Kawiarnia literacka

Jak cisnąć na konsolce
Wielokrotnie słyszałem, że gry wideo to wrogowie książek, kto grywa, ten nie będzie czytał. Zapewne jest w tym trochę racji.

Mój dziewięcioletni syn grałby nawet przez sen, mówi też, że gdy dorośnie, będzie taki jak ja, z jednym tylko wyjątkiem: zamiast pisania zajmie się tworzeniem gier komputerowych.

Julek ma do dyspozycji smartfona, PSVitę, laptopa oraz zdewastowany tablet, ponadto gdy się widujemy, może korzystać z dwóch konsol podpiętych do telewizora. Jego szczęsny los porównuję ze swoim, upatrując w nim awans pokoleniowy. 30 lat temu komputer był dla mnie nieosiągalnym marzeniem. Cisnąłem w ruskie gry elektroniczne (słynny wilk łapiący jajka niezbyt mi się podobał, wolałem tę o podwodnym działku strzelającym do przepływających statków) i zachodziłem do bud z automatami, na które, niezbyt mądrze, wołaliśmy flippery. Marne kieszonkowe przepuszczałem na „Commando”, „Asteroids” i wiele innych, których nazw nawet nie pamiętam. Najmocniej osiadła we mnie taka o rycerzyku z mieczem. Rycerzyk wędrował między zamkami, tłukł przeciwników, zmierzając do zielonego smoka, którego musiał pokonać. Jeśli któryś z czytelników pamięta jej nazwę, byłoby miło, gdyby się zechciał nią podzielić.

Flippery, prócz dostarczania rozrywki, pełniły funkcję kształcącą. To tam właśnie po raz pierwszy w życiu usłyszałem słowo „ch...” (tego samego dnia poleciałem do mamy z pytaniem, cóż ono może znaczyć) i zacząłem się troszczyć o własny dobytek. Gra na automacie angażowała obie dłonie, co inne chłopaki wykorzystywały do przeczyszczenia mi kieszeni.

W ogólniaku dostałem amigę, z początkiem studiów kupiłem pierwszego peceta i grałem jeszcze trochę. Z kumplami maniakalnie przechodziłem „Diablo” i „Dungeon Keeper”, a potem porzuciłem granie, dryfując w stronę dorosłości urojonej.

Gry nie były jedyną ucieczką od życia. Taką też rolę pełniły książki, z których nie zrezygnowałem nawet w pierwszych tygodniach od otrzymania amigi. Ojciec podrzucał mi czasem coś z wyższej półki – Tomasza Manna, Romaina Gary’ego, Trumana Capote’a – lecz żer mój codzienny stanowiły powieści fantastyczne i sensacyjne. Ubóstwiałem Kena Folletta, Stephena Kinga i tym podobnych, a kiedy zabrałem się za własne pisanie, postanowiłem powędrować śladami mistrzów ze szczytów list bestsellerów. Powiem więcej: wierzyłem w misję dobrze skrojonej literatury popularnej, dostrzegając w niej – nie bez racji – wehikuł treści wyższych w atrakcyjnym opakowaniu.

Te wpływy wyraźnie wybrzmiewają w moich wcześniejszych powieściach. Pełno tam demonów, pościgów i wybuchów zwieńczonych gigantycznym kataklizmem. Obiecałem sobie nawet, że każdą moją książkę zamknie koniec świata. Nie wypieram się ich, więcej nawet – udały mi się wszystkie, bez wyjątku. Żadnej, nawet dzisiaj, nie mógłbym napisać lepiej.

A potem kupiłem sobie konsolę i zweryfikowałem swój zamysł twórczy.

Nowoczesne gry są tak piękne i ekscytujące, że odbierają literaturze popularnej sens istnienia. Prócz wizualnych fajerwerków oferują opowieść o podobnej złożoności co, na przykład, dzieła Alistaira McLeana, wzbogacone jednak o czynnik bezcenny: możliwość uczestniczenia. Po jaką cholerę mam wracać do „Dział Navarony”, skoro, grając w „Call of Duty”, sam wskakuję w żołnierski but? Dysponując „The Last of Us” czy „Until Dawn”, nie potrzebuję już Stephena Kinga, a seria „Dark Souls” uwolniła domową bibliotekę od ciężaru książek fantasy. To samo dotyczy thrillerów, kryminałów, powieści awanturniczych, marynistycznych i tym podobnych. Dziwię się wszystkim, którzy je czytają, skoro przecież mogą pograć.

Są jednak sprawy, na które gry pozostają ślepe, podobnie jak kino, komiks i reszta młodszego rodzeństwa słowa pisanego. Mam na myśli rozmowę Priama i Achillesa nad truchłem Hektora, Tomka Sawyera malującego płot i opis bójki na zabawie w „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego, a także kazanie feldkurata Katza u Haška i bezlitosną wiwisekcję depresji w opowiadaniu Davida Fostera Wallace’a. Mógłbym tak wyliczać w nieskończoność, gdyż wór dobrych książek zdaje się nie mieć końca. Myślę, że to, co próbuję napisać, staje się jasne: rolą literatury jest dawanie wyrazu subtelnościom, jest dedykowana stanom ulotnym, mżawkom i babim latom na zewnątrz, jak i wewnątrz człowieka.

Po tej konstatacji jakieś cztery lata temu postanowiłem porzucić literaturę popularną na rzecz literatury pięknej lub – jeszcze lepiej – bezprzymiotnikowej. Ta zmiana postawy twórczej nie dokonała się, ponieważ nagle zmądrzałem, nie kuszą mnie też żadne nowe trony do zdobycia, nikomu też niczego nie będę udowadniał.

Konsola nauczyła mnie, że sens ma wyłącznie literatura poważna, choć i konsoli powagi nie brakuje.

***

Łukasz Orbitowski – pisarz. Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie kilkanaście powieści, m.in. „Tracę ciepło”, „Święty Wrocław”, „Szczęśliwą ziemię” – za którą był nominowany do Paszportu POLITYKI, oraz „Inną duszę”, za którą otrzymał Paszport POLITYKI w 2016 r. Mieszka w Warszawie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną