Dan Brown w Polsce. Dlaczego jego książki tak się na świecie podobają?
Dan Brown
Alejandro García/Forum

Dan Brown

I faktycznie, coś w tych powieściach jest: to czytadła doskonałe. Czytadła w znaczeniu pozytywnym, jako historia wciągające, trzymające w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, skonstruowane tak, by wręcz je pochłaniać, by każda przerwa w lekturze była cierpieniem. Bo może i Brown jest pisarzem warsztatowo raczej kiepskim, a jego styl jest boleśnie ubogi, z tego jednak, co ma, korzysta nader umiejętnie – zwróćcie uwagę, jak rozmawiają ze sobą jego bohaterowie, nigdy nieujawniający szokujących informacji wprost, zawsze podbijający napięcie i przeciągający najważniejsze zwroty akcji; zauważcie, że niemalże każdy rozdział kończy się cliffhangerem, czyli ucina akcję w ekscytującym momencie, niekiedy z bohaterami dosłownie wiszącymi nad przepaścią. Gdy u Browna akcja już nabiera tempa, nie zwalnia potem choćby na chwilę, utrzymując zabójcze tempo pościgów, strzelanin i karkołomnych ucieczek, przeplatane kolejnymi zagadkami/zadaniami, które Langdon musi wykonać, by zbliżyć się o krok do rozwikłania Wielkiej Tajemnicy; dlatego powieści Amerykanina rozgrywają się w raczej krótkich okresach, dlatego tak często ucieka się do zabiegu fabularnego w postaci odliczania czasu do jakiegoś wydarzenia.

Brown kuglarzem, nie pisarzem

Jeżeli zacząć to analizować, ta wtórność zagrywek i skromny repertuar rekwizytów i sztuczek o Browna w końcu zaczynają drażnić. Choćby „Początek” jest powieścią słabą, nawet jak na standardy tego autora, właśnie dlatego, że sprawia wrażenie powtórki z „Kodu…” czy z „Aniołów…”, przynajmniej jeżeli chodzi o podstawowy schemat fabularny i tematyczny, nie oferując niemalże nic świeżego, a wręcz ograniczając te elementy, które we wcześniejszych książkach wypadały najlepiej. Zresztą już w „Infernie” można było narzekać na zbytnią prostotę fabularną, bo książkę można było sprowadzić do schematu: Robert biegnie, kobieta biegnie z nim, i tak od ważnego historycznego miejsca we Florencji do kolejnego.

Dlaczego więc Dana Browna w ogóle czytać? Niektórych urzeknie szalone tempo akcji. Inni pokochają autora za teorie spiskowe i pokazywanie „ukrytej twarzy” Kościoła katolickiego. Ja sam natomiast na pierwszym miejscu wymienię największy według mnie talent tego twórcy: niezwykłą zdolność do opowiadania nam historii i sztuki, wyłuskiwania tych ciekawostek wartych zapamiętania, kondensowania opowieści do anegdot i konstruowania z tego wszystkiego niezwykłych „torów przeszkód” dla Roberta Langdona, który potem zwinnie pokonuje kolejne trudności, nie przestając przy tym mówić, niczym narrator w filmie na National Geographic czy History.

Czyni to wszystko w moich oczach z autora „Kodu Leonarda da Vinci” bardziej literackiego kuglarza niż pisarza, który zabawia nas swoim stałym repertuarem, a któremu my na to pozwalamy, bo koniec końców miło spędzamy z nim czas. Literatura ma po prostu różne oblicza, a Brown to to bardziej efekciarskie, szeroko uśmiechnięte i pełne zachwytu – nie dziwi, że urzekło ono miliony czytelników na całym świecie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj