Czy Polacy nie potrzebują już kultury wysokiej

Pedagogika bezwstydu, czyli czas dla mas
Antropolog kulturowy prof. Waldemar Kuligowski o społeczeństwach wstydu i strachu oraz o tym, jak i kto przejmuje kulturę.
„Pedagogika bezwstydu jawnie dzisiaj mówi, że możesz zachwycać się tym, co wcześniej było wypierane. Dodą, disco polo, sitcomem w telewizji”.
Michael Zemanek/EAST NEWS

„Pedagogika bezwstydu jawnie dzisiaj mówi, że możesz zachwycać się tym, co wcześniej było wypierane. Dodą, disco polo, sitcomem w telewizji”.

Rekonstrukcja historyczna lądowania aliantów na plaży Omaha w Normandii w ramach kilkudniowej imprezy „D-Day Hell”, sierpień 2011 r.
Łukasz Głowala/Forum

Rekonstrukcja historyczna lądowania aliantów na plaży Omaha w Normandii w ramach kilkudniowej imprezy „D-Day Hell”, sierpień 2011 r.

Waldemar Kuligowski
Tadeusz Późniak/Polityka

Waldemar Kuligowski

Mirosław Pęczak: – W czasie debaty na ostatnich Ogrodach POLITYKI w Elblągu użył pan terminu „pedagogika bezwstydu”. Czego dotyczy?
Waldemar Kuligowski: – To termin, który odnosi się do takiego ukrytego, ale systematycznie realizowanego przez dzisiejsze polskie władze projektu społecznego i politycznego. Projekt ten wpisuje się w inne pedagogiki z przeszłości, przy czym bardzo znamienne są słowa, które prominentni przedstawiciele władzy wypowiadali zaraz po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Pierwsza wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego po wygranych wyborach brzmiała tak: już nigdy nie będziemy się wstydzić. A zaraz potem premier Szydło powiedziała, że Polacy to dumny naród. Opierając się choćby na tych dwóch wypowiedziach, można wnioskować, że mamy do czynienia z czymś takim jak „pedagogika bezwstydu i honoru”.

„Pedagogika bezwstydu” staje się dyrektywą polityczną współczesnego populizmu. W Ameryce Donald Trump, we Francji Marine Le Pen, a w Polsce Jarosław Kaczyński i jego podwładni przekonują, że elity nie mają prawa do pouczania zwykłych ludzi.
Rzeczywiście, tak to wygląda i przez część ludzi może być odbierane jako uwolnienie tego, co wcześniej było ukryte z powodu wstydu właśnie. Wstydź się, Polaku, że jesteś homo sovieticus albo że jesteś dewotem słuchającym Radia Maryja, albo prostakiem kochającym disco polo. Dzisiaj te „wstydliwe” postawy i przymioty triumfalnie wyszły na jaw i współtworzą kulturę głównego nurtu. Czy to jest trend charakterystyczny dla całego świata demokratycznego? Chyba niestety tak, chociaż w Polsce ma on bardzo specyficzny przebieg.

Otóż po 1945 r. Polacy doświadczyli dwóch wielkich lekcji „pedagogiki wstydu”. Pierwsza przypadła na okres instalowania się w Polsce nowego ustroju. Pozytywnym układem odniesienia był Związek Radziecki, a negatywnym „zgniły” Zachód. I ta wczesnopeerelowska pedagogika miała oczywiście swój rewers w postaci ogromnego awansu społecznego milionów ludzi. Tych, którzy przenosili się ze wsi do miast, a przypomnijmy, że wtedy wieś nie kojarzyła się z agroturystyką, ale z zacofaniem, biedą i analfabetyzmem. Awans cywilizacyjny oznaczał zdobycie wykształcenia i wyjście z zacofania i biedy. I powodem wstydu było właśnie to zacofanie, a przy okazji też charakterystyczny dla polskiej wsi chłopski konserwatyzm.

Drugą pedagogiką wstydu była ta, która pojawiła się u progu transformacji po 1989 r. Wtedy bieguny wartości uległy przesunięciu. Tym, do czego dążyliśmy, był Zachód, Europa, a tym, od czego chcieliśmy odejść – dawny blok wschodni i przestrzenie zamieszkiwane przez homo sovieticus. Jak widać, uprawiana przez rząd i elity „pedagogika wstydu” to nic nowego, chociaż ta nowa jest jednak specyficzna.

Wstyd jest popularnym narzędziem pedagogicznym i wychowawczym. Semiotycy wprowadzili kiedyś podział na kultury wstydu i kultury strachu. Jeśli stosuje się „pedagogikę bezwstydu”, to chyba musi ją wzmacniać strach?
Tak. Dotąd przyjmowaliśmy, że ustrój i społeczeństwo rządzone przez strach to charakterystyczne elementy rzeczywistości PRL. Jak się zdaje, teraz do tego wracamy i ja zgadzam się z tymi komentatorami, którzy zwracają uwagę, że w dużej części to, co robi i jak to robi partia rządząca, jest powrotem – owszem, osobliwym i dziwacznym – do PRL. Zgadzam się z tezą, wedle której głowa Jarosława Kaczyńskiego jest wciąż w PRL i że jego partia chętnie sięgałaby do narzędzi strachu, a nie tylko zawstydzania. Wstyd w wielu wypadkach będzie zastępowany i uzupełniany przez strach, przez różne formy zastraszania, jakoś tam mieszczące się w granicach prawa. Weźmy choćby taką możliwość prawną jak ta, że wszyscy mogą być podsłuchiwani. Dla naszego bezpieczeństwa, rzecz jasna.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną