Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

David Lowery. Między Piotrusiem Panem a horrorem

Kadr z filmu „Zielony rycerz. Green Knight” Kadr z filmu „Zielony rycerz. Green Knight” mat. pr.
Amerykański reżyser David Lowery opowiada m.in. o swoim filmie „Zielony rycerz. Green Knight” i o pracy na planie disneyowskiej superprodukcji „Peter Pan & Wendy”.

MARCIN ZWIERZCHOWSKI: Ostatni pana film, „Zielony rycerz. Green Knight”, z powodu wybuchu pandemii miał opóźnioną o ponad rok premierę. Jak to wpłynęło na ten obraz?
DAVID LOWERY: Szczerze mówiąc, ta sytuacja mnie ucieszyła. Oczywiście nie cieszyłem się z powodu pandemii, ale z tego, że premiera się przesunęła – czułem, że jeszcze nie wszystko dopracowałem. Zyskałem dodatkowy miesiąc–dwa, a kiedy jak cały świat próbowałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nabrałem do swojego dzieła pewnego dystansu. Po tej krótkiej przerwie otworzyłem program do edycji i zacząłem ponownie nad tym filmem pracować. Wspaniałe było to, że nie mieliśmy jeszcze nowej daty premiery i nie wisiał nad nami żaden deadline. Pracowałem bez presji.

Wcześniej wyglądało to tak, że gdy kończyłem jeden film, brałem już udział w preprodukcji kolejnego. To rozdarcie przyprawiało mnie o szaleństwo. Z „Zielonym rycerzem” miałem komfort. Nie musiałem już zrywać się co rano, by oglądać propozycje lokacji zdjęć, uczestniczyć w przesłuchaniach ani innych rzeczach, które wymagały mojej uwagi. Był to więc niezwykle przyjemny czas relaksu i skupienia.

Czytaj też: „Zielony rycerz. Green Knight”. Powrót do mitycznej Brytanii

To możliwe, że będzie pan w stanie tak pracować również w przyszłości?
Niespecjalnie. Ciężko byłoby skłonić ludzi finansujących poszczególne produkcje, żeby dali mi tyle dodatkowego czasu. Jestem przekonany, że taki model pracy byłby dla mnie jako reżysera niezwykle cenny, ale nie mam złudzeń, że byłoby trudne do zrealizowania. Na pewno spróbuję. Ale to miecz obosieczny – bo można tak dopracowywać film bez końca. Czasami dobrze mieć ustaloną datę premiery i termin oddania materiału, konkretny cel. Zdarza się, że docierasz do tego celu, do deadline′u, i wiesz, że to wciąż nie to, film nie jest gotowy. Dobrze, że gdy tak się stało z „Zielonym rycerzem”, mieliśmy ten dodatkowy czas.

Co pana przyciągnęło do opowieści o Zielonym rycerzu i w ogóle do legend arturiańskich?
Bardzo przemawia do mnie podróż jako motyw fabularny. Przejście z punktu A do punktu B – z różnymi przystankami po drodze. W opowieści o Zielonym rycerzu konkretnie podoba mi się to, że quest [zadanie oparte na podróży, częsty motyw fabularny – red.] skupia się na kwestii śmiertelności i nieodzowności śmierci. Ta świadomość towarzyszy chyba nam wszystkim, sam często o tym myślę. W oryginalnym poemacie [„Pan Gawen i Zielony Rycerz” – red.] urzekło mnie, że te rozważania są w nim kluczowe, to go wyróżnia. Większość legend arturiańskich skupia się na rycerskości i bogobojności. Wszystkie te historie wprawdzie jakoś dotykają śmierci, ale poza „Zielonym rycerzem” nie jest stoi w centrum opowieści.

Czytaj też: Polska kostiumografka olśniewa Hollywood. Będzie Oscar?

Dlaczego legendy arturiańskie wciąż mają taką siłę i tak mocno rezonują z kulturą popularną? Pan po raz pierwszy zetknął się z nimi w jednej z licznych iteracji, czyli filmie „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”.
Siłą tych legend jest chyba to, że są z nami od dawna, przetrwały w naszej świadomości i w efekcie nie sposób od nich uciec. Ich długowieczność jest sekretem ich mocy. A twórcom podsuwają drogę na skróty – można do nich tylko dodać nieco głębi i rozbudować ich fundamenty. W „Zielonym rycerzu” nawet nie musiały paść słowa takie jak „Król Artur” czy „Camelot” – i nie padają – by odbiorcy doskonale rozumieli brzemię legendy i dziedzictwa, które postaci dźwigają na ramionach. Mitologia dodaje opowieści wagę, to coś wspaniałego. Opowieść od razu zyskuje na wiarygodności.

Czytaj też: Król Artur ikoną popkultury

Skoro mowa o potędze mitu. Sam ją odczułem, gdy w „Zielonym rycerzu” pojawił się miecz Excalibur. Praca nad tak słynnym, cóż, rekwizytem musiała być niezwykłym doświadczeniem.
Przywołam wspomnianego już „Indianę Jonesa…”. Gdy zaczęliśmy prace nad Excaliburem, był pomysł, by stworzyć coś unikalnego i pięknego, by czuło się wagę tego oręża, by po prostu się wyróżniał. Ale zmieniliśmy zdanie. Święty Graal w „Ostatniej Krucjacie” był najbardziej pospolitym kubkiem – i uznaliśmy, że Excalibur też powinien być bardzo skromny. Wybraliśmy się do magazynu naszego zbrojmistrza, przejrzeliśmy miecze, które tam zalegały, i wybraliśmy taki, który emanował siłą, a jednocześnie był pospolity i prosty. Nie miało w nim być nic niezwykłego prócz tego, że to będzie Excalibur. Chcieliśmy, by znaczenie wynikało nie z tego, jak wygląda, ale z tego, że dzierży go Król Artur.

Nasz Excalibur był już zapewne używany na innych planach. Bo to najzwyklejszy rekwizyt, niezwykła była tylko jego rola w naszej historii. I uważam to za coś pięknego.

Czytaj też: „Przeklęta” od Netflixa. Inaczej o Królu Arturze

Zwłaszcza w kostiumach, za które w „Zielonym rycerzu” odpowiadała Małgosia Turzańska, można dostrzec, jak balansował pan między starym a nowym. Bohaterowie doskonale odnajdywali się na średniowiecznym dworze, ale równie dobrze wtopiliby się w tłum na MET Gali.
To wprost odzwierciedla mój gust. Lubię przyglądać się paradom na czerwonym dywanie MET Gali czy pokazom mody, patrzeć, czego w modzie można dokonać. Pracując nad kostiumami i w ogóle nad estetyką filmu, nie chcieliśmy, by ograniczała nas zgodność ze źródłami historycznymi. Naszym celem było przesuwanie granic, tak by „Zielony Rycerz” funkcjonował jak science fiction raczej niż fantasy. Kostiumy to oddają. To pozwoliło wyjść poza schemat, jak powinien wyglądać film z akcją osadzoną w średniowieczu.

Czytaj też: Moda z ekranu

Zwykle jest pan również scenarzystą, a przynajmniej współscenarzystą reżyserowanych przez siebie filmów. To bardzo „autorskie” dzieła. Jak postrzega pan wysiłek zbiorowy i współpracę? Jak wizje innych zderzają się z pana nadrzędną wizją opowieści? Od Małgosi Turzańskiej wiem, że kluczowa dla „Zielonego rycerza” scena z dzwoneczkiem Essel, darowanym Gawenowi, wzięła się z jej pomysłu na kostium.
Zaletą pracy z przyjaciółmi jest to, że wnoszą wiele do procesu twórczego i mogę im zaufać. Nikt mnie negatywnie nie zaskoczy i nie sprawi, że nagle pożałuję współpracy. Jako reżyser byłbym głupcem, gdybym nie wykorzystywał tych wszystkich pomysłów, które spływają od moich współpracowników.

Wolę pisać scenariusze, bo ułatwia mi to potem reżyserię. Jestem lepszym reżyserem, kiedy pracuję na własnym tekście. Jednocześnie, choć mam swoje wyobrażenie o tym, jaki film ma być, nie chcę narzucać swoich wizji. Jasne, ostatecznie różne decyzje należą do mnie, ale każdorazowo cieszę się na to, co dostaję od innych, bo wiem, że dzięki nim będę lepszym reżyserem.

Dzwoneczki Małgosi Turzańskiej to świetny przykład. Są ważnym elementem fabularnym. Scen, w których Essel podarowuje dzwoneczek Gawenowi, a następnie zrywa mu go z wisiorka na szyi, nie było w pierwotnej wersji scenariusza. Gdy Małgosia opowiadała mi o kostiumie Essel i znaczeniu tych dzwoneczków, uruchomiło to w mojej głowie kaskadę pomysłów. To wzbogaciło film, nie tylko kostiumy. I o to właśnie chodzi, o te reakcje łańcuchowe uruchamiane przez jakiś pomysł.

Czytaj też: Miecze. Śmiercionośne, sprawiedliwe, magiczne

Ma pan w dorobku zarówno autorskie projekty, jak i filmy realizowane dla tak dużego studia jak Disney. Jest jakaś różnica w pracy na planach tak różnych projektów?
Przy tak wielkich i ważnych dla studia produkcjach jak „Peter Pan & Wendy” czuję większą odpowiedzialność. Muszę sprostać wielkim oczekiwaniom i absolutnie tego nie lekceważę. Przy czym nie wpływa to na to, jak tworzę film, z mojej perspektywy to taki sam proces jak przy „Ghost Story” czy „Zielonym rycerzu”.

Po prostu „Petera Pana & Wendy” zobaczy o wiele więcej osób – z tej prostej przyczyny, że to film Disneya. Musi się im wszystkim spodobać. Pod pewnym względami pracuję nawet ciężej, bo chcę zadowolić nie tylko siebie jako filmowca i opowiadacza historii, ale największą widownię na świecie. To spore wyzwanie.

Czytaj też: Bizancjum w popkulturze

Wyreżyserował pan dla Disneya „Mojego przyjaciela smoka”, kończy pan prace nad Piotrusiem Panem. Dorastał pan z klasycznymi animacjami Disneya?
Bardzo lubiłem Piotrusia Pana. Kochałem „Hooka”, to był jeden z najważniejszych filmów mojego dzieciństwa. Z kolei z „Moim przyjacielem smokiem” nie łączyło mnie w zasadzie nic, widziałem klasyczną wersję raz, gdy byłem mały… I to mnie pociągało w tym projekcie. Disney chciał czegoś nowego, niezwiązanego z oryginałem.

Z „Peter Pan & Wendy” sytuacja jest inna, bo to jeden z najpopularniejszych filmów Disneya, znany publiczności wykraczającej daleko poza fanów tych animacji. Nie było mowy o pogrywaniu sobie z materiałem źródłowym, należało potraktować go z szacunkiem. Do adaptacji podszedłem podobnie jak do poematu o Zielonym rycerzu – chciałem być wierny oryginałowi, a jednocześnie dodać coś od siebie. Z historią Piotrusia Pana jestem związany osobiście, ale mam silną świadomość, dla jak wielu osób ta postać jest ważna.

Gdy pracowałem nad „Moim przyjacielem smokiem”, nawet nie myślałem o oryginale, nie wracałem do niego, nic. Z Piotrusiem Panem było inaczej – wielokrotnie oglądałem film z 1953 r., czytałem książkę, a decyzje podejmowałem z ogromną ostrożnością.

Chciałby pan podjąć się opowiedzenia historii superbohaterskiej, może w uniwersum Marvela?
Nie jest to coś, co specjalnie mnie pociąga. Ale gdybym trafił na odpowiednią historię, to czemu nie? Nie widziałem dotąd żadnego filmu Marvela, o którym pomyślałbym, że chciałbym go wyreżyserować. Lubię je jako widz, uważam, że „Shang-Chi…” był niesamowity. „Eternals” jeszcze nie widziałem, ale nie mogę się doczekać.

Chyba jestem większym fanem komiksowego uniwersum DC Comics. Może powinienem zrobić film z postacią z DC? Strasznie podobała mi się czterogodzinna wersja „Ligi sprawiedliwości” w reżyserii Zacka Snydera. Poproszę więcej slow motion! [zwolnione tempo w wybranych scenach; znak firmowy Zacka Snydera – red.]. Nie czuję natomiast, żebym musiał odciskać swoje piętno na kinie komiksowym. Uwielbiam je oglądać, ale nie ciągnie mnie, żeby bawić się w tej piaskownicy.

Gdzie umiejscawia pan siebie w dyskusji dotyczącej używania czy też nadużywania efektów komputerowych w filmach?
Uwielbiam efekty komputerowe. Ale chcę, żeby moje filmy wyglądały realistycznie. Zawsze będę w pewnym sensie rozdarty między efektami praktycznymi a cyfrowymi. Te drugie pozwalają jednak robić rzeczy, które w innym wypadku byłyby niemożliwe. Niekiedy chodzi o wykreowanie fantastycznego świata, kiedy indziej o sklejenie w jedno dwóch ujęć: na jednym podoba mi się to, co zrobił jeden aktor, a na innym to, co zrobił drugi. Dzięki efektom mogę połączyć te ujęcia w idealne jedno. Mogę robić lepsze filmy.

Na planie „Peter Pan & Wendy” zbudowaliśmy scenografię w postaci ogromnego, realistycznie odwzorowanego statku pirackiego. Wszystko wokół zostanie w większości wygenerowane cyfrowo, ale aktorzy byli na rzeczywistym planie. Ważne było osadzenie ich w czymś realnym, czego da się dotknąć. A skoro to się już udało, mogę korzystać z dobrodziejstw modyfikowania tego i poprawiania w komputerze. I to jest świetne.

Czytaj też: Wirtualne plany filmowe

Jak postrzega pan gatunkowość swoich historii? Ma pan w dorobku bardzo różnorodne filmy, czerpiące z wielu gatunków, wydaje się pan absolutnie nie ograniczać szufladkami czy sztywnymi podziałami.
Faktycznie nie lubię się tak ograniczać. Wydaje mi się, że nikt w branży nie jest w stanie jednoznacznie przyporządkować gdzieś moich filmów. Uwielbiam historie gatunkowe, bo umożliwiają eksplorację różnych idei w sposób niezwykle wyrazisty. Kocham horrory, w których kwestie napięć społecznych mogą być prezentowane w bardzo ekstremalny sposób. Fantastykę naukową – za możliwość ekstrapolacji idei w przyszłości. Podoba mi się, jak współczesne dramaty ożywają dzięki katalizatorom w postaci elementu gatunkowego.

Wszystkie moje filmy mają w sobie coś z kina gatunkowego, w wielu przypadkach te elementy tworzą unikalną perspektywę dla pod każdym innym względem obyczajowej historii. Jestem przekonany, że kiedyś nakręcę horror. I bardzo chciałbym nakręcić science fiction.

David Lowery był gościem festiwalu ENERGACamerimage 2021. Wywiad przeprowadzono dzięki uprzejmości organizatorów.

Czytaj też: Czy sztuczna inteligencja może zastąpić artystów?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

W hamaku i na leżaku. Wybraliśmy 12 książek na lato

Latem można nadrobić zaległości z całego roku, dlatego proponujemy starannie wybrany zestaw 12 gorących powieści, kryminałów i książek non-fiction z ostatnich miesięcy. Wciągających, poruszających, odkrywczych.

Jakub Demiańczuk, Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
01.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną