Kultura

Jak uciekać, to do Paryża

Kawiarnia literacka

Kilka lat temu uczestniczyłam w przyjęciu porozwodowym koleżanki.

Był szampan, kwiaty, tort i korona dla dawnej mężatki. Była to jedna z weselszych imprez, na jakich kiedykolwiek byłam. Ale miałam w związku z tym wyrzuty sumienia. Cieszyłam się odzyskaną wolnością koleżanki, która przez wiele miesięcy próbowała skończyć toksyczny związek, ale czułam również pewnego rodzaju niestosowność mojej radości. Zostałam wychowana w kulcie rodziny, paradoksalnie wzmocnionym rozwodem moich rodziców. Na dobre i na złe, ble, ble, podstawowa komórka społeczna, do grobowej deski. Wszelkie rozstania traktowałam jako porażkę i koniec świata. Nie wyszło, o rany, co za tragedia. A tu taka frywolność przy rozwodzie.

Echa tych wyrzutów sumienia odezwały się ostatnio przy lekturze dwóch książek, zaskakująco do siebie podobnych pod względem losów głównych bohaterek: obie po rozstaniu przeprowadzają się do Paryża. Dlaczego tam? Przecież to miasto miłości, walentynkowy last minute, serduszkowy romantyzm szeptanego je t’aime. A tu masochistyczna ucieczka od nieudanej przeszłości.

Pierwsza książka to „Rozwiązek”. Ukazała się pod koniec lat 60. XX w. (w Polsce pod koniec zeszłego roku). Tydzień po premierze autorka powieści Susan Taubes popełniła samobójstwo, rzucając się do Atlantyku. Odnajdziemy zapowiedź tego desperackiego czynu w samej książce. Przyjaciółka autorki Susan Sontag napisała po śmierci Taubes: „Co zostało po Susan? Powieść, której nikt nie czyta, i manuskrypt o Simone Weil, który trzymam w szafce w Nowym Jorku (nieczytany), o którego istnieniu nikt nie ma pojęcia”. Tak to jest: są książki, które od pierwszego zdania magnetyzują. Wydaje ci się, że każde zdanie jest o tobie i tobie przeznaczone. Krytyka literacka jest bezradna – to związek ponad logiką i uczonymi przypisami. Literatura wpada prosto do serca i można jęknąć tylko w takiej sytuacji: „Jakie to dobre!”. Tak było i ze mną.

Bohaterka „Rozwiązku” ocenia siebie i otoczenie dość surowo. Na przykład o jednej z córek Sophie myśli: „Naturalny talent do bycia bezużyteczną”. Nie ma tu miejsca na egzaltację. Zdania powieści chwilami biegną, aby w kluczowych scenach zwolnić, wręcz zastopować. Trzeba mieć nie lada talent, aby tak zgrabnie prowadzić opowieść i tak elektryzować. Smutna to opowieść, gdzieś w jej tle Kalina Jędrusik mogłaby nucić „Ratunku, na pomoc ginącej miłości”. Bo Sophie odchodzi od męża, z którym nigdy nie łączyła jej namiętna miłość. Jest przy tym zdeterminowana, aby ułożyć sobie życie, a nie tylko stać się rozwódką z bagażem doświadczeń: „Rozwieść się. Znaleźć szkołę dla dzieci. Dopilnować transportu do Paryża. Ma do napisania pięć artykułów. Umowę na nową książkę”. Chce mieć każdą dziedzinę życia wyprasowaną w kancik: poukładane życie uczuciowe i odklejenie się od despotycznego i rozchwianego emocjonalnie męża. Pracę intelektualną, której poświęca dostatecznie dużo czasu. I jeszcze nakarmione, czyste i wykształcone dzieci. Coś wam to przypomina? A przecież książka powstała pod koniec lat 60. Sophie pyta samą siebie, czy jest mniej samotna, niż była z mężem, czy też tęskni po prostu do swojego starego nieszczęścia. Ono przynajmniej było oswojone, przewidywalne.

Podobnie jest z bohaterką drugiej książki. „Poleciały w kosmos” napisała Ida Linde, którą znamy w Polsce za sprawą jej poprzedniej książki „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym”. W tamtej było o stracie ukochanego dziadka, a najnowsza opowieść dotyczy rozstania dwóch (kiedyś) kochających się osób. Nie uwierzycie, gdzie Eleonore wyjeżdża z córkami, aby zacząć nowe życie: też do Paryża. Myślę, że mogłaby spotkać się z Sophie, bohaterką Taubes. Łączy je podobna wrażliwość i zagubienie. W czym tak się gubią? W swoich pragnieniach: chcą znaleźć mężczyznę, ale chyba bardziej lubią być same. Chcą kochać swoje dzieci, ale nazbyt często stoją w oknie i ze smutkiem palą papierosy i piją wino. Dwie kobiety w kryzysie walczące o swoje szczęście.

Dodaję jeszcze jednego mężczyznę – Stanisława Wokulskiego, który uciekał od miłości do Izabeli Łęckiej. Gdzie uciekał? Wiadomo. Aby ukoić swoje zranione serce, stał się flaneurem, niespiesznym przechodniem przechadzającym się po ulicach. Obserwował architekturę, przypominając sobie swój bezsensowny zakup kamienicy, patrzył w oczy ludzi ruchliwego miasta. „Ten Paryż wygląda, jakby wszyscy mieszkańcy czuli potrzebę komunikowania się jeżeli nie w kawiarniach, to za pomocą ganków”, konstatował Wokulski. Trochę go to drażniło, szukał samotności, a wszystko wokół „wre i kipi, i szumi i pryska”. Chodząc po placach i zaułkach, poczuł, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Jest anonimowy: „Po jednogodzinnym pobycie na ulicy stał się zwyczajną kroplą paryskiego oceanu”. Może właśnie tak czuły się również Sophie i Eleonore? Co daje taka samotność w tłumie? Bezkarność, samowystarczalność, wolność. Cokolwiek zrobimy, zrobimy to dla siebie. Będziemy odpowiedzialni za to, czy przekąsimy coś w kafejce na rogu, czy zasiądziemy w restauracji. To my zdecydujemy, czy przejdziemy wzdłuż kramów nad Sekwaną, czy raczej pójdziemy na spacer do jednego z rozległych ogrodów. Wolność tymczasowa i pozorna? Pewnie tak. Ale podejrzewam, że dla poranionych życiem ludzi to jednak znaczy wiele.

Myślę sobie o mojej koleżance. Po latach urwał nam się kontakt, ale pamiętam ją roześmianą w czasie Rozwód Party. Tamten wieczór brzmiał jak hit Zaz z fragmentem: „Nie ma kłopotów w Paryżu, kłopoty – odejdźcie”.

***

Sylwia Chutnik – autorka powieści (m.in. „Kieszonkowego atlasu kobiet” – Paszport POLITYKI 2008, nominacja do Nike). Szefowa Fundacji MaMa, felietonistka i przewodniczka miejska po Warszawie. Laureatka Społecznego Nobla Ashoki.

Polityka 24.2016 (3063) z dnia 07.06.2016; Kultura; s. 87
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak uciekać, to do Paryża"
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Rozmowa – klucz do udanego związku

Czego człowiek powinien się dowiedzieć o najbliższej mu osobie.

Ewa Wilk
25.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną