Kultura

W ilustracji dla dzieci najważniejsze są emocje

Ilustracja z książki „Czary na Białym” Ilustracja z książki „Czary na Białym” mat. pr.
Atmosfera, kolor, bryła, kontrasty czy jakaś anegdota – to wszystko są środki, które mają oddawać emocje zawarte w tekście, ale też w historii zbudowanej na poziomie wizualnym – mówi Maria Dek, jedna z najbardziej utalentowanych ilustratorek książek dla dzieci.
Puzzle Londjimat. pr. Puzzle Londji
Maria Dekmat. pr. Maria Dek
Maria Dekmat. pr. Maria Dek
Plakat dla Opery Bałtyckiejmat. pr. Plakat dla Opery Bałtyckiej
Okładki różnych wydań „Good Morning, Neighbor”mat. pr. Okładki różnych wydań „Good Morning, Neighbor”
Okładka „Where in the World is Malo”mat. pr. Okładka „Where in the World is Malo”
Okładka „Czary na Białym”mat. pr. Okładka „Czary na Białym”
Ilustracja z książki „Where in the World is Malo”mat. pr. Ilustracja z książki „Where in the World is Malo”
Ilustracja z książki „Kiedy będę duży, kiedy będę duża”mat. pr. Ilustracja z książki „Kiedy będę duży, kiedy będę duża”
Ilustracja z książki „Czary na Białym”Arch. pryw. Ilustracja z książki „Czary na Białym”
Ilustracja z koreańskiego wydania „Good Morning, Neighbor”Arch. pryw. Ilustracja z koreańskiego wydania „Good Morning, Neighbor”

SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ: – Czym różniły się twoje studia artystyczne w Wielkiej Brytanii od tych w Warszawie?
MARIA DEK: – W Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie robiłam licencjat, a studia w Brighton, stolicy tamtejszej ilustracji, trwały zaledwie rok. Pojechałam tam dosłownie z pięcioma rysunkami w teczce, stanęłam w drzwiach i powiedziałam, że bardzo chcę tutaj studiować. Poza tym różna była formuła. Brytyjska edukacja artystyczna w ogóle nie stawia na praktykę. Mieliśmy wiele zajęć, które nazwałabym ideowymi. Dużo pogadanek, jakieś wycieczki w ważne miejsca, niekonieczne związane ze sztuką. Co prawda były zajęcia z modelem, ale nie były nastawione na realizm. Mogliśmy szaleć. Nie jestem przekonana, czy to było słuszne. Warto jednak mieć dobry warsztat i umiejętności, a dopiero później szaleć. A tam na umiejętności nikt za bardzo nie zwracał uwagi. To było coś w stylu artystycznego przedszkola, dlatego wróciłam z Brighton i zdecydowałam się na ASP. Nabrałam wprawy w ręce i mogłam to przełożyć na swoje ilustracje.

Jak to się stało, że książek wydanych za granicą masz więcej niż w Polsce? Francuscy czy kanadyjscy wydawcy oczekują czegoś innego od ilustratora niż polscy?
Jest o tyle łatwiej, że na rynku francuskim czy amerykańskim ilustrator ma po prostu więcej możliwości. Polski rynek w porównaniu z tamtymi jest dosyć mały. Poza tym jak tylko pięć lat temu zaczęłam na poważnie zajmować się ilustracją, pojechałam z teczką na targi do Bolonii. Chodziłam od jednego stoiska wydawcy do drugiego, dowiadując się, że jeśli chciałam mieć z kimś spotkanie, to należało umówić je wcześniej. Rok później zrobiłam to dobrze: poumawiałam się wcześniej i miałam już ze sobą fragmenty swoich książek.

Poznałam też wtedy swoją agentkę – Debbie Bibo, która zajmuje się sprzedażą licencji zagranicznym wydawcom. Zajmuje się negocjacjami finansowymi i czytaniem wszystkich małych druczków w umowach. Dzięki temu ja mogę skupić się na pracy twórczej. Ona też wie, komu moje ilustracje się podobają. Ale teraz wydawcy sami się już do mnie zgłaszają, choć i tak wszystko idzie przez agentkę.

To też nie jest standard, że już na początku kariery młoda ilustratorka ma swojego agenta.
To prawda, miałam dużo szczęścia. Poznałyśmy się w taki sposób, że podczas targów w Bolonii rozmawiałam na stoisku jednego z wydawców, a ona przechodziła obok i spojrzała mi przez ramię. Spodobały jej się moje prace i nawiązałyśmy kontakt. Bez Debbie nie byłoby mi tak łatwo, oszczędzam dzięki niej mnóstwo czasu.

Co w tworzeniu ilustracji jest dla ciebie najistotniejsze? Kolor, narracja, ukrywanie wizualnych smaczków czy anegdot?
Od samego początku w mojej ilustracji najważniejsze były i są emocje. Atmosfera, kolor, bryła, kontrasty czy jakaś anegdota – to wszystko są środki, które mają oddawać emocje zawarte w tekście, ale też w historii zbudowanej na poziomie wizualnym. Właściwie tylko na tym się skupiam przy tworzeniu książki, jej rytmu. Zawsze na początek robię szkice do konkretnych ilustracji, potem zajmuję się dobieraniem barw i budowaniem postaci. Zajmuje mi to sporo czasu, bo chcę wszystko zawsze zrobić porządnie. Dzieci to zauważają i czują.

Czytaj także: Ilustracje dla dzieci. Sztuka czy chałtura?

Ile czasu zajęło ci wypracowanie tego języka wizualnego i stylu, jakim posługujesz się dziś?
To jest ciągły proces, który trwa i daj Boże będzie trwał do moich 90. urodzin. Myślę, że jeśli chodzi o budowanie jakiegoś własnego stylu, to na pewno nie polecam nikomu przeglądania nagminnie prac innych ilustratorów. To jest plaga ostatnich lat. Młodzi ludzie siedzą teraz ciągle na Facebooku i Behance, oglądają cudze ilustracje i powstaje z tego mnóstwo plagiatów, słabych podróbek. Dla mnie takim kluczowym momentem było znalezienie odpowiedniej techniki. Obecnie używam akwareli, ale dosyć gęsto kładzionej. I ta akwarela to był przełom, wcześniej pracowałam kredkami. Dopiero na kursie ilustracji we Włoszech kilka lat temu kazano mi posłużyć się akwarelami. A od dziecka nie znosiłam malować farbami. Przemęczyłam się więc ten jeden dzień, a potem wróciłam do Polski i te akwarele jakoś zaczęły wkradać się do moich prac. W końcu je zdominowały. A jeśli chodzi o inspiracje, to na pewno natura, ale także malarstwo.

Jakie malarstwo?
Jestem wielką fanką malarstwa naiwnego i sztuki folkloru. Wielkim odkryciem była dla mnie pani Grandma Moses malująca landszafciki, robione wręcz dziecięcą ręką. Ale lubię też Kandinsky′ego i Olgę Boznańską. Ostatnio byłam na świetnej wystawie „Odloty” w warszawskim Muzeum Etnograficznym prezentującej ludowe, naiwne wyobrażenia ptaków.

Współpracujesz od jakiegoś czasu z Davidem Calim, jednym z najbardziej znanych europejskich twórców książek dla dzieci. To też zasługa twojej agentki?
Rzeczywiście, to agentka nas poznała; Davide współpracuje z nią przy innych swoich książkach, których jest bardzo dużo. Chyba w zeszłym roku świętował wydanie setnego tytułu. Davide znał moją twórczość, zdecydowaliśmy się na jeden tekst. A teraz, gdy już mój mały syn mi pozwoli, wracam do pracy nad kolejną książką Calego. To jest bardzo ciekawy, otwarty na sugestie autor. Nawet na zmiany dotyczące tekstu. Nie spodziewałam się, że taki pisarz pozwoli zmienić mi końcówkę swojego tekstu. Mamy też podobną wrażliwość.

Czytaj także: Polscy ilustratorzy podbijają świat

Czy teraz, gdy już masz tyle wydań zagranicznych swoich książek, jesteś w stanie się utrzymać tylko z tego? Czy nadal robisz jakieś zlecenia komercyjne?
Nadal je robię, ale nie chodzi tylko o aspekt finansowy. Praca nad książką to u mnie bardzo długotrwały proces. Od koncepcji w głowie, przesz szkice na papierze, następnie szkice czarno-białe, potem kolorowe. To wszystko trwa czasem rok, czasem dłużej. A zlecenia na plakat, wzory na koszulki czy puzzle to są bardzo przyjemne przerywniki. Mój umysł dzięki nim odpoczywa, choć ręka wciąż się ćwiczy. Traktuję to poważnie, mam z tego frajdę, w dodatku dobrze płatną. W tym wszystkim ważny jest też własny marketing. Gdy robię wzór na puzzle dla Londji, trafiam do zupełnie innego, szerszego grona odbiorców. Każdy taki komercyjny projekt rodzi kolejny.

Skąd pomysł, żeby wrócić z mężem z miasta na Podlasie, kupić stare domki w Białowieży i prowadzić w nich agroturystykę? Masz przecież mnóstwo pracy przy książkach.
Domków nie musieliśmy kupować, bo należą do moich rodziców. Są trzy, mają ponad sto lat, w jednym mieszkamy my, a dwa są dla gości. Dostaliśmy je z mężem do opieki. Prowadzenie agroturystyki „Morze Las” to pomysł mojego męża i to on się tym zajmuje, choć w remontach dwa lata temu bardzo mu pomagałam. Teraz biznes prowadzi całkowicie sam. I doskonale się w tym odnajduje.

Oczywiście na początku przeprowadzki było bardzo ciężko: brakowało mi miasta, rozmów z przyjaciółmi, życia kulturalnego. Dziś mieszkamy na końcu świata, kilkaset metrów od nas jest granica z Białorusią. Teraz, gdy urodził mi się Julek, nie wyobrażam sobie już życia w mieście. Do głowy by mi nie przyszło, żebym zamiast po lesie miała z nim chodzić w chuście na spacery po osiedlu. Do tego na tej przeprowadzce bardzo zyskały moje ilustracje. Cztery ostatnie tytuły aż kipią od miejscowej architektury drewnianej i takich szczegółów fauny i flory, o których wcześniej absolutnie nie miałam pojęcia. Teraz mam małą przerwę od tworzenia ilustracji i tak sobie poprzesuwałam kontrakty, żeby nacieszyć się synem. Wracam powoli do pracy od wakacji, a i tak zrobiłam bardzo dużo w czasie ciąży.

ROZMAWIAŁ SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ

Maria Dek – ilustratorka książkowa i projektantka graficzna. Jej książki ukazały się m.in. w Korei Południowej, Francji, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Pochodzi z Podlasia, mieszkała w Gdańsku, Warszawie, a niedawno wróciła w rodzinne strony i osiedliła się w Białowieży.

Czytaj także: Czy powstanie muzeum dawnych ilustracji?

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną