Kultura

Dlaczego „Terminator” wciąż wraca i nie może wrócić? Jest trzecie podejście

Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie”. Tu Linda Hamilton jako Sarah Connor Kadr z filmu „Terminator: Mroczne przeznaczenie”. Tu Linda Hamilton jako Sarah Connor mat. pr.
Nawet na tle współczesnej popkultury, która żyje kontynuacjami, nowymi wersjami i nieustannym przetwarzaniem zgranych hitów, seria o Terminatorze, elektronicznym mordercy z przyszłości, przyprawia o zawrót głowy.

Ogłoszony niedawno nowy odcinek – „Terminator: Mroczne przeznaczenie” – jest trzecią (!) próbą stworzenia szóstej części kultowego cyklu. Trailer wskazuje na powtórkę z rozrywki, ale ponowne pojawienie się aktorki Lindy Hamilton stawia wszystko w zupełnie innym świetle.

Krótka historia podróży w czasie

Pierwszy „Terminator” (znany wówczas w Polsce pod poetyckim tytułem „Elektroniczny morderca”) zrodził się z dwóch rzeczy. Pierwszą był pomysł Jamesa Camerona na to, jak zrealizować fantastyczne kino akcji mieszczące się w niedużym budżecie. Zamiast budować wizję przyszłości wymagającą drogich dekoracji, reżyser skorzystał z konceptu podróży w czasie i do współczesnego Los Angeles sprowadził Terminatora, czyli androida-zabójcę, który miał zgładzić Sarah Connor, matkę przyszłego przywódcy ruchu oporu.

Drugą z rzeczy był zimnowojenny lęk przed nuklearną zagładą. Terminator przybywał z postapokaliptycznej przyszłości, w której niedobitki ludzkości walczą z inteligentnymi maszynami systemu Skynet. Ów lęk był obecny nie tylko w kinie, komiksie („V jak Vendetta” Alana Moore′a) i literaturze cyberpunkowej, ale nawet w dyskotekowych przebojach („Forever Young” grupy Alphaville). Siłą filmu była brutalna akcja w wykonaniu Arnolda Schwarzeneggera, ale też intymny dramat i gorzkie zakończenie.

A potem przyszły lata 90., upadł mur berliński, a Francis Fukuyama ogłosił „koniec historii”. „Terminator 2: Dzień sądu” odwołał zagładę i zlikwidował fatum, a przede wszystkim uczłowieczył morderczą maszynę. Trudno zresztą robić film o złych komputerach, jednocześnie używając dobrych komputerów do robienia przełomowych efektów specjalnych.

Czytaj także: Lata 90. – zapomniana dekada wraca w popkulturze

Terminator wraca i wraca

Z perspektywy czasu widać, jak naiwna była to wizja – zarówno Camerona, jak i Fukuyamy. Historia przypomniała o sobie wraz z atakami na WTC 11 września 2001 r. Trzecia część filmu („Bunt maszyn”) powstała w 2003 r. (z Arnoldem, ale bez udziału Camerona) i było w niej czuć paranoiczny klimat dekady wojny z terrorem. Odwołana w drugiej części apokalipsa wydarza się, tylko później. Wątek kontynuowano w czwartym filmie, „Terminator: Ocalenie” z 2009 r. Z motywu podróży w czasie zrezygnowano na rzecz pokazania przyszłej wojny z maszynami. Wyglądała zupełnie jak współczesne wojny: latające nad pustynią mordercze drony polują na partyzantów.

Po sześciu latach powstał film, który ignorował część trzecią i czwartą. „Terminator: Genisys” był jednocześnie kontynuacją i restartem serii. Oto kolejne podróże w czasie sprawiły, że zmieniała się historia opowiedziana w poprzednich filmach. Zmienił się Skynet. Nie był już systemem obronnym przystosowanym do autonomicznych działań, który wymknął się spod kontroli, ale tytułową aplikacją Genisys. Tego konia trojańskiego zainstalowanego na każdym komputerze i smartfonie podstępnie przygotował wysłany z przyszłości cyborg.

Choć film był chaotyczny i źle obsadzony, jak każdy odcinek cyklu doskonale oddawał Zeitgeist – tym razem wyrażając lęki przed elektroniką, która nas otacza: internetem i aplikacjami, które miały nas połączyć, a okazały się narzędziami szpiegowskimi rządów i korporacji.

Czytaj także: Jak nie zostać niewolnikiem własnego smartfona

Co się stało z Sarah Connor?

Nie lubię drugiej części „Terminatora”, bo uważam oryginalny film za doskonały – pętla czasu, w której na zawsze uwięzione są ludzkie losy, dodała kinu akcji niespodziewanego wymiaru emocjonalnego. Optymizm „Dnia sądu” wydawał mi się zawsze fałszywy. Ale bardzo podobała mi się transformacja postaci Sarah Connor, matki zbawiciela. Była prostą kelnerką, którą musiał ocalić wysłannik ruchu oporu z przyszłości (nie uważam, żeby tamta Sarah była „damą w opałach” – była po prostu normalną dziewczyną), a stała się silną wojowniczką. I była to przemiana, która zaszła nie tylko na ekranie – przeobrazić się musiała Linda Hamilton, która wcześniej nawet nie myślała o tym, że zostanie gwiazdą kina akcji.

To, co najbardziej nie podoba mi się w sequelach, to brak tej silnej postaci. Z udziału w „Buncie maszyn” zrezygnowała sama Hamilton, gdy okazało się, że zaoferowana jej rola jest mało znacząca. Dlatego Sarah w filmie po prostu już nie żyje. Wraca w zrestartowanym „Genisys”, ale grana przez inną aktorkę (fatalnie wypadającą w tej roli Emilię Clarke) i ze zmienioną historią. Zamiast opowieści o zwykłej dziewczynie, która w obliczu nadciągającej mrocznej przyszłości własnymi siłami zmienia się w wojowniczkę, dostaliśmy opowieść o „silnej postaci kobiecej”, od dzieciństwa wychowanej (czy wręcz programowanej) przez Terminatora. Jakby za każdym sukcesem kobiety musiał stać jakiś facet.

Czytaj także: Wreszcie dobre seriale o przyjaźni między kobietami

Dawne księżniczki stają się wojowniczkami

I właśnie dlatego, chociaż „Mroczne przeznaczenie” (ignorujące wydarzenia z filmów powyżej drugiej części) robi wrażenie odgrzewanego już któryś raz kotleta, czekam na ten film. Wraca w nim bowiem ta prawdziwa Sarah Connor grana przez Lindę Hamilton. Może to jest element Zeitgeist, który wyrazi nowy film – czasy docenienia wojowniczych kobiet z własną agendą. Takich jak zbuntowana Furiosa z „Mad Maxa” czy komiksowa „Kapitan Marvel”, która wprawdzie dostaje magiczne moce, ale w rezultacie własnych odważnych wyborów.

W przypadku Connor/Hamilton dochodzi jeszcze jej wiek – chociaż Hollywood wciąż nie toleruje starszych aktorek (co widać w przypadku kontynuacji „Top Gun”), to niektóre dawne księżniczki stają się wojowniczkami. Tak było z Robin Wright – dość bezwolną tytułową „Narzeczoną dla księcia” czy workiem nieszczęść z „Forresta Gumpa”. W ostatnich latach wróciła jako amazonka Aniope w „Wonder Woman”, charyzmatyczna szefowa policji w „Blade Runnerze 2049” i wreszcie Claire Underwood w serialu „House of Cards”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną