Muzułmanin pojawił się w serialu TVP. Były powody do oburzenia?
„Ojciec Mateusz”
Ojciec Mateusz/Facebook

„Ojciec Mateusz”

Zresztą może warto zauważyć, że podłożenie bomby nie jest największą zbrodnią odcinka. Tej naprawdę strasznej – która naraziła czyjeś życie – dopuszcza się Polka, chrześcijanka, która nie umie sobie wyobrazić, by jej szwagier, muzułmanin, przestraszony nieprzyjazną atmosferą w Polsce, wywiózł dziecko za granicę. To jej działania i nieumiejętność pogodzenia się z losem przynoszą najwięcej cierpienia. Rozwiązanie tej zagadki kryminalnej jest centralnym punktem odcinka – sama sprawa bomby schodzi absolutnie na drugi plan. Choć w obu przypadkach mamy jasną paralelę: do złych działań ludzi pcha zazdrość (o pracę, majątek czy dziecko), niezależnie od ich pochodzenia.

Odcinek kończy się symboliczną sceną. Dwie dziewczynki, śniada i jasnowłosa, obie po wypadkach, padają sobie w ramiona. Dwie dziewczynki z Sandomierza, które zaraz pobiegną się razem bawić.

„Ojciec Mateusz” oburzający przed emisją

Nawet jeśli bardzo się postarać, nie da się dostrzec w tym odcinku próby wywołania lęku przed obcymi i uchodźcami. Przeciwnie, to raczej wezwanie, by pomagać innym, otworzyć się na nich. Owszem, muzułmanin popełnia tu przestępstwo. Ale to samo robi Polka. Scenariusz jasno zaś podkreśla, że nie wolno bać się świata i obcych. Nie wolno odwracać się od ludzi, bo wydaje się nam, że należą do „podejrzanej” grupy. Odcinek piętnuje hipokryzję ludzi, którzy najpierw wspierali swojego sąsiada muzułmanina, by potem się od niego odwrócić. Pokazuje małość tych, którzy zwolnieni z pracy za słabo wykonane zadanie, obrażają kogoś innego, nazywają go „brudasem”.

Co się wydarzyło między przedstawieniem scenariusza aktorowi a ostateczną wersją odcinka? Możemy założyć, że odcinek ten został całkowicie przemontowany. Trudno to sobie jednak wyobrazić, bo sceny dystansujące się do niechęci do uchodźców i muzułmanów pojawiają się w całym odcinku. Być może aktor dostał tylko część scenariusza, uznał ją za problematyczną i zrezygnował, nie wiedząc dokładnie, jak będzie wyglądał szerszy kontekst. Być może w pierwotnej wersji scenariusz był zdecydowanie mniej wyważony i bardziej skoncentrowany na ukazaniu zagrożenia. Ale wydaje się to mało prawdopodobne.

Pozostaje pytanie, czy w napiętych czasach, w których żyjemy, można jakkolwiek sugerować winę przyjezdnego z kraju Bliskiego Wschodu. Uważam, że wybrane przez scenarzystów rozwiązanie dość dobrze spotyka się z lękami społecznymi. Wskazano, że nie każde działanie dowolnego wyznawcy islamu ma podłoże terrorystyczne i religijne. Pokazano, jak za działania jednych płacą inni. Jest tu też konfrontacja z uprzedzeniami i lękami, z której – jak się okazuje – można wyjść zwycięsko. Co prawda w tym naprowadzaniu ludzi na właściwą drogę najważniejszą rolę gra Kościół katolicki. Ale z drugiej strony – trudno się dziwić. W Polsce to jeden z nielicznych głosów opowiadający się za przyjmowaniem uchodźców.

Historia szerokiej dyskusji nad wyemitowanym wczoraj odcinkiem „Ojca Mateusza” pokazuje, że musimy być najpierw rozsądni, a potem dopiero oburzeni. Dziś rządzą emocje i czujemy konieczność komentowania wszystkiego jak najszybciej, a fabuła odcinka rzeczywiście brzmiała oburzająco. Pasowała do naszej wizji TVP i tego, co się w niej mówi o muzułmanach i uchodźcach. Problem w tym, że nawet jeśli coś pasuje do naszej wizji świata, musimy też dać sobie czas na rozsądną ocenę sytuacji. Ta zaś jest możliwa dopiero po emisji odcinka. Odcinka, który – miejmy nadzieję – przemówi do widzów, bo głosi przesłanie miłości bliźniego i tolerancji. Może dobrze się raz na jakiś czas pomylić?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj