Coraz więcej filmów o muzyce lat 70.

Napór po burzy
Na małym ekranie cała seria opowieści o muzycznej scenie lat 70. Jeśli nawet rozczarowują w warstwie fabularnej, to ich siłą są prawdziwe historie.
„The Get Down” – serialowa opowieść o prapoczątkach hip-hopu.
David Lee/Netflix

„The Get Down” – serialowa opowieść o prapoczątkach hip-hopu.

Kadr z serialu „Vinyl”
HBO

Kadr z serialu „Vinyl”

„Roadies” – historia ludzi ze scenicznego zaplecza
Mark Seliger/Katie Yu/Showtime

„Roadies” – historia ludzi ze scenicznego zaplecza

Dlaczego filmy o gwiazdach muzyki są tak nieudane? – zastanawia się w nowej książce o zmarłym w tym roku Davidzie Bowiem dziennikarz „Rolling Stone’a” Rob Sheffield. I zaraz udziela odpowiedzi na to pytanie: „Bo żaden aktor nie jest wystarczająco cool, żeby zagrać taką rolę”. Według niego Bowie-muzyk obrósł w legendę, której nie potrafiłby oddać nawet Bowie-aktor.

Być może zdali sobie z tego sprawę również twórcy filmowi, bo przeżywamy sezon seriali o świecie muzyki, które nie do końca są opowieściami o muzykach. Wyprodukowały je największe amerykańskie sieci, w dwóch przypadkach za astronomiczne budżety powyżej 100 mln dol. W lutym premierę miał „Vinyl” (HBO), nakręcony pod okiem Martina Scorsese, Micka Jaggera i zasłużonego twórcy seriali Terence’a Wintera – rzecz o przemyśle nagraniowym pierwszej połowy lat 70. Z wielkimi wykonawcami w tle, ale nigdy na pierwszym planie. Koncert Led Zeppelin obserwujemy tu z zaplecza, Bowie i John Lennon pojawiają się w epizodach.

W czerwcu wszedł z kolei serial Camerona Crowe’a, niegdyś dziennikarza, a potem autora świetnego rockowego filmu „U progu sławy”. Zatytułowany „Roadies” (produkcja: Showtime), opowiada historię ludzi ze scenicznego zaplecza, „technicznych” pracujących przy wielkiej trasie koncertowej. Grają na niej zmyślone sławy rocka, zespół Stanton-House Band, który jednak prawie nie pojawia się w kadrze.

Najnowsza premiera to „The Get Down”, serial o prapoczątkach hip-hopu stworzony (dla Netflixa) pod okiem Baza Luhrmanna, twórcy m.in. „Moulin Rouge!”. I ten konsultowali nestorzy gatunku, m.in. Grandmaster Flash czy Kurtis Blow. Ale to nie tyle historia o gwiazdach, ile o czasach, podobnie jak „Vinyl” wracająca do lat 70. O muzyce, mieście i micie.

Na skradzionych gramofonach

Czasy były wyjątkowe pod każdym względem. Lato 1977 r. w Nowym Jorku pokazane w „The Get Down” – rekordowo gorące. Po upałach przyszła gwałtowna burza, piorun uderzył w stację transformatorową i doszło do wielogodzinnego blackoutu, a to z kolei doprowadziło do rekordowej fali przestępstw. Były zabójstwa, ataki z bronią i akty wandalizmu, a przede wszystkim masowe kradzieże towarów w sklepach (których obrabowano – jak podała nowojorska policja – 1616). Bronx, który i przedtem uważano za zniszczony i opanowany przez gangi, staje się na moment jeszcze gorszy. Ale – jak pisze Will Hermes w książce poświęconej muzyce w tym mieście – „Czasem najgorsze sytuacje przynoszą to, co najpiękniejsze i doprowadzają do głębokiej zmiany”. W tym wypadku do zmiany doprowadziła nagła dostępność gramofonów i mikserów, które jeszcze poprzedniego dnia były poza sferą marzeń miejscowej młodzieży, a teraz zniknęły z rozbitych witryn. Tu twórcy serialu nie zmyślają ani trochę: w długą, ciemną noc liczba ekip młodocianych didżejów zwiększyła się kilkakrotnie.

Legendę początków hip-hopu opowiadano parokrotnie w książkach, trzy lata temu także w uhonorowanym nagrodą Eisnera komiksie „The Hip-Hop Family Tree” Eda Piskora. Teraz dostajemy ją w dwóch odsłonach. W „Vinylu” Richie Finestra próbujący ocalić swoją wytwórnię płytową American Century przejeżdża przez Bronx (jest 1973 r.) i zostaje świadkiem jednej z pierwszych imprez, jakie organizuje tu DJ Kool Herc. Dryblas i zapalony tancerz, który wpadł na rewolucyjny pomysł, by z różnorodnej kolekcji płyt ojca wykorzystywać tylko fragmenty instrumentalne – tzw. breaki – zapętlając je wyćwiczonym gestem, do wykonania którego potrzebny był drugi gramofon i drugi egzemplarz płyty. A to już punkt wyjścia dla nowego gatunku.

Ta przełomowa impreza, na której zaprezentował swoje umiejętności, miała się odbyć właśnie w sierpniu 1973 r. w Bronksie, w ogólnodostępnej świetlicy niepozornego bloku pod adresem 1520 Sedgwick Avenue (dziś pielgrzymują tam fani gatunku). Młodsza siostra Herca chciała zorganizować prywatkę, żeby zebrać pieniądze na ciuchy na nowy rok szkolny. Zapłacili za wynajem sali, rozstawili sprzęt, kupili napoje i sprzedawali bilety wstępu. Niemały zysk – rzędu 300–400 dol. – to pierwsze pieniądze, jakie ktokolwiek zarobił na hip-hopie. Finestra z serialu Scorsesego wydaje się zaintrygowany odkryciem, ale w Bronksie jest tylko niemile widzianym białym intruzem. To nie jego interes.

W „The Get Down” spotykamy Kool Herca pod tym samym adresem, ciągle w otoczeniu rodziny, ale sama idea blokowej prywatki została tu wykorzystana, by pokazać głównych bohaterów serialu – grupę młodzieży marzącej o oderwaniu się od ponurej rzeczywistości i zbierającej pieniądze na sprzęt do grania. W końcu i tak będą go musieli ukraść z pobliskiego klubu disco. Oba muzyczne nurty koegzystują tu ze sobą, a łączy je właśnie przestępczość, przemoc i wszechobecne gangi. Szef prawdziwego klubu Disco Fever w Bronksie wspominał kiedyś, że między 1977 a 1985 r. miał w klubie trzy morderstwa, ale obok były miejsca, gdzie notowano jedną ofiarę śmiertelną tygodniowo.

W serialu Luhrmanna grzechy pierworodne hip-hopu niby widać, ale przykrywają je cukierkowy obraz miłości, kolorowe ubrania i graffiti na pociągach metra. Wszystko wygląda nieco zbyt idealistycznie, choć jako kronika początków hip-hopu trzyma się faktów. A twórcy współczesnych seriali szukają w latach 70. właśnie źródła zjawisk dominujących w muzyce dziś. Na podobnej zasadzie Scorsese każe swojemu bohaterowi trafić na koncert protopunkowej grupy The New York Dolls w zawalającym się przy tej okazji (dosłownie!) nowojorskim klubie. A potem podpisać kontrakt z młodymi i niegrzecznymi The Nasty Bits grającymi podobną muzykę. Co widzimy? Początki tego, co dziś owocuje tysiącami nawiązujących do punk rocka zespołów – tyle że bardziej sterylnych, grzecznych, wracających do domu po to, żeby komunikować się z fanami przez internet, a nie by – jak Kip Stevens z The Nasty Bits (grany przez syna Jaggera) – dożylnie zaaplikować sobie heroinę. Richard Hell z Television, historyczny wzór Stevensa, nazwał tę ekranową historię „nudą i nieszkodliwym śmieciem”, ale zastrzegł, że to jego opinia. Bo coś zajmującego w tej fali powrotów do przeszłości musi być.

Nieznana historia muzyki

Opowiadać dziś o przemyśle płytowym, to jak otwierać przed nowym pokoleniem nieznaną historię. Od kilkunastu lat ten biznes przeżywa potworny kryzys, może się wydawać poczciwy i nieporadny, ale w latach 70. notował olbrzymie sukcesy. Jeśli można było wtedy mówić o upadku, to najwyżej moralnym. A to ulubiony temat Scorsesego. Szefowie wytwórni są u niego panami życia, na równi z gwiazdami. Biorą razem narkotyki i uczestniczą w orgiach u magnata radiowego. W biurze wytwórni nic nikogo nie dziwi: cały dzień przeklina się tu w głos i rzuca niewybredne żarty, pali się cygara, pije whisky, słucha muzyki, a do tego zażywa narkotyki (sekretarki pełnią rolę dilerek) lub uprawia seks (czy wspominałem o sekretarkach?). Gdzieś się to wszystko zgubiło we współczesnych korporacjach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną