Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

Na początku był jazz

Neon pamięci Krzysztofa Komedy Neon pamięci Krzysztofa Komedy Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
O jazzie, muzyce filmowej, skłonności do milczenia i burzliwym małżeństwie z Zofią opowiada Magdalena Grzebałkowska, autorka biografii „Komeda. Osobiste życie jazzu”.
Okładka książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”mat. pr. Okładka książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”
Magdalena GrzebałkowskaRenata Dąbrowska/Agencja Gazeta Magdalena Grzebałkowska

ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI: – Spotykamy się w Sopocie, czyli miejscu, gdzie latem 1956 r. podczas I Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Jazzowej na dobre zaczyna się legenda Krzysztofa Komedy. Czy Sopot był dla Komedy miejscem wyjątkowym?
MAGDALENA GRZEBAŁKOWSKA: – W każdym mieście, gdzie Komeda postawił kiedyś nogę, a odbywam w nich spotkania autorskie, słyszę te same słowa: jesteśmy w mieście, które stworzyło Komedę... Każdy ma trochę racji: w Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Częstochowie czy Wałbrzychu. Sopot oczywiście też. Miasto jest związane z Komedą w wyjątkowy sposób. 8 sierpnia 1956 r. sekstet Komedy zagrał na festiwalu i nagle z nieznanych szerzej publiczności muzyków zamienili się w ówczesnych celebrytów. Nie miało to oczywiście tak negatywnych konotacji jak dziś. Krzysztof Komeda nie był szczególnie związany z Sopotem, ale żywił do niego sentyment. Dobrze się tu czuł. Jednak fakt, że I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej odbył się w Sopocie, to już zwykły zbieg okoliczności.

Rok po festiwalu do jazzmana zwrócił się z prośbą student łódzkiej filmówki. Chciał, żeby Komeda stworzył ścieżkę dźwiękową do etiudy „Dwaj ludzie z szafą”. Studentem był oczywiście młody Roman Polański.
Komeda z początku nie chciał stworzyć muzyki do etiudy Polańskiego. Wydaję mi się, że to Zofia Komedowa przekonała męża. On chyba nie miał w sobie tyle odwagi, żeby skomponować muzykę filmową. Miał wówczas na swoim koncie dopiero jeden utwór, a mianowicie „Kołysankę”, którą grał ze swoim sekstetem na II Ogólnopolskim Festiwalu Muzyki Jazzowej w 1957 r. Polańskiemu udało się w końcu namówić jazzmana. „Dwaj ludzie z szafą” zdobyli później nagrodę w Brukseli.

Czytaj także: Duch jazzu w imponującej biografii Krzysztofa Komedy

To początek trwającej ponad dekadę przygody Krzysztofa Komedy z muzyka filmową.
Myślę, że ona i tak by się prędzej czy później zaczęła. Jazz w tamtym okresie przestał być ukrywany i źle widziany. Podkreślam, że nigdy nie był u nas zakazany. Równocześnie z Polańskim do Komedy zwrócił się Jan Lenica z prośbą o skomponowanie muzyki do swojej animacji. Komeda mu odmówił. Czuł strach przed jednym filmem, a co dopiero przed dwoma...

„Dwaj ludzie z szafą” to też początek wieloletniej współpracy Komedy z Romanem Polańskim. W 1968 r. zakończyła się ich największym wspólnym sukcesem: „Dzieckiem Rosemary”. Jaki tworzyli duet?
Wyjątkowo się rozumieli i lubili. Zofia Komedowa była zazdrosna o to ich porozumienie dusz. Jeden rozpoczynał zdanie, a drugi je kończył. Mieli kompletnie odmienne charaktery. Rosław Szaybo powiedział, że w tym duecie jeden był sforny, a drugi niesforny. Tym niesfornym był oczywiście Roman Polański. Bardzo się zaprzyjaźnili, przez co świetnie układała im się współpraca. Polański powiedział mi, że tylko mówił Komedzie mniej więcej, o co mu chodziło, i już potem go nie kontrolował. Przyjmował wszystko to, co skomponował, i za każdym razem wypadało genialnie. Ze względu na opór brytyjskich związków zawodowych Komedzie nie udało się jednak skomponować muzyki do „Wstrętu”. Był bardzo pożądanym kompozytorem. Jazzmani stali się w tamtym okresie kompozytorami muzyki filmowej, bo taka panowała moda. Miał świetny duet także z Jerzym Skolimowskim. Twórca zgadzał się na eksperymenty, o jakich marzył Komeda, a inni nie byli jeszcze gotowi. Poznali się w 1956 r. w Sopocie. Skolimowski był wtedy młodym człowiekiem, poszukującym swojej drogi życiowej. Pojawił się na próbie sekstetu Komedy i po jej zakończeniu zadeklarował, że będzie ich „najwierniejszym kibicem” w trakcie koncertu. Muzycy obawiali się przyjęcia na sopockim festiwalu. Byli pierwszym zespołem, który grał wyłącznie nowoczesny jazz. Skolimowski od tamtej pory zyskał sobie przydomek „kibic” i podróżował razem z sekstetem.

Krzysztof Komeda – jazzman czy kompozytor muzyki filmowej?
Jazzman przede wszystkim. U Komedy wszystko wyszło od jazzu. Oczywiście nie każda muzyka, którą komponował, była jazzem. Ale na początku był jazz.

Oglądała pani „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego?
Tak, i film bardzo mi się podoba.

Co pani sądzi o wątku jazzowym?
Jest realistyczny w warstwie obyczajowej.

Miłość w rytmie jazzu, poniekąd…
W rytmie oberka! (śmiech)

Można odnieść wrażenie, że Krzysztof i Zofia Komedowie od pewnego momentu również toczyli między sobą „zimną wojnę”.
To była wielka miłość, kiedy poznali się w czerwcu 1956 r. Szaleństwo. Krzysztof zszedł się z Zofią wbrew wszystkim. Potem przyszła proza życia... Jednak coś ich musiało łączyć, skoro byli ze sobą tak długo. Co to było? Nikt do końca nie wie. Jedni twierdzą, że była to po prostu czysta miłość. Inni – że wcale nie miłość, a interes łączył ich do końca. Według tej teorii Krzysztof z Zofią tworzyli „małżeństwo biznesowe”. Muzyk miał bardzo wygodne życie ze swoją żoną. Dosłownie wszystko mu aranżowała: herbatę i jajko po wiedeńsku, paszport, umowę i minutaż filmu. Tylko że chyba w pewnym momencie w tym wszystkim skończyła się miłość. Żadne z dwojga nie było bez wad. Oboje mieli skoki w bok i wzajemne zdrady. Jest jeszcze romantyczna wersja, o której słyszałam od znajomych Krzysztofa. Pytano go, dlaczego jest z Zofią, skoro tak się kłócą, a wręcz żrą. Odparł, że jest to pokuta za Marysię, jego wielką pierwszą miłość, z którą zerwał, kiedy poznał Zofię. Komeda miał swoje miłości, ale nie zdecydował się, żeby definitywnie zakończyć związek z żoną. W końcu wyjechał do Stanów, gdzie miał komponować muzykę do „Dziecka Rosemary”.

Jego wyjazd do Stanów Zjednoczonych w końcówce 1967 r. należy potraktować jako ucieczkę przed żoną?
Tak właśnie powiedzieli mi zarówno Roman Polański, jak i Tomasz Stańko. Ucieczka ucieczką... ale czy powiedział Zofii, że to już koniec? Znajomym miał opowiadać, że między nim a Zofią wszystko skończone. Więc albo Zofia nie przyjęła tego do wiadomości, albo przyjęła, a i tak postanowiła zawalczyć. Już miesiąc później, podkreślam: w tamtych czasach i warunkach, pojawiła się w Hollywood. Ale to już nie miało happy endu. Wyjechała pół roku później.

Czytaj także: Jazz żyje!

W czerwcu 1968 r. na ekranach kin debiutuje „Dziecko Rosemary”. Cała Ameryka nuci „Kołysankę” Komedy. Muzyk triumfuje. Hollywood czeka z otwartymi ramionami. To miał być dopiero początek, prawda?
Komeda był przekonany, że będzie żył wiecznie... Po premierze „Dziecka Rosemary” był tuż przed samym szczytem. Rozbił ostatni obóz i miał już wchodzić, kiedy nagle zmieniła się pogoda, mówiąc nomenklaturą himalaistów.

I na progu międzynarodowej sławy następuje feralny upadek ze skarpy.
Są dwie wersje tamtego zdarzenia. Wersja Andrzeja Krakowskiego, który był przy całym zajściu, oraz wersja nieobecnej wtedy Zofii Komedowej, którą opowiedział jej pisarz Marek Hłasko. Pierwsza wersja pojawia się w mojej książce. Nie mam powodu, żeby nie wierzyć Krakowskiemu. To nie jest tak, że usłyszałam ją z jego ust jako pierwsza. Po prostu wcześniej nie przebiła się do opinii publicznej. O upadku opowiadał w jednym z filmów dokumentalnych. Po co niby szanowany producent filmowy miałby przez tyle lat kłamać? Nie ma z tego najmniejszej korzyści i naraża się na niechęć środowiska, które od lat wierzy w wersję Zofii Komedowej.

Czytaj także: Wróciła kultowa seria „Polish Jazz”

W książce opisuje pani, że w Stanach o Christopherze Komedzie prawie nikt nie słyszał...
Dla nas, Polaków, to jest taka bardzo przykra rzecz, która dla reszty świata jest zupełnie oczywista. Nam się wydaje, że każdy musi znać Wisławę Szymborską i Czesława Miłosza. A Krzysztofa Komedę to już w ogóle... Napisał przecież w latach 60. jeden szeroko znany utwór. Jak to brzmi... Przejechałam Stany Zjednoczone z Los Angeles do Nowego Jorku, od zachodniego do wschodniego wybrzeża. Nikt ze zwykłych ludzi nie kojarzył Christophera Komedy. Przez dwa miesiące odwiedziłam naprawdę wiele miejsc i miałam okazję rozmawiać z różnymi ludźmi. Ani razu nie spotkałam się z błyskiem w czyimś oku na nazwisko „Komeda”. Co dziesiąty rozmówca kojarzył Romana Polańskiego i to nie do końca z powodu „Dziecka Rosemary”. Po Komedzie nikt oprócz Polaków nie płacze.

Historia alternatywna. A co gdyby do upadku nie doszło?
Trudno gdybać, ale jeśli... Rok później Krzysztof Komeda mógłby pójść na przyjęcie do domu Romana Polańskiego. Reżyser był w tym czasie w Londynie i mógłby poprosić przyjaciela, żeby przypilnował jego ciężarną żonę, aktorkę Sharon Tate. W nocy do domu wpadła banda Charlesa Mansona i zadźgała domowników. Wśród nich mógłby być Komeda. Mógłby nie pójść na imprezę i przeżyć. Dosłownie wszystko mogło się zdarzyć.

Wróćmy do rzeczywistości. Czy Komeda naprawdę był aż takim milczkiem?
Powiedziałabym, że Komeda był wsobny. Miał poczucie humoru. Bardziej słuchał, niż mówił, ale to wynikało z jego charakteru. Są też tacy ludzie. Mało mówił, ale miał w sobie charyzmę. Potrafił skupiać na sobie uwagę ludzi. Coś w sobie miał. Nie uzewnętrzniał się ani za dużo o sobie nie mówił. Pytałam Krystynę Sienkiewicz, o czym ze sobą rozmawiali. Aktorka odparła, że o niczym, tak po prostu sobie milczeli. Komeda umiał też gadać. Stawiał pytania i słuchał. Najbardziej lubił siedzieć i grać. Niestety właśnie to sprawiało mi trudności przy pracy nad książką. Szłam od człowieka do człowieka i ludzie nie za bardzo mieli mi do powiedzenia, co Komeda mówił. Na pewno lubił dowcip sytuacyjny. Pewnego razu wracali z kolegą po koncercie. Byli jak zwykle elegancko ubrani, tylko że tym razem zaszli do skupu butelek. Udawali kontrolę. Właściciel oznajmił, że nie ma policzonych butelek. Muzycy odparli, że w takim razie mu pomogą. Całą noc segregowali i liczyli te butelki, a Komeda skrupulatnie notował liczbę butelek na... papierze nutowym.

Milczenie Krzysztofa Komedy jest więc przeceniane?
Po prostu nie należał do ludzi gadatliwych, ale wcale nie był nieśmiały. Znał swoją wartość. Trochę był skrępowany faktem, że Zofia aż tak wypychała go do przodu. Wiedział, że to, co komponuje, jest dobre. Obrazuje to jedna historia. W Paryżu miał nagrywać z najlepszymi francuskimi muzykami. Ci krzywili się na niego i zastanawiali, co też ten przybysz zza żelaznej kurtyny tutaj nagra. Komeda powiedział Skolimowskiemu, że „będą inaczej gadać, jak zagrają”. Stało się tak, jak mówił.

Czy filmowa opowieść o Krzysztofie Komedzie jest tylko kwestią czasu?
Powstaje już film i znów mam takie szczęście, jak to było w przypadku Beksińskich i „Ostatniej rodziny”, że nie na podstawie mojej książki. Kiedy zaczynałam pracę nad biografią Komedy, wiedziałam już, że twórca „Jesteś Bogiem” Leszek Dawid zamierza nakręcić film o jazzmanie. Obraz miał się skupić na ostatnim roku życia muzyka, który spędził w Los Angeles. Kiedy jednak produkcja powstanie? Tego nie wiadomo. Miałam okazję rozmawiać z rzeczniczką prasową filmu. Scenariusz miał być gotowy, ale role nieobsadzone. Uważam, że Zofię Komedową powinna zagrać Joanna Kulig. Byłaby wprost idealna w tej roli. W „Zimnej wojnie” jest scena, w której jej bohaterka obraża się na Wiktora, granego przez Tomasza Kota, i wskakuje do jeziora. Zofia Komedowa jeden do jednego.

Na koniec mam pytanie, od którego raczej powinniśmy byli zacząć. Jaka historia kryje się za pseudonimem Komeda? Krzysztof Komeda tak naprawdę nazywał się Krzysztof Trzciński.
Każdy szanujący się jazzman musiał posiadać własny pseudonim. Modę rozpoczęli amerykańscy jazzmani. W sekstecie zaczęło się od tego, że muzyk raz przyszedł na próbę i przedstawił się jako Komeda. Nikomu nie wyjaśnił, dlaczego tak się nazywa. Inni przyjęli to do wiadomości i odtąd nazywali się „sekstet Komedy”. Sam pseudonim muzyka pochodził stąd, że w dzieciństwie często bawił się w Częstochowie na pewnym wewnętrznym podwórku. Według jednej wersji dzieci bawiły się w policjantów i złodziei, a według innej – w wojsko. Komeda był po chorobie Heinego-Medina. Spowodowała, że jedna z jego nóg była krótsza, przez co trochę kulał. W zabawie wcielał się w komendanta i przyjmował aresztantów. Na drewnianych drzwiach komórki, która służyła za areszt, zamiast komenda napisał kredą „komeda” lub „komęda”.

Zakończmy cytatem, który pojawił się w pani książce. Jean-Paul Sartre o jazzie: „Ta muzyka fascynuje, nie można o niej nie myśleć, nie daje najmniejszej pociechy”. Jazz nie daje najmniejszej pociechy?
A co ja Sartre′em jestem? (śmiech) Nie rozumiem, o co mu w ogóle chodziło. Jazz nie daje pociechy? Wręcz przeciwnie!

ROZMAWIAŁ ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama