (2011 r.), „Dyktator” (2016 r.).

Bohaterem jest Marek Tuliusz Cyceron, znakomity orator i adwokat, jeden z „nowych ludzi”, którzy robią w republice karierę na podstawie zdolności, a nie urodzenia. Republikańskie prawa są przestrzegane, choć Rzym jest skorumpowany i pełen intryg, a wybitni dowódcy wojskowi prą do władzy. Cycero – z przekonania republikanin – manewruje między nimi, układa się z potężnymi triumwirami, Krassusem, Pompejuszem, Cezarem. Zostaje konsulem – na krótko. Zagrożony ucieka z Italii. Wraca. Sprzyja spiskowcom, którzy chcąc uratować republikę, zamordowali Cezara. Ale w końcu sam ginie z rozkazu cesarza Oktawiana…

Trylogia Harrisa o Cyceronie to opowieść sensacyjna, ale można ją też potraktować jako „kronikę republikańską”, wyraźnie polemiczną w stosunku do serialu BBC i HBO „Rzym” z 2005 r. – przerwanego po dwóch sezonach. Tam Cycero był cynicznym graczem, podczepiającym się pod najsilniejszego z rozgrywających. Tu jest subtelnym intelektualistą, który rozpaczliwie broni historycznie przegranej sprawy.

Cycero i Cezar to w kulturze masowej postaci pozwalające zrozumieć upadek demokracji i zwycięstwo władzy totalnej. Pisząc „Juliusza Cezara” w epoce elżbietańskiej, Szekspir wolał nie zajmować stanowiska. Dlatego krytycy do dziś się spierają, czy jest to sztuka „republikańska”, pochwalająca zabójstwo tyrana, czy „monarchistyczna”, potępiająca mord. Słynna adaptacja filmowa z 1953 r., z młodym Marlonem Brando w roli Marka Antoniusza, zbiegła się ze śmiercią Stalina. I miała raczej „republikański” charakter. Podobnie też czytano w PRL pisaną w czasach stalinowskich, a wydaną w 1959 r., solidną pracę prof. Kazimierza Kumanieckiego „Cyceron i jego współcześni” – jako przypis do dylematów demokraty w świecie władzy totalnej. Z kolei „Boskiego Juliusza” (1961 r.) Jacka Bocheńskiego – jako przypis do kultu jednostki, co wywołało oburzenie kierownictwa PZPR.

Dziś z kolei mamy jakby czasy „neocezariańskie”. W Moskwie na nowego cara stylizuje się Władimir Putin. W USA całkiem serio toczą się dyskusje, na ile dynastie Kennedych, Bushów oraz Clintonów zdominowały politykę amerykańską niczym rzymscy nobilowie. Modne są także poszukiwania analogii między Cesarstwem Rzymskim a Chinami dynastii Han. Nie brak nawet domniemań – jak belgijskiego historyka Davida Engelsa – że dzisiejsza Unia Europejska weszła w podobną fazę jak Rzym w czasach Cycerona i Cezara – bezkrwawo przepoczwarza się z republiki w cesarstwo…

Jak to się ma do kampanii wyborczej Franka Underwooda i jego konfliktu z Claire? Ano tak, że polityka to rzeczywiście domek z kart… historii.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Schematy z rodzinnego domu

Małżeństwo: jak odgrywamy w nim role wyuczone jeszcze w dzieciństwie.

Agnieszka Paczkowska
04.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną