Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Śląski Rembrandt

Michael Willmann zasłużył na tytuł „najlepszego spośród najmniej znanych malarzy”. Czy może się to zmienić po wystawie w Muzeum Narodowym we Wrocławiu?

Dlaczego Willmanna powszechnie nie znamy, choć na to zasługuje? Powodów jest kilka. Przede wszystkim fakt, że odziedziczyliśmy go właściwie przypadkiem, wraz ze zmianą granic w 1945 r. Staliśmy się gospodarzami Wrocławia i Dolnego Śląska, a wraz z tym – właścicielami sporej spuścizny po owym barokowym malarzu. Szacuje się, że w Polsce znajduje się dziś około 95 proc. jego dzieł. Słowem, trafił do kultury polskiej, a właściwie do kultury w Polsce, nie tylko niedawno, ale też bez jakichkolwiek utrwalonych skojarzeń. Wszak nie podtrzymywał narodu na duchu, jak Matejko, nie malował powstańców, jak Grottger, zakutych w kajdany Polonii jak Malczewski czy choćby naszych wierzb i żurawi jak Chełmoński.

„Ostatnia Wieczerza”, 1661 r.Arkadiusz Podstawka/Muzeum Narodowe we Wrocławiu„Ostatnia Wieczerza”, 1661 r.

Choć sporą wystawę urządzono mu w 1959 r., to poza zachwytami ekspertów był takim nieco gorącym kartoflem, który parzył zarówno narodowe, jak i socjalistyczne palce. Bo przecież z jednej strony Niemiec, czyli przedstawiciel narodu, który nie tak dawno zaszedł nam mocno za skórę. Gdybyż to jeszcze był Włoch, jak Bellotto, to byłoby jakoś zręczniej go promować. Zanurzony po czubek głowy w tematyce religijnej, co władzy w Polsce Ludowej także nie mogło się podobać. Nie po to budowaliśmy świeckie państwo, by za publiczne pieniądze karmić widzów widokiem świętych, męczenników i boskich przypadków. Tym bardziej że były to obrazy w swym wyrazie przekonujące, zatem tym bardziej niebezpieczne.

Ciekawe życie

Były wreszcie i powody obiektywne: prace Willmanna, w większości rozrzucone po kościołach, tylko w niedużej reprezentacji pojawiały się w stałych ekspozycjach największych polskich muzeów. Artystę (dobrze) znali historycy sztuki i (nieźle) miłośnicy sztuki na Śląsku. Ale już w Gdańsku, Warszawie czy Krakowie na hasło Willmann odzewem stawał się zazwyczaj duży znak zapytania.

Polityka 5.2020 (3246) z dnia 28.01.2020; Kultura; s. 76
Reklama