Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Sceny ciszy

Czy wrócą letnie koncerty i festiwale

Niezwykły bańkowy koncert The Flaming Lips w Oklahomie. Niezwykły bańkowy koncert The Flaming Lips w Oklahomie. The Flaming Lips / Youtube
Co uda się uratować z tegorocznego lata koncertowego? Chaotycznie prowadzony program szczepień budzi w branży rozrywkowej poważne obawy, że niewiele.
Przetestowana na covid 5-tysięczna publiczność grupy Love of Lesbians, Barcelona.Pau Vventeo/Europa Press/Getty Images Przetestowana na covid 5-tysięczna publiczność grupy Love of Lesbians, Barcelona.

Z koncertowego świata dochodzą oznaki życia. Można na przykład kupić bilet na występy Dawida Podsiadły, zaplanowane na koniec kwietnia w Toruniu. Albo na Krzysztofa Zalewskiego w Warszawie. Ale to fatamorgana. – To, że impreza figuruje w kalendarzu, wcale nie znaczy, że się odbędzie – informuje pracownica infolinii internetowej platformy Alebilet.pl. – To znaczy wiadomo już, że się nie odbędzie, bo przepisy nie pozwalają – precyzuje. Kupując dziś bilet, należy więc oczekiwać informacji o nowej dacie wydarzenia. A jeśli termin nam nie odpowiada, ubiegać się o zwrot pieniędzy.

Nadzieja na normalność przyszła pod koniec marca z Barcelony. W Palau de Sant Jordi grupa Love of Lesbians zagrała dla 5-tysięcznej publiczności, uprzednio poddanej obowiązkowi wykonania testów antygenowych. W ten sposób wyeliminowano szóstkę pozytywnych bezobjawowych. Negatywni musieli zakryć podczas koncertu twarze oraz zainstalować na swoich smartfonach wymaganą przez lokalne władze aplikację. W ceny biletów (23–28 euro) wliczono koszt testów i masek. Santi Balmes, lider zespołu, z nieskrywanym wzruszeniem mówił ze sceny o zawodowym zmartwychwstaniu. Jego koledzy nie potrafili ukryć łez. Poprzedni koncert grali ponad półtora roku temu.

Na razie nie słychać, by impreza stała się epidemiczną bombą. Ale na władzach innych krajów, dyktujących obywatelom styl życia w pandemicznej rzeczywistości, ten eksperyment nie robi wrażenia. Wizja tysięcy ludzi stłoczonych pod sceną, mających raczej luźny stosunek do covidowych rygorów bezpieczeństwa, jest jak na razie nie do zaakceptowania. Nawet w Wielkiej Brytanii, gdzie akcja szczepień idzie jak z płatka, jeśli chodzi o rozrywkę, obrano politykę małych kroków. Od 17 maja wszystkie imprezy masowe odbywające się pod dachem zostają otwarte dla tysiąca widzów. Na wydarzenia pod gołym niebem zostanie wpuszczonych maksymalnie 4 tys. osób. A na największych obiektach, gdzie istnieje możliwość rozrzedzenia tłumu – nawet 10 tys.

Festiwale dla wybranych?

Wciąż jednak nie wiadomo, co z brytyjskimi letnimi festiwalami. Już w styczniu odpuścili organizatorzy Glastonbury, jednego z najważniejszych świąt muzyki rockowej. Ale sprzedaż biletów na większość z pozostałych trwa w najlepsze. Wiadomo już jednak, że sprawny przebieg szczepień (do końca lipca brytyjski rząd planuje podać przynajmniej jedną dawkę wszystkim dorosłym obywatelom Wysp) to za mało – nie pozwoli w szczycie festiwalowego sezonu osiągnąć odporności populacyjnej. W związku z tym pojawiają się wątpliwości, komu przyznać prawo wejścia na teren wydarzenia. Tylko zaszczepionym dwoma dawkami? Tylko przetestowanym?

We Francji władze nie uległy argumentom organizatorów największego tamtejszego festiwalu metalowego Hellfest (z udziałem wielu międzynarodowych gwiazd), którzy deklarowali, że pokryją koszty testów dla wszystkich posiadaczy biletów (i odsieją tych pozytywnych). Tam dano jak na razie zielone światło imprezom dla maksymalnie 5 tys. widzów – pod warunkiem że zajmą miejsca siedzące, i to odpowiednio od siebie oddalone. Hellfest w takiej postaci organizatorzy nazwali herezją i spuentowali, że w muzyce na żywo szykuje się kolejne martwe lato.

W Polsce letnie festiwale pisane są palcem na wodzie. W przeciwieństwie do ubiegłego roku – gdy organizatorzy ulegli minorowym nastrojom i nie czekając na ewentualne zwycięstwo w walce z pandemią (którego ogłoszenie na potrzebę przeforsowania wyborów prezydenckich szykowała władza), kasowali jedną imprezę po drugiej – tym razem panuje nastrój nerwowego wyczekiwania. Czas biegnie: trzeba rezerwować artystów, potwierdzać zlecenia dla firm podwykonawczych, rozkręcać kampanię promocyjną. Jednak wciąż trudno przewidzieć, jak będzie wyglądać sytuacja epidemiczna w wakacyjnym szczycie sezonu koncertowego.

Darek Staniak z agencji Follow The Step, mającej w planach (w sierpniu) Fest Festiwal w Chorzowie, mówi, że w grę wchodzi powiększenie terenu imprezy przy jednoczesnym ograniczeniu liczby dostępnych biletów. Oraz wydłużenie imprezy ze zwyczajowych trzech do czterech dni. – Menedżerowie artystów regularnie proszą o aktualizację sytuacji. Nie pozostaje nam nic innego, jak śledzić rządowe komunikaty w sprawie restrykcji – dodaje.

Tymczasem organizatorzy największych imprez – Open’era, Pol’and’Rock i Off Festivalu – trzymają fason, chociaż dziś plenerowe wydarzenie takiego kalibru wydaje się mało prawdopodobne. Tomek Pochoryłko, menedżer zespołu Luxtorpeda, uważa, że nie ma co się nastawiać na większe imprezy: – Pewnie będą powielone wzory z ubiegłorocznych wakacji, kiedy to najpierw przeliczano liczbę widzów na powierzchnię, potem obowiązywały limity, począwszy od 150 osób. Myślę, że imprezy z udziałem 2 tys. fanów będą tego lata sukcesem. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Niektóre koncerty przekładałem już po trzy razy.

Sposób na przetrwanie

W branży mówi się, że jedyne, na co fani muzyki na żywo mogą liczyć, to koncerty i festiwale zaplanowane na świeżym powietrzu, ale w obrębie przeznaczonej do tego infrastruktury, a nie w warunkach polowych. Jerzy Głuszyk, rzecznik prasowy Pikniku Country w Mrągowie, wierzy, że impreza się odbędzie. Głównie z powodu umieszczenia jej w amfiteatrze, gdzie publiczność można rozsadzić, sprzedając tylko co drugie miejsce siedzące. – Tak zrobiliśmy rok temu – zaznacza. – Było sporo wyzwań związanych z organizacją pikniku w warunkach reżimu sanitarnego. Ale daliśmy radę. Sanepid, jeśli w ogóle był obecny, to dyskretnie. Naruszeń przepisów nie stwierdzono.

Nie ma się co łudzić, że będzie to piknik jak zwykle – z udziałem zagranicznych gwiazd. Jerzy Głuszyk dodaje, że problemy i niewiadome związane z koniecznością poddania się kwarantannie odstraszają muzyków z ojczyzny country – Stanów Zjednoczonych. Artyści wydają się już zresztą pogodzeni z tym, że o tradycyjnych trasach koncertowych trzeba na razie zapomnieć. Małgorzata Gracz, menedżerka metalowego zespołu Decapitated, mówi, że jeszcze niedawno, na przełomie roku, wydawało się, że jesienią będzie można wrócić na sceny. Ze świata nieśmiało spływały zaproszenia, ale zespół jednak nie zdecydował się ich przyjąć. – Mieliśmy złe doświadczenia z przerwaną trasą poprzedniej wiosny. Promocja i organizacja kosztowały niemało, trzeba było pogodzić się ze stratami. Ekipa na trasach, w których bierze udział kilka zespołów, liczy nawet 30 osób. Jeden pozytywny wynik covidowego testu i wszystkie plany biorą w łeb. Poczekamy na szczepienia i powrót normalności – mówi.

Skoro zamarł eksport, również importu nie należy się spodziewać. Alter Art, organizator Open’era, już na początku marca ogłosił smutną wiadomość o nieobecności jednej z głównych gwiazd – Tomorrow’s Modern Boxes, którego liderem jest Thom Yorke z Radiohead. Ciągu dalszego na razie nie ma, bo żaden festiwalowy organizator nie chce być posłańcem złych nowin. Zwłaszcza uderzających bezpośrednio w jego biznes. Lepiej więc milczeć i pozwalać nabywcom biletów żyć w nadziei, że impreza odbędzie się z grubsza zgodnie z planowaną obsadą, niż zmierzyć się z problemem zwrotu pieniędzy za wejściówki.

Najbliższą przyszłość można wypełniać iluzjami. Dziś ogłosić wygłodniałym fanom dobrą nowinę o przyjeździe gwiazdy, a za jakiś czas wycofać się rakiem z powodu działania siły wyższej. Tak było choćby z koncertem Iron Maiden na Stadionie Narodowym. Obiekt funkcjonował już jako tymczasowa lecznica dla chorych na covid, gdy ogłoszono, że brytyjscy weterani heavy metalu wystąpią na nim 11 czerwca. Ostatecznie koncert został przełożony o ponad rok – na 24 lipca 2022 r. – To po prostu sposób agencji koncertowych na przetrwanie dzięki pieniądzom fanów – mówi osoba z branży.

Kupować na zapas?

Ale fani są ostrożni. – Sprzedaż biletów idzie słabo – mówi pracownica Alebilet.pl. I dodaje, że sama ma zamrożonych trochę środków w ubiegłorocznych, nieodbytych wydarzeniach. Zastanawia się, czy nie kupić wejściówek na zapas, bo w 2022 r., jeśli pandemia zostanie pokonana, należy się spodziewać prawdziwego wysypu imprez (mają wystąpić m.in. Guns’n’Roses, Sting, Aerosmith i Pearl Jam). Wygłodniała publika rzuci się na bilety, więc ceny mogą skoczyć. Darek Staniak mówi, że koszty przekładanych raz po raz imprez rosną, a artyści nie akceptują niższych gaż. – Próbują przerzucić na agencje koszty ponadrocznej przerwy w pracy. Trzeba liczyć się z tym, że ceny biletów pójdą w górę – przyznaje.

Niedawny paradoks: mimo całkowitej hibernacji biznesu cena akcji Live Nation – gigakorporacji organizującej w przedpandemicznych czasach około 20 tys. koncertów rocznie na całym świecie, a i w Polsce bliskiej monopolu na wydarzenia stadionowe z zachodnimi gwiazdami – osiągnęła rekordowe poziomy. Eksperci tłumaczyli, że inwestorzy kupują w ten sposób przyszłość: spodziewają się, że Live Nation wyjdzie z kryzysu jeszcze mocniejszy niż wcześniej, połykając mniejszą konkurencję. Jednocześnie firma zwalniała niemających czym się zająć pracowników – z jej polskiego oddziału musiała odejść dobrze ponad połowa personelu. W branży mówi się, że Live Nation może wkrótce złożyć propozycje nie do odrzucenia mniejszym polskim agencjom, tak jak zrobiła niedawno ze znaną poznańską firmą Go Ahead. A im większy będzie miała udział w polskim rynku, tym bardziej bezpardonowo narzuci ceny biletów, również na imprezy klubowe. – Trzeba przyznać, że chłopaki z Go Ahead zrobili dobry biznes, bo sprzedali firmę tuż przed wybuchem pandemii. Ale czy Live Nation pójdzie za ciosem i jeszcze mocniej rozepcha się na rynku? Wątpię. Skupi się raczej na organizowaniu koncertów stadionowych. Żeby wycisnąć ile się da ze swoich dotychczasowych zasobów – uspokaja osoba ze środowiska.

Ekskluzywne wydarzenia koncertowe na mniejszą skalę odbywają się i teraz – grupa The Flaming Lips zagrała w tym roku w rodzinnej Oklahomie serię bezpiecznych koncertów dla publiczności w wypełnionych powietrzem bańkach. Cena biletu wysoka – 200–400 dol. – ale za to płaciło się od razu za całą bańkę, do której można było doprosić znajomego lub kogoś z rodziny.

Rynek zepsuty, przepisy martwe

Organizatorom koncertów i festiwali przetrwanie zapewnia nie tylko cierpliwość nabywców biletów, ale również państwowa pomoc. Alter Art dostał z Funduszu Wsparcia Kultury ponad 660 tys. zł. Założona przez Artura Rojka fundacja Independent (organizator Off Festivalu) – 1,8 mln. A agencja Follow The Step – tyle samo. – Dotacje miały swoje przeznaczenie – tłumaczy Darek Staniak. – Nam udało się dzięki nim zorganizować w ubiegłym roku m.in. cykl koncertów „Lato na Pradze” oraz projekt non profit Otwarta Kultura, realizowany z myślą o młodych lokalnych artystach.

Na upublicznionej przez Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu liście beneficjentów licznie reprezentowane są również firmy z branży techniki estradowej. Czarne wizje posuchy koncertowej, roztaczane już latem ubiegłego roku, nie doprowadziły do krachu lokalnych firm zajmujących się oświetlaniem i nagłaśnianiem wydarzeń muzycznych. Piotr Zajkiewicz, współwłaściciel firmy ZIKE Labs, mówi, że pomoc, owszem, nadeszła, ale wielu kolegów z branży trwa dzięki własnej zaradności oraz elastyczności. – Przekwalifikowali się głównie na kierowców tirów, kurierów oraz specjalistów od fotowoltaiki – dodaje.

Jego zdaniem specyfika branży się nie zmieni: wciąż będzie się opierać na małych firmach budowanych i zarządzanych przez pasjonatów muzyki, kierujących się sobie tylko znanym rachunkiem ekonomicznym, zgodnie z którym biznes, który nie ma prawa się spinać, w realu jakoś działa. – Ci, którzy porywali się na prawidłowe kalkulacje, zyskiwali miano abstrakcyjnie drogich i wypadli z gry jeszcze przed pandemią – opowiada Zajkiewicz. – Rynek jest zepsuty, a przepisy martwe. Nagłośnienie może zrobić właściwie każdy. Podobnie jak zbudować scenę. Mimo że w teorii trzeba się trzymać Prawa budowlanego, nikt tego nie weryfikuje. Efekt jest taki, że w Polsce średnio dwie sceny rocznie się walą. Również takie, które wcześniej się nie waliły. Ale ponieważ nie ma ofiar, nikt się tym za bardzo nie przejmuje.

Takie wypadki mają miejsce na festynach w rodzaju Dnia Ziemniaka, ze swej istoty darmowych. Zajkiewicz uważa, że tego lata to właśnie one znów wypełnią harmonogram imprez muzycznych. – Organizatorzy koncertów z prawdziwego zdarzenia, z którymi współpracuję, na razie nie wykonują żadnych ruchów, bo przecież rezerwowanie artystów oraz promocja kosztują. Poza tym pojawia się obawa, czy wraz z uruchomieniem piwnych ogródków nie zostanie w narodzie zaspokojony pierwszy imprezowy głód. A poturbowane finansowo pandemią młode pokolenie, czyli naturalna koncertowa publika, będzie pewnie musiało zacisnąć pasa – dodaje.

Przedstawiciele biznesu techniki estradowej doczekali się audiencji u ministra Piotra Glińskiego. Zaprezentowali swój pomysł na organizację plenerowych imprez pod specjalnym nadzorem. Ścieżkę przetarł im Paweł Kukiz, praktycznie rzecz biorąc, kolega z branży. Wydaje się, że partia rządząca podczas sejmowych głosowań będzie musiała niebawem liczyć na jego łaskawość. Nadarzy się okazja, by wymóc na niej odwzajemnienie przysługi.

Polityka 18.2021 (3310) z dnia 26.04.2021; Kultura; s. 106
Oryginalny tytuł tekstu: "Sceny ciszy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Arabowie szukają mistrzów

Siła nauki arabskiej w okresie klasycznym to otwartość na zmiany, ale też zwykła ciekawość świata.

Mateusz Wilk
06.05.2014
Reklama