Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kultura

Genesis Breyer P-Orridge: Przyszedł czas na empatię i miłość

Psychic TV, zespół na czele którego obecnie stoi Genesis Breyer P-Orridge, wystąpi 1 czerwca w Gdańsku, w klubie B90. Psychic TV, zespół na czele którego obecnie stoi Genesis Breyer P-Orridge, wystąpi 1 czerwca w Gdańsku, w klubie B90. mat. pr.
Każdy artysta na początku drogi powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest gotów ponosić konsekwencje tego, co robi – mówi Genesis Breyer P-Orridge.
.mat. pr. .

Jarek Szubrycht: – Zawsze ciekawiło mnie, jak doszło do tego, że młodzi ludzie, dorastający w szarej, powojennej Anglii, surowo wychowywani na przykładnych obywateli, rozpętali karnawał kontrkultury, która – przynajmniej na chwilę – zmieniła świat. Powiedz, proszę, w jakich okolicznościach dobrze zapowiadający się Neil Megson przeistoczył się w buntownika i radykała Genesisa Breyera P-Orridge’a.
Genesis Breyer P-Orridge: – Mieliśmy stypendium, więc byliśmy jedynym biednym chłopcem w szkole dla bogatych, przez co uchodziliśmy za dziwaka. Nauczyciele tymczasem powtarzali nam na lekcjach: „Jesteście przyszłymi przywódcami tego kraju. Będziecie rządzić przemysłem, będziecie dyplomatami, politykami, bo jesteście wyjątkowi, a cała reszta jest głupia”.

Gdy byliśmy siedemnastoletnim Anglikiem, odkryliśmy Williama Burroughsa, Jack Kerouaca i beatników, czytaliśmy alternatywnych poetów i alternatywne magazyny, takie jak „International Times”. Odkryliśmy głos undergroundu, który brzmiał znacznie sensowniej od rzeczy, które mówiono nam w szkole. Sensownej od tego, co mówili rodzice, rząd, społeczeństwo. Nie satysfakcjonowało nas istniejące status quo. Nie podobało nam się to, jak zaprojektowano trajektorię naszego życia: uczysz się, znajdujesz miłą posadę, nie sprawiasz kłopotów, a potem umierasz.

Nie wyglądało nam to na satysfakcjonujące wykorzystanie naszej fizycznej egzystencji. Ustrój Wielkiej Brytanii też nie miał sensu, bo to monarchia udająca demokrację. Pozwolono nam mieć parlament, ale królowa mogła go anulować w każdej chwili, gdyby tylko zechciała. Wokół hipokryzja, bigoteria, kłamstwa… Propozycja, którą złożyło nam społeczeństwo, nijak nie przystawała więc do naszych doświadczeń. A w 1967 r. umarliśmy.

Słucham?
Przyjmowaliśmy leki na astmę i nasze ciało zareagowało w taki sposób, że lekarz orzekł zgon. Obudziliśmy się jednak. Doktor powiedział nam wtedy, że nie wie, co się stało: „Być może będziesz zdrowy, będziesz wiódł normalne życie, ale w każdej chwili może się też zdarzyć, że podobna zapaść cię zabije”. Nagle kwestie wyborów życiowych stały się dla nas bardzo jaskrawe. Mogliśmy się poddać oczekiwaniom społeczeństwa, rodziny czy kultury, ale mogliśmy też wykorzystać każdą minutę życia na robienie czegoś, co naszym zdaniem ma sens. Bo nie wiedzieliśmy, ile nam zostało: dzień, miesiąc, rok? W jednym okamgnieniu zrozumieliśmy, że czas jest cenny i ograniczony.

O dekadę późniejszy punkowy slogan „no future” musiał brzmieć dla ciebie zaskakująco znajomo.
Wszyscy ludzie mają tendencję do zakładania, że będą żyli relatywnie długo i cieszyli się w miarę dobrym zdrowiem. Licząc na 70 lat i więcej, odkładają na później to, co mają do zrobienia. Myślą sobie: „na to jeszcze mam czas”, a rodzina dopowiada: „jasne, najpierw skończ studia, tym się zajmiesz później”. Kiedy je kończą, słyszą: „znajdź sobie pracę, pomyśl o karierze, a jak sobie wszystko ułożysz, wtedy o tym pomyślisz”. Nie, tak to nie działa. Nikt z nas nie wie, ile ma czasu.

Nie bałeś się?
Przeciwnie, to był cudowny czas. Co najgorszego mogło nam się przydarzyć, kiedy odrzucaliśmy ten społeczny schemat? Śmierć głodowa? Przecież to właściwie niemożliwe w państwie tak opiekuńczym jakim była, a nawet wciąż jest, Anglia. Nie było się więc czego bać. Byliśmy wolni. Absolutnie wolni. Totalna wolność wyboru wzięła się więc z odkrycia, że jesteśmy istotą śmiertelną. Jest takie sufickie przysłowie, które mówi: „każdy dzień przeżywaj tak, jakby miał być ostatnim dniem twojego życia i jakby na podstawie tego jednego dnia całe twoje życie miało zostać osądzone”. Tak próbujemy żyć. Czy dzisiaj daliśmy coś światu? Czy powiedzieliśmy dziś coś, z czego inni mogą skorzystać? Czy pozwoliliśmy sobie na czułość wobec innej osoby? Ile prawdy odsłoniliśmy tego dnia?

Codziennie zadajesz sobie te pytania?
Na początku tak było. Z każdym kolejnym dniem jest łatwiej, aż w końcu staje się to twoim sposobem na życie. Najważniejsza jest ciągła aktywność, nieustająca gotowość do zmian, kwestionowanie wszystkiego. Twoim jedynym wrogiem jest czas.

Umarłeś więc jako nastolatek, odrodziłeś się wolnym człowiekiem i zająłeś się sztuką. Tylko po co nam sztuka?
Większość tak zwanych dzieł sztuki, w tym muzyki i literatury, rzeczywiście jest bezużyteczna. Brion Gysin nazywał to sztuką deceptualną, od angielskiego słowa deceive, oznaczającego oszustwo. Taka sztuka nie mówi ci niczego, czego nie wiesz, jest tylko elitystyczną dekoracją.

Dam przykład. Oto bogaty człowiek kupuje sobie obraz z kropkami Damiena Hirsta. Robi to, bo wie, że inni bogaci ludzie będą wiedzieć, że to Hirst, bo Hirst zawsze maluje kropki. Będzie mógł powiedzieć: „popatrzcie, na ścianie mojego apartamentu wisi Damien Hirst!”, a jego przyjaciele będą mogli odpowiedzieć: „ja też mam takiego” albo „ja też sobie kupię” – po czym zainwestują pieniądze w obraz, który wygląda dokładnie tak samo jak inne. W takiej sztuce chodzi o markę i formułę, nie o informację. Taka sztuka nikogo niczego nie nauczy, nie opowie żadnej historii. Jest tylko symbolem statusu materialnego, konsumpcją spuszczoną ze smyczy.

Mieliśmy kiedyś szczęście współpracować z szamanem Apaczów i zadaliśmy mu to samo pytanie, które teraz ty nam zadałeś: po co jest sztuka? Odpowiedział, że kiedy idzie do galerii, zadaje sobie pytania: „czy dzieło, na które patrzę, mówi mi coś, czego wcześniej nie wiedziałem? Czy mówi coś, co sprawi, że życie mojej rodziny, przyjaciół, mojego plemienia będzie miało więcej sensu? Czy ludzkość może się czegoś dzięki niemu nauczyć? Czy kryje prawdę, która może odmienić na lepsze nasz gatunek?”. Jeśli odpowiedź na wszystkie te pytania nie jest twierdząca, nie mamy do czynienia ze sztuką. To tylko dekoracja.

Czy twoim zdaniem istnieją terytoria, na które artysta nie powinien się zapuszczać? W Polsce na przykład głośny był ostatnio spór o sztukę teatralną, która rzekomo obraża uczucia religijne.
Wiesz, że kiedyś prowadziliśmy studia biblijne dla dzieci? W szkole byliśmy przewodniczącym chrześcijańskiego kółka dyskusyjnego i regularnie czytaliśmy Biblię, przynajmniej jeden rozdział dziennie. Codziennie. Wiemy więc, że Chrystus nigdy nie powiedział: skrzywdź kogoś, zaatakuj kogoś, odmów mu jego praw, spal go żywcem, odrzuć go ze względu na orientację seksualną. Powiedział natomiast, że w świątyni nie ma miejsca dla pieniędzy, że budynki nie są potrzebne, bo wystarczy Kościół w tobie, że trzeba się wystrzegać faryzeuszy, którzy zmieniają religię w biznes. Przecież on ich wyrzucił ze świątyni!

Jeśli wierzyć Nowemu Testamentowi, Jezus Chrystus był człowiekiem, który wierzył w dobro, wspaniałomyślność, wybaczenie, tolerancję, akceptację i miłość dla każdego, bez wahania i bez wyjątków. Niestety, ludzie nazywający siebie chrześcijanami niezbyt często powtarzają to przesłanie. Przeciwnie. Firmują nienawiść, przemoc, bigoterię. Atakują ludzi tylko za to, że są inni od nich. Przesłanie Chrystusa zostało tak głęboko przekłamane, że większa część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy z poziomu tej dezinformacji. Ludzie nie rozumieją, że są manipulowani po to, by łatwiej ich było kontrolować.

Czyli uważasz, że w sztuce tabu nie istnieje? Artyście naprawdę wszystko wolno?
Nie wolno robić czegoś, co zraniłoby fizycznie inną osobę. Każdy ma prawo wykorzystać swoje własne ciało w procesie twórczym, a nawet wystawić je na ryzyko. Nigdy jednak nie wolno ryzykować bezpieczeństwa innych ludzi, chyba że ktoś wyraźnie i świadomie się na to zgodził. Jednym z najważniejszych zadań artysty jest przedstawienie historii, paraboli, metafory, która wywleka na światło dzienne najgorsze nadużycia establishmentu. Władza upokarza ludzi, więc artysta nigdy nie powinien ich upokarzać. Władza więzi ludzi, ogranicza wolność myśli i słowa, więc sztuka nie może iść tą drogą. Establishment reprezentuje opresję, fizyczną i mentalną, a sztuka jest tego przeciwieństwem. Obowiązkiem artysty jest obnażanie zepsucia władzy, a nie krzywdzenie czy szokowanie ludzi.

Mam wrażenie, że sam nie wahałeś się przekraczać granic, które dzisiaj nakreślasz tak pewną ręką.
Ludzie wciąż myślą, że zależało nam na szokowaniu publiczności, że robiliśmy to celowo. Nieprawda. My po prostu szukaliśmy naszych osobistych granic. Nie było to łatwe. Gdzie jest granica pomiędzy życiem i śmiercią? Nikt nie wie. Kiedy jesteś w śpiączce, to jesteś żywy czy martwy? A narodziny? Kiedy właściwie mają miejsce? W momencie zapłodnienia czy kiedy przychodzimy na ten świat? A może dopiero kiedy zyskujemy świadomość, zdolność samodzielnego myślenia? Kiedy się nad tym wszystkim zastanawiasz, zdajesz sobie sprawę, jakie to wszystko płynne, niedookreślone. Dlatego obowiązkiem każdego z nas, a szczególnie artystów, jest dbałość o to, by to, co mówią i robią, było jak najbardziej zrozumiałe. Jeśli się nie uda, artysta powinien powtórzyć swój komunikat za pomocą bardziej przejrzystych środków, aż do skutku.

W czasach niepewnych i groźnych publiczność oczekuje od sztuki zaangażowania w sprawy publiczne, w politykę i życie społeczne. Skoro politycy i dziennikarze nie potrafią przekonująco odpowiedzieć na dręczące ludzi pytania, może artystom się uda.
I powinni to robić, zawsze jednak dostosowując strategię do okoliczności. Kiedy w połowie lat 70. zakładaliśmy Throbbing Gristle, mieliśmy po dwadzieścia parę lat i byliśmy wściekli. Napędzał nas gniew na niesprawiedliwości społeczne, na pokręcony system klasowy, na bogatych ludzi, którzy mieli władzę, ale żadnego kompasu moralnego. Tę uzasadnioną wściekłość słychać w pierwszych nagraniach Throbbing Gristle. Ale obecna była nie tylko w rodzącej się wtedy muzyce industrialnej – równolegle rozwijał się przecież punk rock, z podobnym przesłaniem. „Co wy wyprawiacie? Robicie rzeczy straszne! Ludzkość dotarła do ściany i albo się zmieni, albo czeka nas zagłada. Stop! To się musi skończyć!” – wołaliśmy zgodnie i przez chwilę ta strategia, polegająca na obnażaniu najgorszych praktyk współczesnego społeczeństwa, była skuteczna. Ludzie słyszeli nasz krzyk, zatrzymywali się i zaczynali myśleć o tym, na co zwracaliśmy uwagę.

Tylko przez chwilę?
Najwyżej kilka lat. Później to, co robiliśmy, stało się stylem. Ludzie myśleli sobie: „Jeśli zacznę wrzeszczeć o seryjnych mordercach albo gwałtach, będzie to oznaczało, że jestem inteligentny”. Niestety, to tak nie działa. Biznes zauważył punk rocka i industrial, zaabsorbował je, przerobił na akcesoria i zaczął sprzedawać, zarabiając na nich góry pieniędzy. Dlatego cały czas musimy być czujni, by zorientować się, kiedy nasza strategia zostanie przejęta przez handlowców i zamieniona w modę.

I co wtedy? Dać się zepchnąć do narożnika, zradykalizować?
Wręcz przeciwnie. Najlepiej robić coś dokładnie przeciwnego. Tworzenie jest nieustającym procesem, w którym artysta zobowiązany jest do negowania status quo. Jeśli gniew przestał być skuteczny, tym razem wyjdź społeczeństwu naprzeciw. Spraw, by ludzie poczuli się bezpieczni, akceptowani i cenieni. Świat znowu stał się okrutnym, brutalnym miejscem. Mniejszości atakowane są ze względu na kolor skóry, orientację seksualną, kraj pochodzenia czy religię, którą wyznają. Jedyną możliwą odpowiedzią na tę falę przemocy jest wyrzeczenie się przemocy. Odpowiedzią jest miłość, wielkoduszność, współczucie i dzielenie się z innymi tym, co mamy.

To jakieś nieporozumienie. Liczyłem na to, że mnie pocieszysz i powiesz, że nowy punk jest tuż za rogiem, że kolejna rewolucja już się tli, a ty mi tu mówisz o empatii…
(śmiech) Przykro mi, ale tak właśnie jest. Przyszedł czas na empatię i miłość.

Żartowałem, oczywiście. Bardzo chciałbym wierzyć, że masz rację.
Punk rock już przerabialiśmy i establishment wie, jak sobie z nim poradzić. Wystarczy zresztą przypomnieć sobie, jak skończyły niemal wszystkie najważniejsze zespoły punkowe, od Sex Pistols przez The Damned po The Clash. Najpierw popodpisywali kontrakty z dużymi wytwórniami, by potem robić wszystko to, czego podobno tak bardzo nienawidzili. Bo prawda jest taka, że w głębi duszy pragnęli być akceptowani. Chcieli zostać wchłonięci przez ten biznes, występować w telewizji, zarabiać pieniądze, mieć groupies.

Trudno od dwudziestolatków wymagać odporności na takie pokusy.
Throbbing Gristle też dostało wtedy propozycję lukratywnego kontraktu, z Virgin Records, ale odmówiliśmy. Jeśli naprawdę chcesz zmieniać świat, nie możesz robić tego, co świat od ciebie oczekuje. Dzisiaj polityka i życie społeczne przesiąknięte są przemocą, pogardą, rasizmem, seksizmem i homofobią, więc naszym – artystów – zadaniem jest wyciągnięcie dłoni do tych wszystkich ludzi, którzy zostali zepchnięci na margines. Powinniśmy wyjść do nich z przesłaniem: „Wszystko z wami w porządku, kochamy was. Z nami będziecie bezpieczni”.

Kiedy świat na ciebie krzyczy, nie krzycz w odpowiedzi, bo nikt niczego nie usłyszy, tylko narobisz więcej hałasu?
Oni wręcz oczekują, że będziesz krzyczał. Kiedy więc nie wiesz, co robić, zrób coś nieoczekiwanego.

Wspominałem wcześniej o teatrze. Jakkolwiek radykalna i obrazoburcza owa sztuka by nie była, kiedy opada kurtyna, aktor przebiera się, zmywa makijaż i wraca do domu. Jest kimś innym. Ty wybrałeś inną drogę, swoje prywatne życie również przekształcając w projekt artystyczny. To krok odważny, wręcz szalony, bo przecież kilka dekad temu nie mogłeś przewidzieć wszystkich konsekwencji tego wyboru.
Pewnie cię zaskoczę, ale przewidzieliśmy wystarczająco dużo. Mieliśmy bowiem całkiem świeży punkt odniesienia: beatników. William S. Burroughs za opublikowanie „Nagiego lunchu” trafił przed sąd, ale wygrał i dziś już nikt nie ma wątpliwości, że to arcydzieło. Jack Kerouac był wyśmiewany, a okazał się jednym z pionierów ruchu hippisowskiego, którego zresztą szczerze nienawidził. Quentin Crisp publicznie przyznawał się do swojego homoseksualizmu, przez co musiał wyjechać do Ameryki, ale przyczynił się do zmiany prawa. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że połączenie życia i sztuki ściągnie nam na głowę kłopoty, skoro przysporzyło ich wcześniej surrealistom, dadaistom czy beatnikom. Z doświadczeń wcześniejszych pokoleń czerpaliśmy inspirację. Nie zrozum mnie źle – nie chcieliśmy zostać zaatakowani przez swój własny rząd, nie chcieliśmy tracić domów, nie chcieliśmy pewnego dnia obudzić się, nie posiadając niczego, ale byliśmy na to gotowi. Wiedzieliśmy, że taka może być cena mówienia prawdy.

Myślisz, że i dziś artyści narażają się na takie konsekwencje? Chyba nie w zachodnim świecie?
Niewiele się zmieniło i każdy artysta na początku drogi powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest gotów ponosić konsekwencje tego, co robi. Jeżeli bowiem mówisz rzeczy, które rezonują w społeczeństwie, pewnego dnia zwróci na ciebie uwagę ta dziwna bestia kontrola. A jeśli uzna, że masz zbyt duży wpływ na innych ludzi, nawet na małą grupę – zaatakuje. Wykorzysta w tej walce każdą dostępną jej broń, każdą wypróbowaną sztuczkę.

My na przykład zostaliśmy obwołani satanistą, który atakuje wartości wyznawane przez społeczeństwo i chce zniszczyć dorobek naszej cywilizacji. Z dnia na dzień pozbawiono nas wszystkiego, zabrano nam dwa domy, które dzisiaj warte byłyby miliony funtów. Musieliśmy wyemigrować do Ameryki, z dwójką dzieci i paroma tysiącami dolarów, które były wszystkim, co nam zostało… Ale nie zeszyliśmy z raz obranej drogi, nie przestaliśmy tworzyć, bo nie przestaliśmy wierzyć, że sztuka, życie i duch to jedno. Mieliśmy cudowne, ekscytujące, satysfakcjonujące życie. Cieszyliśmy się uwagą i miłością innych, z radością odkryliśmy, że jesteśmy częścią wielkiego plemienia wyjątkowych ludzi, że nie jesteśmy sami. Z tego czerpaliśmy silę, choć łatwo nie było. Przygotujcie się na najgorsze (śmiech).

Ważną częścią twojego życia i sztuki był projekt Pandrogyne, w ramach którego próbowałeś spotkać się ze swoją ukochaną Lady Jaye w połowie drogi pomiędzy kobietą i mężczyzną, w ramach trzeciej płci. Opowiada o tym wzruszający film dokumentalny „The Ballad of Genesis and Lady Jaye”. Niestety, bez happy endu…
Jak to bez happy endu?

Przepraszam. To na pewno dla ciebie trudne.
Minęło 10 lat, ale do dziś nie otrząsnęliśmy się po fizycznej stracie Lady Jaye. Równocześnie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jej śmierć wzmocniła historię opowiedzianą w filmie, że przez jej ofiarę mogliśmy lepiej i głębiej zakomunikować, o co nam chodziło. Dziwnie się czujemy, kiedy to mówimy, i jest w tym jakaś ironia, ale widocznie Lady Jaye musiała opuścić swoją fizyczną powłokę, by nadać naszemu działaniu sens. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak wielu ludzi mówiło nam, że wzruszyła ich nasza historia.

Wyobrażam sobie, bo i ja uroniłem łzę w kinie.
Zanim poznaliśmy Lady Jaye, baliśmy się pełnego oddania drugiej osobie i dopiero po obejrzeniu filmu zrozumieliśmy, że to jedyny sposób, by doświadczyć prawdziwej miłości. Mamy nadzieję, że „The Ballad of Genesis and Lady Jaye” nie tylko opowiada naszą historię, ale również zachęca ludzi do zrobienia tego dodatkowego kroku, do podjęcia ryzyka, do poddania się bezwarunkowej miłości. Mieliśmy w życiu szczęście do współpracy ze wspaniałymi ludźmi – Burroughsem, Learym, Jarmanem, Gysinem… – ale z całą powagą możemy stwierdzić, że Lady Jaye była najbardziej nieustraszona i czysta z nich wszystkich.

W jednym z wywiadów opisałeś projekt Pandrogyne jako bunt przeciwko DNA. To bardzo romantyczne ujęcie, które skojarzyło mi się z bohaterami greckiej tragedii, próbującymi uciec przeznaczeniu. Wiedzą, że to niemożliwe, bogowie to wiedzą, widzowie w teatrze też – ale próbują mimo wszystko.
Podoba nam się to ujęcie (śmiech). DNA jest nośnikiem informacji. Zawiera historie naszych przeszłych wcieleń, zapisywane od tysięcy lat, a jego fizyczną manifestacją jest ciało żyjące maksymalnie do stu lat. Oznacza to, że nasze ciała są tylko biologicznymi wehikułami wykorzystywanymi przed DNA do akumulacji informacji, że to właśnie DNA jest nadrzędną formą egzystencji na tej planecie. Nie daje nam przy tym wyboru, lecz z pokolenia na pokolenie powiela wzór podziału na kobietę i mężczyznę. Jako istoty świadome, mające dostęp do zdobyczy współczesnej nauki, postanowiliśmy z Lady Jaye rzucić wyzwanie DNA, przerwać ten cykl. 

Tylko po co? Z jednej strony jakoś to rozumiem: chcieliście się maksymalnie do siebie zbliżyć. Z drugiej jednak jestem przekonany, że przyciągają się przeciwieństwa, że w tej drugiej osobie często fascynują nas cechy, których sami nie mamy.
Nie chcieliśmy zacierać wszystkich różnić pomiędzy nami a Lady Jaye, lecz podkreślić podobieństwa. Chodziło o przyspieszenie ewolucji naszego gatunku. Żyjemy w binarnym świecie, podzielonym na tak i nie, kobiety i mężczyzn, czarnych i białych, chrześcijan i muzułmanów…

Kolejnym naturalnym etapem ewolucji jest krok ku jedności, zakończenie koncepcji różnicy, która rodzi konflikty. Kiedy Bóg eksplodował w Wielkim Wybuchu, rozpadł się na niezliczoną liczbę małych kawałków, z których składa się wszystko we wszechświecie. Naszą pracą jest odszukać się nawzajem i złożyć ponownie w jedną całość. Czuliśmy się więc z Lady Jaye częścią kosmicznego procesu, w którym Bóg odnajduje samego siebie. Fizycznie i mentalnie oddaliśmy się projektowi, który uznaliśmy za przeznaczenie ludzkiego gatunku.

***

Genesis Breyer P-Orridge to jedna z najbardziej barwnych i kontrowersyjnych postaci zachodniej kontrkultury, żywa legenda brytyjskiej awangardy. Muzyk, performer i poeta, a zarazem obiekt własnych, radykalnych eksperymentów artystycznych – od zamachów na tabu związane z ludzką seksualnością w ramach kolektywu COUM Transmissions w latach 70., przez nowatorskie formacje muzyczne, z pionierami industrialu Throbbing Gristle na czele, aż po próbę wykreowania trzeciej płci, w ramach projektu Pandrogyne.

W tym ostatnim Genesis chciał spotkać się w pół drogi pomiędzy mężczyzną a kobietą ze swoją wybranką Lady Jaye, która niestety przedwcześnie zmarła w 2007 r. Od tamtej pory Genesis mówi o sobie w liczbie mnogiej, wypowiadając się niejako w imieniu obojga – co również ma miejsce w poniższym wywiadzie.

Psychic TV, zespół, na czele którego obecnie stoi Genesis Breyer P-Orridge, wystąpi 1 czerwca w Gdańsku, w klubie B90.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Przerwane porwanie: koszmar 14-latki z Poznania. „To już z nią zostanie”

Tylko niesamowity zbieg okoliczności sprawił, że policji udało się przerwać udrękę 14-latki porwanej w Poznaniu przez matkę jej koleżanki. Było golenie głowy, przypalanie papierosami, gwałt. Co dalej by wymyśliła ta kobieta?

Violetta Krasnowska
03.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną