Kultura

Niezrozumiałe ambicje ministra Glińskiego. Żąda „Mona Lisy” od Luwru

„Mona Lisa” w Luwrze „Mona Lisa” w Luwrze Forum
Minister Piotr Gliński na prośbę dyrektora Luwru o wypożyczenie „Damy z łasiczką” Leonarda da Vinci odpowiedział, że ją rozważy, jeśli oni zadeklarują nam wypożyczenie „Mona Lisy”. Dlaczego na pozór niegłupia oferta w gruncie rzeczy jest głupia bezdennie?

Miłośnicy narodowej dumy przyklaskują ministrowi. Albowiem na tzw. zdrowy rozum jego wypowiedź wydaje się całkiem sensowna. Skoro my mamy skarb, którego oni pożądają, a oni mają skarb, który chętnie gościlibyśmy u siebie, to czemu się nie wymienić? Wyjaśniam.

„Mona Lisa” Luwru prędko nie opuści

Wypożyczanie dzieł sztuki przez jedne muzea drugim jest praktyką częstą i regularnie stosowaną w międzynarodowym obiegu. Zazwyczaj taką prośbę wystosowuje się przy okazji dużych monograficznych, retrospektywnych wystaw, by w jednym miejscu zgromadzić cały (lub znaczący) dorobek konkretnego artysty czy grupy artystycznej. I z takim też przypadkiem mieliśmy tu do czynienia. Luwr pragnął pozyskać „Damę z łasiczką” na wielką retrospektywną wystawę z okazji 500. rocznicy urodzin włoskiego Mistrza.

Okazja więc była znacząca. A warto dodać, że z rzadka (a jeżeli już, to w żmudnych i poufnych negocjacjach) żąda się czegoś w zamian. Tu nie tylko zażądaliśmy, ale otwarcie, z butą i złośliwą satysfakcją, oznajmiając o tym światu na gminnej imprezie w Plichtowie pod Łodzią. Przy okazji ignorując fakt, że „Mona Lisa” od 45 lat nie opuściła Luwru i zapewne nie opuści go już nigdy.

Nic więc dziwnego, że właśnie na formę przekazu zwróciła uwagę była minister kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzata Omilanowska, dosadnie odpowiadając na Facebooku na zarzut, że przecież mamy prawo odmówić Luwrowi: „prawdziwy dyplomata mówi komuś »spierdalaj« w taki sposób, by ten poczuł podniecenie na myśl o zbliżającej się podróży”. No, jeśli tak, to Piotr Gliński zdecydowanie nie ma talentów dyplomatycznych. A ponoć wybiera się „w ambasadory”.

Czytaj także: Luwr się dusi od nadmiaru zwiedzających

Zapłacimy za arogancję ministra Glińskiego

Ponad pisanie o tym, co się stało (bo wydarzenie jest proste jak konstrukcja cepa), znacznie ciekawsza wydaje się odpowiedź na pytanie: co z tego wydarzenia wynika, jakie mogą być jego konsekwencje? Bezpośrednio zapewne żadne, bo dyrektor Luwru to człowiek z prawdziwymi talentami dyplomatycznymi. Zapewne więc nie zamknie z dnia na dzień wspaniałej wystawy polskiej sztuki mającej obecnie miejsce w oddziale muzeum w Lens. Zapewne nie odbierze też Muzeum Narodowemu w Warszawie depozytu starożytności, czego obawiał się Jacek Dehnel.

Ale arogancja z pewnością zostanie nam zapamiętana. Nie tylko przez Luwr, ale przez międzynarodowe środowisko muzealników. I przyjdzie czas, że powróci czkawką, gdy to nam będzie zależało, by coś z zagranicy pożyczyć. Nie mówiąc o tym, że o przebogatych zbiorach Luwru na długo możemy zapomnieć, odcinając sobie wszelkie możliwości negocjacji.

Cztery lata rządów PiS: W kulturze najlepiej się udała sztuka... dzielenia

Kolejna cegiełka do wizerunku Polski na świecie

Po drugie, utraciliśmy niepowtarzalną okazję, by pokazać się światu w najlepszym wydaniu. Oczywiście, zawsze możemy przekonywać, że to do nas należy pielgrzymować, by obejrzeć „Damę z łasiczką”. I że urodą wcale nie ustępuje ona „Mona Lisie”. Prawda jest jednak taka, że zaproszenie do Luwru to jak obsadzenie Daniela Olbrychskiego w głównej roli w filmie Scorsesego albo przyznanie Oldze Tokarczuk literackiego Nobla. Pewnych wyróżnień po prostu się nie ignoruje. To dopiero w blasku La Giocondy, uznawanej (słusznie czy niesłusznie, ale zgodnie) za najsłynniejszy obraz świata, mogłaby prawdziwie zabłysnąć nasza Cecilia Gallerani.

Po trzecie wreszcie, Piotr Gliński dołożył kolejną cegiełkę do światowego wizerunku Polski jako kraju rządzonego przez oszołomów i dyletantów, którzy największą radość czerpią, gdy mogą wejść na perski dywan w ubłoconych buciorach i z satysfakcją oświadczyć, że właśnie wstali z kolan.

A swoją drogą nie bardzo rozumiem ambicji ministra. Być może zapomniał, że całkiem niedawno mieliśmy już „Mona Lisę” w Polsce na wystawie zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Warszawie przez jego pupila dyrektora Jerzego Miziołka. Wówczas mu nie przeszkadzało, że zaprezentowano reprodukcję. Czemu więc teraz upiera się przy oryginale?

Czytaj także: Algorytm chaosu ministra Glińskiego

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną