Ryszard Bugajski o swoim najnowszym filmie „Zaćma”

Zbrodnia bez rozliczenia
Rozmowa z reżyserem Ryszardem Bugajskim, autorem filmu „Zaćma”, o stalinowskiej zbrodniarce Julii Brystygierowej.
Kadr z filmu Zaćma”, w reż. Ryszarda Bugajskiego
Kino Świat

Kadr z filmu Zaćma”, w reż. Ryszarda Bugajskiego

Kadr z filmu Zaćma”, w reż. Ryszarda Bugajskiego
Jacek Drygała/materiały prasowe

Kadr z filmu Zaćma”, w reż. Ryszarda Bugajskiego

Ryszard Bugajski
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Ryszard Bugajski

Janusz Wróblewski: – Dlaczego autor „Przesłuchania”, „Generała Nila”, „Śmierci rotmistrza Pileckiego”, a więc filmów o ofiarach stalinowskich represji, bierze się za opowieść o Julii Brystygierowej, szefowej jednego z departamentów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, za którą ciągnie się legenda jednej z najokrutniejszych oprawczyń tamtego czasu?
Ryszard Bugajski: – Zbrodnia ma przeważnie dwójkę uczestników. Kata i ofiarę. Już przy „Przesłuchaniu” byłem przez niektórych atakowany za to, że uczłowieczam sprawców, pokazuję ich jak ludzi. Porucznik Morawski grany przez Adama Ferencego strzela sobie w głowę, ma skrupuły. A wedle moich oponentów należało pokazać, że to zezwierzęceni, bezrefleksyjni sadyści. Takie podejście się nie sprawdza. Jeżeli portretujemy życie – a ja należę do realistów w kinie, wszystkie moje historie są oparte na jakichś prawdziwych wydarzeniach – to wszelkie uproszczenia są zabójcze. Sztuka wymaga złożoności, odcieni, szarości, najprzeróżniejszych kontrastów.

Brystygierowa skazująca byłych akowców na śmierć, a potem nawrócona katoliczka, wydaje się uosobieniem sprzeczności.
Sprostujmy: nigdy nie była ani sędzią, ani prokuratorem, nikogo nie mogła więc sądzić i skazywać. Owszem, prowadziła śledztwa, przesłuchiwała aresztowanych, doprowadzała ich przed sądy, w wyniku czego niektórych skazywano na śmierć, np. Bolesława Szafarzyńskiego, szefa propagandy PSL w województwie olsztyńskim. Była Żydówką urodzoną w zasymilowanej nieortodoksyjnej rodzinie w galicyjskim Stryju. Z domu Prajs. Ojciec farmaceuta, właściciel apteki. Mąż – Natan Brystiger, doktor filozofii, syjonista. Ale ją syjonizm niespecjalnie interesował. Zbuntowana, wyczulona na wyzysk i nędzę, przeciwna nierównemu traktowaniu, skończyła jeden z najlepszych przedwojennych uniwersytetów – we Lwowie. Studiowała filozofię i historię.

Rewolucjonistka z natury, marzyła o budowie nowego, lepszego świata. Działała w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, agitowała na terenie Borysławsko-Drohobyckiego Zagłębia Naftowego. W czasie drugiej wojny była funkcjonariuszką sowieckiego NKWD, potem polskiego Urzędu Bezpieczeństwa. W latach 60., już na emeryturze, przeżyła coś w rodzaju transformacji religijnej. Podobno przyjęła chrzest, ale nie wiadomo tego na pewno. Ostatnie lata spędziła w Laskach, gdzie – możemy przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa – otrzymała jakieś rozgrzeszenie. Wspomina o tym w filmie dokumentalnym „Świat Luny” Włodzimierz Sokorski, z którym Brystygierowa się przyjaźniła.

Od buntu do zabijania. Dlaczego u niej układało się to w konsekwentną całość?

Trzeba na to spojrzeć szerzej. Niektórzy absolwenci Sorbony, jak Pol Pot, również buntowali się przeciwko niesprawiedliwości społecznej i amerykańskiemu imperializmowi. Kończyli jako tyrani i ludobójcy własnych narodów. Czy wystarczy być fanatykiem? Kierować się zasadą: cel uświęca środki? Dogmatycznie uwierzyć w marksizm? Nie ma pewności, czy Brystygierowa, tak jak Józef Różański, rzeczywiście zabijała, a nawet osobiście torturowała więźniów w trakcie przesłuchania. Są różne legendy, pogłoski, oskarżenia, mniej i bardziej prawdopodobne, ale wiarygodnych świadków, twardych dowodów na to nie ma.

Skąd się ta czarna legenda wzięła?
Tuż po wojnie, na początku istnienia Urzędu Bezpieczeństwa, popełniano straszliwe zbrodnie. Zwiniętych z lasu chłopaków, przy których znaleziono karabin albo pistolet, natychmiast rozstrzeliwano i wrzucano do rowu. Różański w trakcie swojego procesu w połowie lat 50. zeznał, że pewne techniki wydobywania informacji od przeciwnika, czyli wroga, który chce im gardła poprzegryzać, były zupełnie naturalne. Miał na myśli torturowanie i zabijanie. Wyrwać paznokieć albo bić metalową linką po głowie – nikogo to nie dziwiło. Takie zresztą szły rozkazy z góry – od Bieruta, Bermana, generała Sierowa.

Ona była częścią tego aparatu przemocy. Z długim stażem w NKWD. Tam okrucieństwo, morderstwo było regułą. Eugeniusz Chimczak czy Adam Humer, oficerowie UB, wyróżniali się bestialstwem – wielu byłych więźniów, ich ofiar, zeznało to przed sądem. Jej wyjątkowość polegała na czymś innym. W prymitywnym, męskim towarzystwie była wykształconą, niezwykle inteligentną osobą, a przy tym kobietą. Miała ogromną władzę i wpływy – bezpośrednie dojścia do Bieruta, Bermana, Minca, podobno nawet do Berii i Stalina. Wywoływało to zawiść takich ludzi jak Różański, z którym nienawidziła się jeszcze z czasów wojny w ZSRR. Podobno donosiła na niego do NKWD za „niegodne komunisty” zachowanie. Prawdopodobnie to on właśnie ukuł jej słynne przezwisko „Krwawa Luna”. Ale o nim nie mówi się „Krwawy Józek”, choć sam był w UB najbardziej krwawym katem, zboczonym sadystą, na co są liczne dowody, zeznania świadków.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną