Kultura

Nadszedł od północy... O „Wiedźminie” bez (dużych) spoilerów

Geralt z Rivii Geralt z Rivii Netflix / mat. pr.
„Wiedźmin” nadszedł w ośmiu odcinkach pierwszego sezonu. Czy spełnił oczekiwania? Jako rozrywka może się sprawdzić. Choć nie jako rozrywka z najwyższej półki.

Lauren S. Hissrich, showrunnerka, czyli twórczyni serii, studziła oczekiwania. Serial nie unieważnia książek Sapkowskiego i gier CD Projekt RED, tylko jest kolejną interpretacją tej historii, przenosi ją w inne medium. Dopowiadamy, uzupełniamy luki, dokładamy nowe perspektywy. W skrócie: „Siądźcie i po prostu pozwólcie się nam rozerwać”.

„Wiedźmin” ze średniej półki

„Wiedźmin” Netflixa jako rozrywka może się sprawdzić. Choć nie jako rozrywka z najwyższej półki, a co najwyżej ze średniej. Nie brak tu ładnych kadrów, magia też ma fajne momenty na ekranie, zwłaszcza ekspresowe zmiany krajobrazu via portale teleportacyjne robią wrażenie. Z potworów najlepiej wypadł ten pierwszy, najsłabiej zombiaki z finału, które raczej budzą śmiech niż zgrozę.

Nie bardzo niestety działają dopisane wątki, czyli opowiadane w serialu równolegle do historii Geralta z Rivii historie połączonych z nim mocą Przeznaczenia czarodziejki Yennefer z Vengerbergu i księżniczki Cirilli z Cintry. Hissrich dodanie ich tłumaczyła potrzebą postawienia kobiecych bohaterek na własnych nogach, a nie – jak jest rzekomo w oryginale – pokazywania ich przez pryzmat wiedźmina i w tle.

Geralt z Rivii i jego słynny końNetflix/mat. pr.Geralt z Rivii i jego słynny koń

U Sapkowskiego wszystko, co wiemy o przeszłości Yennefer, zawiera się w krótkim zdaniu. I to w zupełności wystarcza, sugeruje jej motywacje, ale ich nie wyjaśnia w pełni, a tajemniczość zdecydowanie pasuje do najpotężniejszej czarodziejki na Kontynencie. W wersji serialowej znika tajemnica, a jej miejsce zajmuje łopatologicznie pokazana, długa i bolesna – i dla bohaterki, i dla widza – relacja z łamania (także dosłownego) w szkole dla magów.

Ciri zaś na naszych oczach odbywa równie długą, co nudną wędrówkę z podbitej i spalonej Cintry w ramiona swego Przeznaczenia.

Czytaj także: Niezły biznes – gry komputerowe

Okruchy świata Sapkowskiego

Samo Przeznaczenie – odmieniane w serialu przez wszystkie przypadki, przywoływane co chwila i przez wszystkich, z bohaterami przemazującymi się przez ekran przez sekundę włącznie – sytuuje całość w klimacie baśni. I byłaby to baśń zdecydowanie dla dzieci, gdyby nie natężenie przekleństw i przemocy. W niektórych scenach twórcy naprawdę wykazali się inwencją, ale w tym wypadku nie jest to komplement.

A przecież Sapkowski pisał dla dorosłych. Wykorzystując konwencję fantasy, opowiadał o skomplikowaniu współczesnego świata. Odwoływał się do baśni, legend, przysłów i powiedzeń – błyskotliwie grał (z) nimi, co czyni z opowiadań i sagi majstersztyk ery postmodernizmu. Najlepszy jest nie wtedy, kiedy opisuje kolejne walki Geralta z potworami, ale gdy stawia swoich bohaterów przed dylematami, każąc wybierać mniejsze zło, ale też nie ustawać w poszukiwaniu dobra. Bez złudzeń co do ludzkości, każąc im mimo wszystko wierzyć w człowieczeństwo, tkwiące często w przedstawicielach gatunków innych niż ludzki. „Wiedźmin” rodził się w latach 90. XX w., tak jak pierwsze ważne książki Olgi Tokarczuk – i oboje autorów łączy, tak to nazwijmy, ekologiczne podejście do świata.

W serialu zostają z tego okruchy. Podobnie jak resztki zostają z cudownego, sarkastycznego poczucia humoru książek Sapkowskiego, ich ironii, no i gier słownych. To wynik przycięcia do minimum dialogów i monologów, bohaterowie tu nie rozmawiają, ale komunikują, przekazują informacje niezbędne do posunięcia akcji do przodu. A czasem zbędne – smok, zanim zionie ogniem w stronę agresora zmierzającego do wykradzenia „skarbu”, poinformuje: „Nie dopuszczę do tego”...

Czytaj także: Geralt z Rivii w hollywoodzkim stylu

Serial ratuje dobre aktorstwo.Netflix/mat. pr.Serial ratuje dobre aktorstwo.

Grosz za „Wiedźmina” od Netflixa

Wszystko to pewnie cena, jaką się płaci za dostosowanie dzieła do potrzeb widowni globalnej – Netflix jest obecny w 200 krajach – o różnych kompetencjach kulturowych, tradycjach itd. Efektem jest obniżenie poziomu, utrata warstwy filozoficznej, głębszego sensu.

Nie rekompensuje tego dobre aktorstwo, ale miło, że jest. Geralt z Rivii w wykonaniu Brytyjczyka Henry′ego Cavilla jest jeszcze większym mrukiem, niż był, gdy dwie dekady temu w filmie Marka Brodzkiego grał go Michał Żebrowski. Ma jednak swoje momenty. No i aktor jest naprawdę wspaniały w scenach walk – muskularny, zwinny, miecze dobrze leżą w jego rękach. Świetna jest Anya Chalotra jako Yennefer, przekonująca zarówno jako wszechmocna i pewna siebie czarodziejka, jak i kobieta desperacko pragnąca niemożliwego. Miło też, że między nią a Geraltem jest chemia.

Ciri Freyi Allan najlepsze momenty ma chyba jeszcze przed sobą, co jest raczej winą scenariusza niż umiejętności aktorki. Joey Batey jako Jasier rozkręca się powoli, za to jego pieśń sławiąca wiedźmina naprawdę wpada w ucho, jak przystało na prawdziwy przebój: „Rzućże grosz wiedźminowi/ o, Dolino Kwiatów,/ rzućże grosz, wiedźminowi/ To przyjaciel ludzkości”.

Za tego „Wiedźmina” grosz to dobra cena.

Czytaj także: Geralt z Netfliksa. Będzie wydarzenie na miarę „Gry o tron”?

Joey BateyNetflix/mat. pr.Joey Batey

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną