Kultura

Dużych chłopców zabawy w kino źle się kończą dla popkultury

Bohaterowie serialu „Stranger Things” Bohaterowie serialu „Stranger Things” mat. pr.
Box office zdominowały powroty do przeszłości. Reżyserzy nie radzą sobie z ciężarem swojego dzieciństwa i przykładają rękę do dominacji kultury remiksu, każącej robić to, co się opłaca. Czyli przetwarzać i odtwarzać.

Trudno kręcić filmy z miłości, skoro kinem rządzi pieniądz. Zwłaszcza tym wysokobudżetowym, które ma moc lepienia popkultury jak plasteliny. Do głosu doszło pokolenie wychowane na nierzadko bombastycznych hollywoodzkich spektaklach lat 80. Czyli mniej więcej moi rówieśnicy, z którymi łączy mnie kolektywne doświadczenie kina, i to mimo dzielących nas wtedy prawie niemożliwych do przebycia tysięcy mil, zasobności dziecięcej portmonetki i, oczywiście, ustrojowego tąpnięcia.

Czytaj też: Jak się rodziła polska popkultura

Fani kręcą filmy

Bo jeśli powtórzymy znany pogląd, tyleż trafny, co nie do końca sprawiedliwy, że tych czterdzieści parę lat temu Steven Spielberg i George Lucas bezpowrotnie popsuli kino, rozpoczynając gonitwę, której metą były coraz bardziej wyśrubowane wyniki box office, i inicjując erę nowoczesnego blockbustera, to dzisiaj za kolejne części „Gwiezdnych wojen” odpowiadają ludzie pamiętający wyjścia z rodzicami na przygody Luke’a, Hana i Lei. Oto sytuacja bezprecedensowa, gdyż mamy do czynienia z pierwszym pokoleniem wychowanym na nowoczesnej popkulturze, które stoi za sterami hollywoodzkiego molocha. A wysokobudżetowe filmy, częstokroć kolejne odcinki serii, które uwielbiali za młodu, kręcą ludzie dumnie określający się fanami.

Zdawać by się mogło, że to sytuacja wymarzona, bo przecież nikt nie zrozumie zagorzałego miłośnika komiksu tak jak inny zagorzały miłośnik komiksu. A takim jest Kevin Feige, człowiek zawiadujący potężnym Marvel Studios, odpowiedzialny za największe przeboje ostatnich lat. Hit z 2019 r. „Avengers: Koniec gry” pobił bodaj wszystkie możliwe rekordy finansowe.

Takie przykłady można mnożyć. Choć J.J. Abrams za dzieciaka chętniej oglądał „Star Trek”, to nakręcił aż dwie części ze świeżutkiej trylogii „Gwiezdnych wojen” (i tyleż z tamtej serii). Bracia Dufferowie od „Stranger Things” nigdy nie kryli, bo by się nie dało, że ich serial to istny list miłosny do przeżytego dzięki popkulturze dzieciństwa. Damon Lindelof, adaptując niedawno wybitny komiks „Strażnicy” Alana Moore’a dla HBO, dzielił się z dziennikarzami niepokojem, co też sobie pomyśli o nim autor jego ulubionego dzieła.

Czytaj także: Finał sagi „Gwiezdnych wojen” ma dziurawy scenariusz

Ekranowe powroty do przeszłości

Tyle że wyrwanie popkultury z rąk spasionego, chciwego burżuja, jak zwykło się portretować typowego hollywoodzkiego decydenta, odbyło się jedynie na poziomie pozornym. Ba, nostalgia za minionym stała się po prostu towarem, na który jest popyt. Abrams, Dufferowie i reszta zaspokajają go podażą. Rzecz jasna byłoby nieuczciwie stawiać sprawę tak kategorycznie, bo przecież MCU (czyli Marvel Cinematic Universe) wydało z siebie na przestrzeni lat niejeden porządny film, a serial „Watchmen” to pupilek krytyki jak świat długi i szeroki. Ale supremacja kina dużych chłopców jest na dłuższą metę szkodliwa. Praktycznie wszystkie wyżej wymienione produkcje to albo kontynuacje istniejących franczyz (proszę mi wybaczyć ten silnie umocowany makaronizm), albo na nich niemalże pasożytniczo żerujące. A to zjawisko niepokojące.

I nie jest to zramolała gadanina – sam przecież lubię te filmy i seriale – ale faktyczny problem, bo box office zdominowały powroty do przeszłości. Na nie tak dalekim horyzoncie są przecież jeszcze chociażby, nie licząc adaptacji rozmaitych dzieł komiksowych, „Matrix”, „Top Gun”, „Halloween” i „Ghostbusters”. Kasandryczne tony może i nie są konieczne, można by rzec, że taka już kolej rzeczy, a „prawdziwe” kino i tak dzieje się gdzie indziej, z dala od pobliskiego multipleksu. Ale machnięcie ręką na mainstream to błąd z uwagi na jego niemożliwą do przecenienia rolę kulturotwórczą. Owi duzi chłopcy nie potrafią poradzić sobie z ciężarem swojego dzieciństwa, przykładając tym samym rękę do dominacji kultury remiksu, każącej robić to, co się aktualnie opłaca, czyli przetwarzać i odtwarzać. Co grozi, niejako paradoksalnie, wyrugowaniem wyobraźni na rzecz ciągłego zwiększania opłacalności.

Czytaj też: „Matrix” wróci i ma sporo do nadrobienia

Hollywood musi się wysilić

Hollywood wydaje się żonglować kilkunastoma, może kilkudziesięcioma markami wykreowanymi przed paroma dekadami, bo przynajmniej na papierze zapewniają zwrot inwestycji, jako że są globalnie rozpoznawalne. Stąd wymyślanie nowych nie jest zbyt sensowne z perspektywy biznesowej. I stąd owi dorośli już chłopcy, zafascynowani możliwością przedłużenia dzieciństwa sobie (i nam), stają się swoistymi zakładnikami dużego biznesu. Muszą grać zgodnie z jego regułami.

Spełnienie poniekąd i moich dawnych marzeń – bo czym innym jest przekucie przygód komiksowych trykociarzy na wysokobudżetowe spektakle albo szansa na ponownie spotkanie z Lukiem Skywalkerem? – odbywa się kosztem nowych, świeżych scenariuszy, które są z natury ryzykowne. Znane marki to swoiste kotwice, dające poczucie bezpieczeństwa w kulturze nadmiaru, przesytu informacji oraz tymczasowości.

Ale choć takie filmy od Marvela nadal sprzedają się świetnie, to już ostatni „Terminator” otrzymał czerwoną kartkę, „Gwiezdne wojny” złapały zadyszkę i minął też termin przydatności „Facetów w czerni”. I dobrze, bo może przymusi to Hollywood do wymyślenia czegoś zupełnie nowego. Choćby po to, aby dzisiejsze dzieciaki miały do czego sięgać za tych 20 czy 30 lat.

Czytaj też: Po co kręcić nową wersję „Kevina samego w domu”?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną