Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Huta kultury

Słowacki milioner stworzył w Ostrawie niezwykły park kultury

Goście parku rozrywki zbudowanego na terenach dawnej huty mają do dyspozycji wiele atrakcji. Goście parku rozrywki zbudowanego na terenach dawnej huty mają do dyspozycji wiele atrakcji. Jiři Zerzoň
Z kultury czy edukacji łatwo uczynić przemysł. Droga odwrotna jest dużo trudniejsza. W czeskiej Ostrawie dokonano tego brawurowo, co doceniają coraz częściej także turyści z Polski.
„Gong”, sala koncertowa na 1500 osób, z salą balową na 400, stworzona wewnątrz dawnego zbiornika gazu.Boris Renner „Gong”, sala koncertowa na 1500 osób, z salą balową na 400, stworzona wewnątrz dawnego zbiornika gazu.
Tunel U6 – wejście do świata ośmiu tematycznych wystaw nazwanych tytułami książek Juliusza Verne’a.Jiři Zerzoň Tunel U6 – wejście do świata ośmiu tematycznych wystaw nazwanych tytułami książek Juliusza Verne’a.
Jan SvetlíkJiři Zerzoň Jan Svetlík

Artykuł w wersji audio

Położona zaledwie 20 km od granicy z Polską Ostrawa przeszłość ma zacną, a pierwszy akt lokacyjny miasta pochodzi z 1279 r. Ale od takich atrakcji turystycznych jak Ołomuniec, Liberec czy Český Krumlov dzieli ją cały kosmos. Bo choć to trzecie pod względem wielkości miasto w Czechach, to wszystkie ciekawsze jego zakątki da się obejść w kwadrans. Trochę kamieniczek z przełomu XIX i XX w. to wszystko, na czym można oko zawiesić. Poza tym urbanistyczny chaos, typowe socjalistyczne osiedla mieszkaniowe i – jak okiem sięgnąć – niekończące się, robiące raczej depresyjne wrażenie tereny przemysłowe. Hale, kominy, piece hutnicze, szyby kopalniane, fabryki, magazyny.

Po 1945 r. Ostrawę uznano bowiem za „miasto węgla i stali” oraz „stalowe serce republiki”. Słowem – nasz Śląsk-bis, czy może raczej Śląsk do trzeciej potęgi. Gdy więc po 1989 r. w kapitalistycznych realiach zakłady przemysłowe zaczęły padać jak muchy, wydawało się, że stalowe serce szybko pęknie, a władzom pozostanie kłopot w postaci milionów ton metalowych, rdzewiejących, opuszczonych konstrukcji. Jak w jakiejś dystopijnej grze komputerowej. I w tym momencie do gry włączył się Jan Svetlík. Zaczął na kredyt kupować podupadające lub bankrutujące przedsiębiorstwa. Znał się na tym, bo wcześniej zdążył już popracować w miejscowym przemyśle. Większość z nich wyprowadził z zapaści, co dało pracę 8 tys. osób, a jemu miejsce na liście najbogatszych Czechów, w zależności od roku i rankingu, gdzieś między drugą a piątą dziesiątką.

Jak na polskie standardy Svetlík to bogacz umiarkowany, w 2016 r. jego majątek szacowano na 2,5 mld koron (ok. 100 mln euro). Ale od zdecydowanej większości naszych rekinów biznesu różni go jedna zasadnicza cecha: prospołeczne zacięcie. W ciągu dekady na gruzach upadłego przemysłu stworzył więc Svetlík gigantyczną infrastrukturę kulturalno-edukacyjną, której mogłaby pozazdrościć Ostrawie nie tylko Praga, ale praktycznie wszystkie miasta w Polsce, z Warszawą na czele. Słynna i wszędzie stawiana za wzór adaptacja na potrzeby kultury huty Zollverein w niemieckim Zagłębiu Ruhry to w porównaniu z ostrawskim przedsięwzięciem inwestycja ledwie skromna. A wszystko dzięki temu, że Svetlík uważa się za lokalnego patriotę i postanowił to udowodnić w spektakularny sposób. Budując miasto niejako od nowa.

Napięcie ma rosnąć

Wycieczkę po nieprzemysłowym imperium Světlíka najlepiej poprowadzić według zasady znanej z Hitchcockowskich filmów: napięcie ma rosnąć. Na początek więc tzw. Trójhala położona o rzut kamieniem od centrum Ostrawy. To trzy gigantyczne i starannie zrewitalizowane poprzemysłowe hale o łącznej powierzchni 5 tys. m kw. Jedną z nich zaadaptowano na potrzeby sportowe, z siłownią i boiskami do siatkówki, koszykówki, unihokeja i badmintona. Nie nadaje się na wielkie zawody, ale raczej do codziennego korzystania, głównie przez dzieci i młodzież. Dwie pozostałe hale stoją puste i zapełniają się tylko w czasie konkretnych wydarzeń: targów, koncertów, festynów.

Trójhalę, jeśli akurat nic ciekawego się tam nie dzieje, można obejść w kwadrans. Dużo więcej czasu trzeba przeznaczyć na kolejne miejsce: położony 5 km na północ od centrum miasta Landek Park. A w nim m.in. 30-hektarowy rezerwat przyrody ze ścieżkami dydaktycznymi, największe w Czechach muzeum górnictwa (z obowiązkową do zaliczenia podziemną trasą turystyczną), liczne boiska do tenisa, gry w bule, siatkówki plażowej, kręgielnia, sale wielofunkcyjne. Wszystko stworzone od podstaw na gruzach upadłej kopalni węgla, nawiasem mówiąc, najstarszej w regionie. Co najmniej na całodniowy pobyt.

Ale prawdziwą perłą w koronie edukacyjno-kulturalnych przedsięwzięć Svetlíka są Dolní Vítkovice, położone z kolei 5 km na południe od centrum miasta. To teren wielkiej huty, która działała nieprzerwanie od 1828 do 1998 r. W 2003 r. Svetlík kupił ten opustoszały i niszczejący zakład wraz z sąsiadującą z nim, także zamkniętą już, kopalnią Hlubina. – Z kręgów rządowych płynęły wówczas do mnie dwa, całkiem sprzeczne, komunikaty – wspomina. – Jeden, by wszystko zburzyć, zrównać z ziemią, a na tym miejscu zbudować nowe osiedla, biurowce, centra handlowe. I drugi, by nic nie ruszać, zabezpieczyć, odświeżyć i pozostawić to jako wielki przemysłowy skansen. Ja jednak wybrałem wariant pośredni.

Kilka lat trwały więc prace koncepcyjne, a do nadania temu miejscu ostatecznego kształtu architektoniczno-urbanistycznego namówiono najbardziej znanego czeskiego architekta Josefa Pleskota. Postanowiono wyburzyć wszystko, co zbudowano po 1945 r., zostawiając to, co stanęło wcześniej. Kolejnych kilka lat zajęło uzyskanie odpowiednich zgód na adaptacje i przeróbki oraz pozyskanie wsparcia z funduszy europejskich. Same prace poszły już – co w Polsce ciągle jest jeszcze trudne do pojęcia – migiem.

Cztery filary

Dolní Vítkovice to przede wszystkim cztery miejsca, które robią największe wrażenie. Po pierwsze, Bolt Tower, czyli utrzymana w dekonstruktywistycznym stylu widokowa wieża nadbudowana nad wygaszonym wielkim piecem huty. Ma blisko 80 m i osobiście „poświęcił” ją słynny jamajski sprinter. Leniwi mogą wjechać na górę windą, napić się tam kawy i podziwiać widoki nieodległych Beskidów. Ambitni mogą zaś wybrać jedną z kilku tras edukacyjnych wyjaśniających niejako „od pieca” zawiłości wytopu stali.

Atrakcja druga to „Gong”, czyli ogromna sala koncertowa na 1500 osób, ale i z salą balową na kolejne 400, stworzona wewnątrz dawnego zbiornika gazu. Tu fantazją błysnął Pleskot, każąc ogromną tylną ścianę sceny zamienić w szybę. Sama Ostrawa stała się w ten sposób naturalną scenografią dla kongresów czy imprez artystycznych. Trzecia to Heligonka, czyli na poły klub, na poły teatr, w którym urzęduje słynny czeski bard Jaromír Nohavica. Ponoć Svetlík spotkał się niegdyś z Nohavicą i powiedział: „Całe życie to ty jeździłeś po kraju i świecie do swoich fanów. Nadszedł czas, by oni przyjeżdżali do ciebie”. No i zbudował mu teatr. I wreszcie Świat Techniki, czyli potężne (14 tys. m kw.) centrum edukacyjne, podobne do warszawskiego Centrum Nauki Kopernik i w niczym nieustępujące mu skalą (nasze ma 15 tys. m kw.) i jakością interaktywnych prezentacji.

Ale między tymi czterema filarami znaleźć można jeszcze sporo innych atrakcji. Jak np. jedną z największych i najwyższych w tej części Europy ścianek wspinaczkowych pod dachem. I muzeum techniki dla dzieci, w którym zaprezentowane są najważniejsze odkrycia i wynalazki ostatnich 200 lat. Jest także 20 w pełni wyposażonych pracowni na rezydencje artystyczne, studio muzyczne, hotel, kilka kawiarni oraz kilka wypieszczonych przestrzeni, chwilowo zamkniętych i czekających na dobry pomysł, by je wykorzystać. A to wszystko wtopione w monumentalną, industrialną architekturę wygasłych pieców, plątaninę rur, taśmociągów i potężnych instalacji, których dawne przeznaczenie to dla laika zagadka.

Rock, balet, musical

Zwiedzanie wieży Bolta czy centrum techniki to jednak za mało, by dawna huta pulsowała życiem. Właścicielowi udało się ściągnąć do Vítkovic aż osiem różnych festiwali muzycznych. Zaledwie trzy tygodnie temu zakończył się jeden z nich, „Beats for Love”, w tym roku z gościnnym występem Fatboy Slima, a teraz właśnie kończy się największy i najsłynniejszy „Colours of Ostrava”. 350 wykonawców, ok. 40 tys. słuchaczy, m.in. na koncertach Jamiroquai i Norah Jones. 20 scen ustawionych w plątaninie hutniczych instalacji to chyba najbardziej niesamowita scenografia dla tego typu imprez. Wielu fanów z Polski przyjeżdża tu regularnie, bo bilety są tańsze niż na Open’er, program, podobno, równie dobry, a miejsce dużo bardziej klimatyczne niż lotnisko pod Gdynią.

Ale gospodarze nie gardzą żadną imprezą. W najbliższym czasie w Dolních Vítkovicach i dwóch pozostałych lokalizacjach będzie można wybrać się na kolejny festiwal (rockowy), balet, musical, występ orkiestry Glenna Millera. Spotkania miłośników jogi przeplatają się z branżowymi kongresami, targi designu z festynem zdrowej żywności, zawody sportowe z dyskotekami itd. Teoretycznie jest dobrze. W ubiegłym roku same tylko Dolní Vítkovice odwiedziło 1,3 mln gości, co w rankingach frekwencji daje im czwarte miejsce w kraju, po trzech atrakcjach praskich i przed kolejnymi trzema ze stolicy. Problem w tym, że potencjał svetlíkowych kulturalno-edukacyjno-sportowych inwestycji jest tak wielki, że wchłonąłby tych gości dużo więcej. Tak gigantyczny kompleks w mieście wielkości Białegostoku trudno bowiem nasycić.

Jan Svetlík więc główkuje. Nie udało mu się na razie – o czym marzył – przyciągnąć szkolnictwa wyższego, za to przekonał władze, że właśnie w Vítkovicach powinny umieścić nowe muzeum rolnictwa. Chce też przenieść tu na stałe swą ogromną i jedną z najlepszych w Czechach kolekcji sztuki współczesnej, na razie rozrzuconą między jego biura i magazyny w Brnie. A o jej jakości można było się przekonać kilka miesięcy temu na wystawie w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, w której zaprezentowano skromny fragment tych zbiorów, z zaskakująco dobrą reprezentacją polskich twórców, jak Ryszard Winiarski, Henryk Stażewski, Wojciech Fangor czy Stefan Gierowski. Ale nie tylko polski artysta jest dla Svetlíka interesujący. Także polski turysta.

Obliczono, że w odległości godziny jazdy od Ostrawy mieszka milion Słowaków, 2 mln Czechów i aż 7 mln Polaków (Śląsk!). Nic więc dziwnego, że możemy poczuć się tu jak u siebie. W Centrum Techniki wszystkie ulotki, podpisy pod eksponatami, informacje umieszczono także w naszym języku. Do dyspozycji są świetnie mówiący po polsku przewodnicy, animatorzy zajęć, prowadzący specjalne lekcje dla szkół. Już teraz Polacy stanowią 30 proc. zwiedzających, a wszystko wskazuje, że ów odsetek będzie rósł, bo Czesi ze swą reklamą zapuszczają się coraz dalej, ostatnio aż do Trójmiasta. Nie dziwi, że Jan Svetlík lubi podkreślać, iż jednym z jego ulubionych twórców jest polski malarz Andrzej Nowacki, nawiasem mówiąc, częsty rezydent w ostrawskiej pracowni, ulubionym zaś muzykiem – akordeonista Robert Kuśmierski, filar zespołu grającego z Nohavicą.

Jan Svetlík, jeśli tylko nie musi podróżować po świecie, to najchętniej czas spędza w rodzinnej Ostrawie. Swoje centrum zarządzania zorganizował w niewielkim empirowym pałacyku zbudowanym w 1848 r., gdzie początkowo pomieszkiwali właściciele huty Rothschildowie, a później kolejni jej dyrektorzy. W środku to prawdziwe cacuszko, w którym każde pomieszczenie urządzono w innym artystycznym stylu, a przestrzeń zapełniona jest dziesiątkami obrazów, rzeźb, wspaniałych mebli art déco. Ale przez okna lepiej nie wyglądać, bo jak okiem sięgnąć rozciągają się tylko przemysłowe zabudowania, hale, kominy, magazyny. Svetlíkowi to jednak nie przeszkadza, nawykł, ba, industrialne otoczenie zdaje się najbardziej mu pasować. A zapytany, jak stąd najszybciej dotrę do centrum miasta, uśmiecha się i wyjaśnia: centrum miasta jest teraz tu, w Vítkovicach.

Polityka 30.2017 (3120) z dnia 25.07.2017; Kultura; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "Huta kultury"
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Arabowie szukają mistrzów

Siła nauki arabskiej w okresie klasycznym to otwartość na zmiany, ale też zwykła ciekawość świata.

Mateusz Wilk
06.05.2014
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną