Kultura

Żywy czy martwy

VI sezon „Gry o tron”: trollowanie widzów

Jon Snow grany przez Kita Haringtona – to dalsze losy tej ważnej postaci „Gry o tron” wywołują pytania i spekulacje. Jon Snow grany przez Kita Haringtona – to dalsze losy tej ważnej postaci „Gry o tron” wywołują pytania i spekulacje. HBO
Fani nie mogą się doczekać szóstego sezonu „Gry o tron”. Drżą o los jednego z bohaterów, a ich jedyną nadzieją jest to, że producenci w ramach okrutnej akcji marketingowej od roku ich okłamują.
Doszliśmy do momentu, gdy fabuła kolejnego sezonu „Gry o tron” jest tajemnicą i nie można już po prostu udać się do księgarni, by sprawdzić, czy Jon Snow powróci.HBO Doszliśmy do momentu, gdy fabuła kolejnego sezonu „Gry o tron” jest tajemnicą i nie można już po prostu udać się do księgarni, by sprawdzić, czy Jon Snow powróci.

Artykuł w wersji audio

Brytyjski aktor Ian McShane, który w szóstym sezonie „Gry o tron” dołączył do obsady produkcji HBO, powiedział w jednym z wywiadów, że ten serial to „tylko cycki i smoki”, czym rzecz jasna wywołał małą burzę. Miał nieco racji, bo choćby natężenie golizny w produkcjach tej stacji jest takie, że utarło się powiedzonko „It’s Not Porn, It’s HBO” (To nie porno, to HBO), wywodzące się ze stylizowanego na reklamę zabawnego filmiku, który zresztą docenili szefowie stacji.

McShane pominął przy tym jednak kluczowy aspekt tożsamości „Gry o tron”: w tej opowieści nikt nie jest bezpieczny, nieważne, czy jest postacią trzecio-, drugo- czy pierwszoplanową, co niejednokrotnie było potwierdzane poprzez szokujące dla widzów uśmiercanie najważniejszych bohaterów, poczynając od granego przez Seana Beana Eddarda Starka w pierwszym sezonie. Atmosfera niepewności o losy dosłownie każdej postaci z jednej strony stała się motorem napędowym popularności serialu, gwarantując wysoki poziom emocji, z drugiej – stanowi paliwo dla żartów. Pierwszą rzeczą, jaką robi obsada po otrzymaniu scenariuszy kolejnych odcinków, jest kartkowanie, by sprawdzić, czy nie zostali uśmierceni (panie sprawdzają też, ile mają scen rozbieranych). Twórcy serialu David Benioff i D.B. Weiss specjalizują się zaś w pastwieniu się nad aktorami – podsyłają im na przykład fałszywe opisy scen, w których ich postacie giną.

Przełom piątego i szóstego sezonu stał się dla nich okazją do dręczenia widzów: niezwykle popularny Jon Snow doznał bardzo poważnych ran i obecnie jest niczym słynny kot Schrödingera, czyli jednocześnie żywy i martwy, z tą różnicą, że jego stan określi nie zajrzenie do pudełka, lecz obejrzenie pierwszego odcinka nowej serii.

Aby wyjaśnić, dlaczego akurat los Jona Snowa tak bardzo ekscytuje widzów „Gry o tron”, trzeba sięgnąć do źródła, czyli opisującego fantastyczny świat Westeros cyklu powieści „Pieśń lodu i ognia” autorstwa George’a R.R. Martina. Bo na jego podstawie HBO kręci swój serial, będący obecnie najpopularniejszą produkcją telewizyjną na świecie.

Na serię składa się dotąd pięć tomów, z czego trzy ostatnie tak obszerne, że w Polsce każdy był rozbity na dwie części. Docelowo odsłon „Pieśni…” ma być siedem. Dwie ostatnie mają już tytuły: „The Winds of Winter” oraz „A Dream of Spring”. Kiedy się ukażą? Cóż, to chyba jedyne pytanie dotyczące „Gry o tron”, które ekscytuje widzów i czytelników bardziej niż fakt, czy Jon Snow żyje i kto ostatecznie zasiądzie na Żelaznym Tronie.

Pierwszy tom serii, od którego serial zaczerpnął tytuł, ukazał się w 1996 r., ostatnia z dotychczas opublikowanych powieści „Taniec ze smokami” do sprzedaży trafiła pięć lat temu, a tymczasem jej kontynuacja „The Winds of Winter” pozostaje nieukończona. Jest więc pewien problem, bo HBO kolejne sezony „Gry o tron” emituje co roku w takim tempie, że jeden tom przekłada się na jeden sezon. Czyli emitowana w ubiegłym roku piąta seria była ostatnią, której scenariusze powstawały na podstawie opublikowanych książek.

Plan był rzecz jasna inny. Wszyscy – od twórców serialu, przez szefów HBO, po samego George’a R.R. Martina – uspokajali dotąd fanów. Czasu jest dużo, mówili, a autor ogranicza inne aktywności i koncentruje się wyłącznie na pisaniu „The Winds of Winter”. Kilka miesięcy temu Martin na swoim blogu poinformował jednak, że kolejne terminy oddania gotowego tekstu minęły, a książka wciąż nie jest skończona. „Jesteście zawiedzeni i nie jesteście w tym osamotnieni – zwracał się do swoich fanów. – Moi wydawcy są zawiedzeni, HBO jest zawiedzione, mój agent i tłumacze są zawiedzeni. Najbardziej zawiedziony jestem zaś ja”.

Tłumaczył, że choć cały czas pracuje, z postępami bywa różnie i miewa więcej dni gorszych niż lepszych. Zaznacza przy tym, że obwiniać o opóźnienia można wyłącznie jego samego, choć podkreśla również, że nie ma mowy o żadnej pisarskiej blokadzie. Poważnym problemem ma być wielka popularność pisarza, który dzięki sukcesowi serialu stał się rozpoznawalnym na całym świecie celebrytą. „Jeśli zapraszają cię do Republiki Południowej Afryki lub do Dubaju, nie jesteś w stanie odmówić” – przyznaje.

Ponieważ zaś Martin nie pisze książek w trakcie podróży czy w hotelach, na czas wyjazdów „The Winds of Winter” idą w odstawkę. Pisarz dodaje, że obecnie zatrudnia kilkoro ludzi, agentów i asystentów, których głównym zadaniem jest zapewnianie mu spokoju, niezbędnego do pracy nad tekstem. Na pytanie o datę premiery kolejnej książki odpowiada już zaś tylko formułą: będzie gotowa, gdy będzie gotowa, i nie będzie wyznaczał sobie żadnych terminów, bo te tylko go stresują.

Kłamstwo westeroskie?

Paradoksalnie jednak to, co dla Martina jest problemem i mogło okazać się nim dla HBO, przyczyniło się do olbrzymiego wzrostu zainteresowania serialem – pierwszy zwiastun szóstego sezonu w niecałe 24 godziny od premiery obejrzano na YouTube i oficjalnym profilu facebookowym serii 30 mln razy, co jest rekordem dla „Gry o tron”, ale i dla samego HBO. Jeżeli spojrzymy na ten sukces przez pryzmat ocen piątego sezonu, które były mieszane, można zaryzykować stwierdzenie, że opóźnienie premiery nowego tomu „Pieśni lodu i ognia” było najlepszym, co mogło się przydarzyć tej produkcji.

Doszliśmy do momentu, gdy fabuła kolejnego sezonu „Gry o tron” jest tajemnicą i nie można już po prostu udać się do księgarni, by sprawdzić, czy Jon Snow powróci, czy może jednak jest to koniec tego bohatera. HBO zyskało nad widzami przewagę i ochoczo ją wykorzystuje.

Powstały dwie narracje. Z jednej strony mamy samą stację i twórców serialu, a także obsadę, w tym Kita Haringtona, odtwórcę roli Snowa. Oni wszyscy od roku zgodnie powtarzają: „Jon Snow nie żyje”. W tej kwestii wypowiadał się już dyrektor programowy stacji Michael Lombardo, a śmierć Jona potwierdził też niedawno wicedyrektor programowy Michael Ellenberg. Obsadę wszyscy pytają o to przy każdej okazji, a sam Harington jest tą kwestią wręcz zadręczany. Niedawno był gościem talk-show Jonathana Rossa, gdzie poddany został swoistemu przesłuchaniu. Musiał odpowiadać na pytania: tak, nie lub nie wiem, a jego odpowiedzi oceniał Ross, który w razie podejrzenia kłamstwa uruchamiał urządzenie traktujące aktora prądem. Rzecz jasna, gdy Harington został zapytany, czy Jon Snow nie żyje, i potwierdził, że tak, został solidnie porażony.

HBO i Haringtonowi mało kto wierzy – fani są przekonani, że całe to zamieszanie wokół Snowa to bardzo przemyślana, konsekwentnie prowadzona i przede wszystkim oparta na kłamstwie kampania marketingowa. Oczywiście mają rację w tym, że twórcy serialu wykorzystują motyw trupa Jona, gdzie tylko się da. Wspomniany wcześniej zwiastun szóstej serii zaczyna się od ujęcia ciała bohatera, podczas gdy głos w tle mówi: „On odszedł”, a kończy sceną przy leżącym na podeście Snowie. Od słów „Jon Snow nie żyje” zaczyna się też opublikowany niedawno przez HBO oficjalny opis pierwszego odcinka kolejnego sezonu, a plakat promujący tę serię przedstawia wszystkich najważniejszych bohaterów jako twarze trupów.

Mimo wszystkich tych zapewnień i deklaracji fani wiedzą swoje. Snują różne teorie i doszukują się luk oraz ukrytych sensów w każdej wypowiedzi, analizują każde nielegalnie zrobione zdjęcie z planu, śledzą też Haringtona, żeby sprawdzić, ile czasu spędza na planie serialu. I mają wiele argumentów za tym, że stacja od roku karmi ich kłamstwami.

Przede wszystkim należy zacząć od tego, że w „Pieśni lodu i ognia” śmierć niekoniecznie oznacza koniec. Wprawdzie wskrzeszanie nie jest czymś powszechnym, jednak niektóre postacie posiadają taką moc. Są nimi kapłani i kapłanki tak zwanego Czerwonego Boga – jeden z nich, Thoros z Mir, dokonał już takiego cudu, widzowie i czytelnicy wierzą więc, że zdolna jest do niego również Melisandre, czyli tak zwana Czerwona Kobieta, która aktualnie przebywa w Czarnym Zamku wraz z trupem Jona Snowa. Tytuł pierwszego odcinka szóstego sezonu „The Red Woman” zdaje się wyraźnie sugerować, iż dokona ona w nim czegoś niezwykle istotnego.

Dziwne jest też zachowanie samego aktora. Wyjątkowo często widywany jest w Belfaście, który stanowi bazę wypadową dla ekipy kręcącej „Grę o tron” w Irlandii Północnej. Na planie spędził dwa miesiące, fani wykonali zdjęcia, na których z dużym prawdopodobieństwem rozpoznają właśnie Jona Snowa w ogniu bitwy – tymczasem Harington twierdzi, że przez osiem tygodni grał trupa, cały czas leżąc.

Nie bez znaczenia zdaniem miłośników serialu oraz „Pieśni lodu i ognia” jest także fakt, że Kit Harington nie ściął włosów. O co chodzi? Otóż Jon Snow ma pokaźną czuprynę, na którą aktor często narzekał, bo ograniczała go, jeżeli chodzi choćby o wybór ról, jako że nie mógł jej ścinać. Dziwią też słowa Haringtona: „W zeszłym roku miałem sporo wolnego czasu. Odpoczywałem, a dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że warto znów zacząć nad czymś pracować”. Gwiazdor „Gry o tron” nowych ról raczej wygląda, niż unika. W wywiadzie, który przeprowadzałem z nim przed premierą piątego sezonu, wyliczał kolejne projekty i sprawiał wrażenie kogoś, kto chce wykorzystać swoje pięć minut i pracować, co kłóci się z deklaracją, że przez ostatni rok w zasadzie leniuchował.

Ukoronowaniem teorii spiskowych jest fakt, że w tym roku media nie zobaczą nowych odcinków przed premierą. Z jednej strony wiąże się to z pewnością z zeszłorocznym głośnym wyciekiem do sieci pierwszych epizodów poprzedniej serii, z drugiej jednak, jeżeli HBO rzeczywiście wciska nam kit w sprawie Snowa, to takie zagranie byłoby im bardzo na rękę.

Trollowanie widzów

Prawdę poznamy 25 kwietnia. Odpowiedź na pytanie, czy Jon Snow powróci, nie jest tu jednak najistotniejsza – tak naprawdę chodzi o samą grę HBO z widzami. Jeżeli Snow żyje, okaże się, że stacja kłamała (co nie jest zarzutem, ale będzie wskazówką na przyszłość). Jeżeli nie żyje, to wprawdzie producenci mówili prawdę, ale świadomie podsycali wątpliwości i używali trupa w akcji promocyjnej. Tak czy siak, telewizja weszła z nami w grę, w języku internautów: trollowała nas.

To nowy rodzaj interakcji, ale przykłady da się znaleźć. Kanał AMC niedawno zrobił coś podobnego w serialu „The Walking Dead”: w finale jednego z odcinków pokazano nam śmierć pewnego bohatera, którego tytułowe żywe trupy rozrywały na kawałki i pożerały. Gdzie kłamstwo? Okazało się, że kamerę w tej scenie ustawiono pod takim kątem, by zmylić nas, że rozrywane ciało należy do wspomnianego bohatera. I tu część widzów szybko zwęszyła podstęp, stacja nabrała wody w usta, a internet huczał od rewelacji i kolejnych analiz zdjęć. Różnica była taka, że w „The Walking Dead” na odpowiedź nie czekaliśmy rok, tylko do następnego odcinka tego samego sezonu.

To dwa przykłady nowej ścieżki, którą kroczą twórcy, uwzględniając reakcje widzów. Weźmy choćby zwiastuny wyczekiwanych filmów – sporo scen w pierwszych trailerach trafia tam tylko po to, by później stać się obiektem analizy – klatka po klatce – przez internetowych ekspertów, którzy następnie będą generować artykuły i newsy ze swoimi teoriami, gwarantując szum wokół produkcji. Przykład? Niedawno zaprezentowany zwiastun filmu „Łotr Jeden. Gwiezdne wojny – historie”, gdzie lwia część materiału to tajemnicze ujęcia różnych postaci, które teraz miliony gwiezdnowojennych fanów na całym świecie próbują zidentyfikować.

Szósty sezon „Gry o tron” to jednak nie tylko wyjątkowa i odważna kampania marketingowa. To przełom. Oto będący adaptacją „Pieśni lodu i ognia” serial wyprzedzi cykl książkowy, na podstawie którego jest kręcony, czego efektem będzie powstanie dwóch alternatywnych opowieści o Westeros i jego mieszkańcach – wprawdzie telewizja wie, jak Martin planuje skończyć całą historię, ale bez książek nie zna dokładnej ścieżki, dlatego będzie musiała ją wymyślać na własną rękę. David Benioff mówi otwarcie, że gdy już dostaniemy książkę „The Winds of Winter”, będziemy zaskoczeni tym, jak bardzo różnić się ona będzie od serialu. Martin z kolei zapowiedział, że w kolejnym tomie znajdzie się szokująca scena z postaciami, które w serialu są już martwe (bo z każdym sezonem gromadziły się kolejne różnice), z pewnością więc HBO nie będzie mogło nam jej wcześniej pokazać.

Może więc Jon Snow już zawsze pozostanie niczym kot Schrödingera: żywy i martwy jednocześnie? Bo przecież może się jeszcze okazać, że choć pod koniec kwietnia poznamy odpowiedź na pytanie o jego los, „The Winds of Winter” pójdzie w inną stronę.

Polityka 17.2016 (3056) z dnia 19.04.2016; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Żywy czy martwy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Patrycja Bereznowska: do biegania same nogi nie wystarczą

Patrycja Bereznowska przebiegła przez piekło. Zajęła drugie miejsce na świecie.

Juliusz Ćwieluch
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną