Kultura

Państwo Podziemne jak McDonald′s. Artyści walczą o niezależność

Praca Szymona Szymankiewicza, która wzbudziła wątpliwości radomskiej Młodzieży Wszechpolskiej. Praca Szymona Szymankiewicza, która wzbudziła wątpliwości radomskiej Młodzieży Wszechpolskiej. Szymon Szymankiewicz / Arch. pryw.
Młodzież Wszechpolska zgłasza pracę Szymona Szymankiewicza do prokuratury. W Łodzi dzieła Marcello Zamenhoffa obrażają uczucia religijne, a katowicka ASP nie wysyła obrazów absolwenta na konkurs dyplomów. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej publikuje manifest, żądając wolności i praw socjalnych dla artystów.
Manifest twórcówArch. pryw. Manifest twórców

W ostatni weekend z okazji 45. rocznicy Radomskiego Czerwca odbył się Festiwal Wolności – Free(Ra)dom Festiwal. W programie wydarzenia poświęconego tematyce wolności znalazła się m.in. wystawa „Ra(n)dom”, na którą złożyły się plakaty autorstwa Szymona Szymankiewicza.

Wśród prac umieszczonych na pl. Corazziego znalazły się te przedstawiające m.in. błyskawicę znaną ze Strajku Kobiet pod gmachem Sejmu, postać z maseczką przypominającą wózek z hipermarketu, ale też logo Państwa Podziemnego, stworzone na bazie czcionki znanej z restauracji McDonald′s. Tym ostatnim obrażeni poczuli się przedstawiciele radomskiej Młodzieży Wszechpolskiej.

„Nie kpijmy (…) z polskiego symbolu walki o wolność w tak ordynarny sposób. Jest on dla Polaków po prostu czymś ważnym – napisali w oświadczeniu na Facebooku. – Gdyby autor prac oddawał na wystawie hołd walczącym o wolność, to dyskutowana praca miałaby być może zdrowy przekaz. Ale widząc inne prace autora umiejscowione tuż obok lub ogółem całokształt jego twórczości, to nie ma żadnych wątpliwości, że wcale mu na sercu nie leży dobro polskiej wspólnoty narodowej, a za cel postawił sobie po prostu dekonstrukcję symboliki tworzącej nasz narodowy mit”.

Dwie prace zostały zniszczone, Młodzież Wszechpolska złożyła do prokuratury zawiadomienie o zniesławieniu, a jedna osoba prywatna poczuła, że obrażono jej uczucia. Wraca dyskusja, co artysta może, a czego nie – sam zainteresowany zapowiada, że będzie walczył o wolność słowa i zrozumienie jego przesłania.

Czytaj też: Awantura o galerię

Szymankiewicz o trywializacji wojny

Szymankiewicz wysłał do Radomia swoje portfolio ze 150 pracami, które opublikował w mediach społecznościowych. Wyboru mieli dokonać organizatorzy – randomowo (ang. przypadkowo), zgodnie z tytułem, grając tym słowem z nazwą miasta. Choć plakaty powstawały przy okazji różnych wydarzeń, w różnych kontekstach, to wspólny dla nich okazał się mianownik wolności.

Reakcja Młodzieży Wszechpolskiej jest kuriozalna, świadczy albo o cynizmie ich działaczy, albo o absolutnym braku najprostszych kompetencji kulturowych, które wystarczą, by zrozumieć ten plakat – opowiada artysta. – To jest jasna wypowiedź przeciwko „patriotycznym” koszulkom, pościelom i majtkom ze znakami powstania. By wojna znów się nam nie przydarzyła, nie możemy trywializować poprzednich. To praca o przerabianiu grozy II wojny i powstania warszawskiego na marketingową opowieść, na której chcą skorzystać różne firmy i politycy.

To nie pierwsza z prac Szymankiewicza, która wywołuje dyskusję. W 2019 r. stworzył plakat „Loading”, który zjeździł wystawy i przeglądy m.in. w Berlinie, Hongkongu, La Paz, Londynie, Moskwie, Paryżu, Pradze, Szanghaju i Teheranie.

Przedstawia niewyraźną swastykę w czerwieni, której kolor można rozpoznać po fragmencie pracy, przypominającym kawałek tortu. Jak w programie komputerowym: kiedy całość wkrótce się załaduje, swastyki może być więcej. Inspiracją był marsz polskich nacjonalistów, którzy w styczniu dwa lata temu w rocznicę wyzwolenia Auschwitz przemaszerowali przez Oświęcim, krzycząc: „Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę!”. Szymankiewicz otrzymał Złoty Medal na 26. Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach, ale śląski marszałek Jakub Chełstowski z PiS wycofał 10 tys. zł nagrody dla zdobywcy. Urzędnicy tłumaczyli się m.in. koniecznością wsparcia lokalnych instytucji kultury.

Szymankiewicz jest absolwentem i wykładowcą Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Inne jego znane prace to m.in. wieszak w kształcie Polski, który stał się symbolem Strajku Kobiet, czy minimalistyczny nóż z ukrytym profilem twarzy Jarosława Kaczyńskiego. Plakaty zaangażowane społecznie przeżywają w Polsce renesans. – Działają jak pigułka, która zawiera najważniejsze elementy tematu, jej konteksty i puentę. Kiedy ich treść dociera do głowy odbiorcy, rozpakowuje w niej te wszystkie sensy, zaraża myślą, wątpliwościami. W świecie, w którym szybko mijamy tyle bodźców na ulicach i w internecie, plakat ma taką siłę: mówi wprost, krótko i treściwie. Jest jak wbicie szpilki czy kija w mrowisko – wyjaśnia Szymankiewicz.

Czytaj też: Odzież katolicka dla pań i panów

Sztuka na cenzurowanym

I może dlatego tak szybko wywołuje kontrowersje. Ale nie tylko plakat, a wszystko to, co związane z tym, co się w Polsce dzieje. Ostatnie tygodnie to więcej działań cenzurujących różne dzieła. Katowicka Akademia Sztuk Pięknych postanowiła nie wysyłać pracy Pavlo Kazmina na konkurs „Najlepsze Dyplomy w Gdańsku” mimo oceny celującej na jego dyplomie magisterskim. Młody artysta nawiązuje w niej do Strajku Kobiet i hasła „J***ć PiS” – opublikował na Facebooku list od dziekan uczelni: „Jako uczelnia publiczna nie możemy zapomnieć, że obowiązuje nas zasada apolityczności. (…) Stąd po ponownym przeanalizowaniu regulaminu konkursu podjęto decyzję, by Pańskich prac nie zgłaszać do Ogólnopolskiej Wystawy Najlepsze Dyplomy Akademii Sztuk Pięknych 2020 w Gdańsku”. Zasugerował też, że przyczyną może być obawa placówki przed konfliktem z rządem i obcięciem budżetu.

W maju podobna obawa zapanowała w Krakowie – dyrekcja tamtejszej Cricoteki postanowiła zdjąć dwie prace krytykujące rząd: performens kolektywu Czarne Szmaty i prace Krzysztofa Powierży „Banery z Placu Wilsona – 30.10.2020”, na które składają się transparenty z ubiegłorocznych protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, także z antyrządowymi hasłami.

Zaprezentowano je w ramach zbiorowej wystawy „Powaga sytuacji”, która miała pokazać moc protestu właśnie i to, jaki artystyczny potencjał ma rzeczywistość. Finalnie organizatorzy wystawy nie otworzyli w ogóle, ograniczając się jedynie do oświadczenia na stronie photomonth.com: „Uważamy, że to dzieło może zostać odebrane jako manifestacja polityczna, na którą (…) nie może być miejsca w Cricotece, przekonanej o potrzebie dążenia do neutralności światopoglądowej. (…) Kompromis wypracowany w toku wielogodzinnej dyskusji z udziałem wszystkich zainteresowanych stron polegać miał na przeniesieniu instalacji Krzysztofa Powierży do innej przestrzeni ekspozycyjnej, poza murami Cricoteki, ale nadal jako część wystawy. Rozwiązanie to nie spotkało się ze zrozumieniem części artystów i artystek, z których przynajmniej dwoje zapowiedziało jej bojkot”.

Do kolejnej kontrowersji doszło w Łodzi. Na Fotofestiwalu zamknięto wystawę Marcello Zamenhoffa – pod tym pseudonimem ukrywa się Piotr Wygachiewicz, jeden z najbardziej aktywnych reprezentantów łódzkiego środowiska artystycznego. Na wystawę zaprosił go kurator wydarzenia prof. Józef Robakowski. Prace „Waginy” nawiązujące do wystawy „Wenus polska” z lat 70. przedstawiają postaci religijne i symbole narodowe na tle wagin. Treści obrażających uczucia religijne lub znieważających znaki państwa dopatrzyła się w nich Agnieszka Wojciechowska van Heukelom, łódzka polityczka i działaczka społeczna, która złożyła doniesienie do prokuratury. Organizatorzy wydali oświadczenie, w którym piszą, że nie ingerują w treść artystyczną, a wystawa była opatrzona ostrzeżeniem.

Reaguje więc środowisko artystów, które razem z Obywatelskim Forum Sztuki Współczesnej opublikowało manifest. Inicjatywa od ponad dekady walczy o prawa artystów i artystek, zabiegając o konieczne w środowisku kultury zmiany prawne i instytucjonalne. „Żądamy urzeczywistnienia projektów, które były cenzurowane i odwoływane ze względów politycznych, obyczajowych, światopoglądowych i religijnych”, piszą w tekście.

W zasadzie każdy rząd nie tylko nie docenia naszej pracy, wartości, jaką niesie sztuka współczesna w budowaniu społecznych więzi, ale również nie rozumie, jak ciężka i nisko płatna jest ta praca – opowiada Łukasz Surowiec, artysta wizualny, współautor manifestu. – Jesteśmy całkowicie pominięci w systemie prawa. Dotyczy to wszystkich twórczyń i twórców, w tym kuratorek i kuratorów, edukatorek i producentek sztuk wizualnych. Mamy wrażenie, że jedyne, co władza robi, to skutecznie nas kontroluje.

Czas pandemii na nowo rozpoczął dyskusję na ten temat, ponieważ artyści i artystki byli w bardzo trudnej sytuacji. Teraz rodzi się pytanie, co mogą w swoich pracach powiedzieć. Surowiec zwraca uwagę, że do aktów cenzurowania dochodzi najczęściej wtedy, gdy chce się zabrać głos na jakiś niewygodny społeczny czy polityczny temat. – Instytucje publiczne w obawie przed sponsorem – w Polsce głównym jest społeczeństwo, ale niestety zarządzane przez reprezentującą je władzę ­– nie chcą do tego dopuścić i projekty nie są realizowane. W takich warunkach nie da się tworzyć, pełnić podstawowej misji rozpowszechniania kultury ani być krytycznym.

Czytaj też: Cenzura w Muzeum Narodowym w Warszawie nie ma precedensu

Artyści walczą o swoje prawa

Autorzy manifestu żądają autonomii, immunitetów twórczych, chroniących, a nie kontrolujących, ale też sugerują zakaz uczestnictwa urzędników w komisjach eksperckich przyznających granty i stypendia. I likwidację art. 196 kodeksu karnego, przewidującego kary za obrazę uczuć religijnych.

Tematowi poświęcona jest też publikacja „Projekty. Niezrealizowane historie sztuki”. Opisuje niezrealizowane w ostatniej dekadzie prace takich artystów jak Krzysztof Wodiczko, Zuzanna Janin, Joanna Rajkowska, Oskar Dawicki, Zbigniew Libera, Katarzyna Górna, Honorata Martin, Hubert Czerepok, Dorota Nieznalska, Anna Baumgart i Bogna Burska. Nie doszły do skutku z różnych powodów – ocenzurowania, niewygranych konkursów, braku pieniędzy lub okazji pozwalającej na realizację. Jak zauważają jej twórcy, praktycznie każdy artysta i artystka ma taki projekt.

Publikacja powstawała w momencie, gdy doszło do cenzury w Cricotece, notabene instytucji, gdzie umieściliśmy nasz warsztat-drukarnię Lotnego Domu Wydawniczego – wyjaśnia Marta Romankiv, współautorka wydawnictwa. – W takich wypadkach w środowisku sztuk wizualnych stosuje się zazwyczaj jedną z dwóch strategii: albo bojkot, brak partycypacji w działaniach instytucji, albo okupację. Manifestem oraz naszym pozostaniem w instytucji wybrałyśmy tę drugą opcję. Nie chcemy oddawać pola. Wymawiamy posłuszeństwo dyrektorom i dyrektorkom, przypominamy, że instytucje są nasze: artystów i odbiorców, a nie władzy.

W tworzeniu manifestu wzięło udział łącznie ok. 120 osób. Jest skierowany do dwóch grup: z jednej strony to apel i żądania do środowiska, instytucji kultury i ich dyrekcji, z drugiej do polityków. – Bez odwagi dyrektorek i dyrektorów i ustaw gwarantujących nam niezależność twórczą od decyzji władzy nie możemy mówić o rozwoju sztuki – twierdzi Romankiv.

OFSW zwraca uwagę na świadczenia socjalne: konieczność wynagradzania za projekty, nawet jeśli nie dojdą do skutku, ubezpieczenia i świadczeń medycznych, systemu opieki dla artystek i artystów mających dzieci oraz ustanowienia dochodu podstawowego. To tematy, o których rozmawia się od dekady i które wpisują się w dyskusję nad planowaną ustawą o artyście zawodowym.

Póki nie powstanie jasna definicja statusu artysty i tego, kim on jest, trudno domagać się swoich praw – wyjaśnia Surowiec. – To fundamentalne i bardzo ważne, aby wzmocnić ten manifest i inne niezawarte w nim żądania związane z pracą zawodową, ubezpieczeniem, emeryturą. Zanim jednak to nastąpi, będziemy wywieszać manifesty w galeriach sztuki, instytucjach kultury i na akademiach, a książkę dystrybuować wszelkimi kanałami, przeznaczając dochód ze sprzedaży na poczet niewypłaconych honorariów artystek i artystów za pracę projektową. Będziemy tworzyć historię sztuki niezależnie od tego, kto i czy nam na nią pozwoli.

Czytaj też: Z czego dziś żyją muzycy? Na streamingu nie zarabiają

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Za murami seminariów. Co chłopaków tam pcha? Jak sobie radzą?

Dziś mamy w Polsce ponad 70 seminariów, gdzie klerycy przez sześć lat są przygotowywani do swego zawodu.

Adam Szostkiewicz
24.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną