Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kultura

„365 dni. Ten dzień”. Polski erotyk bije rekordy w 90 krajach

Kadr z filmu „365 dni. Ten dzień” Kadr z filmu „365 dni. Ten dzień” mat. pr.
Czy ludzkość naprawdę tak bardzo domaga się erotycznych filmów o przystojnych Włochach i uległych Polkach? A może platformy streamingowe potrafią wyczuć, jaki film włączymy, choć niekoniecznie obejrzymy do końca?

Najnowszy film Netflixa na podstawie książek Blanki Lipińskiej, „365 dni. Ten dzień”, bije rekordy popularności na całym świecie. Trafił na listy TOP 10 w ponad 90 krajach. Czy rzeczywiście ludzkość tak bardzo domaga się erotycznych produkcji o przystojnych Włochach i uległych Polkach? A może platformy streamingowe potrafią wyczuć, jaki film włączymy, choć niekoniecznie obejrzymy do końca?

Czytaj też: Netflix traci klientów. Zmiana taktyki może go pogrążyć

„365 dni. Ten dzień”. Wystarczą dwie minuty

W jaki sposób powstają listy TOP 10? Od pewnego czasu wystarczy, że widz zobaczy tylko dwie minuty filmu, żeby produkcja została zaliczona jako „obejrzana” na potrzeby rankingu „najchętniej oglądanych”. Dwie minuty „365 dni. Ten dzień” absolutnie wystarczą, żeby się zorientować, co oglądamy, i zdecydować równie szybko, że mamy dość. Oczywiście nie wszyscy rezygnują po chwili (niektórzy wytrzymają kwadrans), ale TOP 10 nie wskazuje, ilu dzielnych widzów przetrzymało wszystkie sceny seksu, kolejne pozbawione charakteru piosenki, sceny zazdrości i zdrady czy dotrwało do pojawienia się na ekranie złego brata bliźniaka. Innymi słowy, wiemy tylko, ile osób na świecie zdecydowało się włączyć film.

Tu pojawia się pytanie: dlaczego tyle osób nacisnęło „play”? Można podejrzewać, że najliczniejszą grupę stanowią widzowie części pierwszej (na liście TOP 10 w ponad 70 krajach), ciekawi, co dalej u bohaterów. Netflix jest tu niesłychanie skuteczny – nie pozwoli zapomnieć ani przegapić takiej premiery. Każdy, kto obejrzał część pierwszą albo znalazł się w grupie osób, które mają podobne preferencje, dostanie powiadomienie, że oto może się ponownie wybrać do świata erotycznych fantazji, nie ruszając się z domu, nie kupując biletu do kina i nie rozglądając się nerwowo po sali, czy nie siedzą gdzieś przypadkiem znajomi z pracy.

Czytaj też: Polskie nowości dla Netflixa. Będzie co oglądać?

Hate watching. Oglądam, żeby krytykować

Jednocześnie powszechnie krytykowana seria buduje popularność na pewnym paradoksie, jakim jest „hate watching” – czyli oglądanie produkcji, o których wiemy, że się nam nie spodobają. I tak siadamy do seansu, by ze złośliwą satysfakcją wytykać wszystkie błędy w scenariuszu czy problemy z reżyserią. To zjawisko – niemające jeszcze nazwy po polsku – jest bardzo powszechne, zwłaszcza gdy obejrzenie czegoś tylko po to, by się wyzłośliwiać, nie wymaga kupienia biletu do kina.

O popularności hate watchingu świadczy i to, że każdy, kto podzieli się potem w sieci wrażeniami, może liczyć na duży odzew. Same złośliwości często też wcale nie zniechęcają do produkcji, przeciwnie – budzą zainteresowanie i prowokują pytania: czy film może być rzeczywiście aż tak zły? Im więcej osób o nim pisze, tym więcej czytelników dochodzi do wniosku, że wypadałoby wyrobić sobie własną opinię o dziele. Zatem nawet jeśli nie są przekonani do produkcji, wzmacniają jej pozycję w TOP 10.

Podkast: Jakie potwory czają się w Krakowie? Nowy polski serial

Nawet „Smoleńsk” ma lepsze noty

Sukcesu nie można jednak zrzucić tylko na dobry marketing Netflixa czy widzów, którzy lubią złośliwości. Prawda jest taka, że od kilkunastu lat – co najmniej od fenomenu „50 twarzy Greya” – historie, które mieszają stare wątki romantyczne z elementami erotycznymi czy balansującymi na granicy miękkiej pornografii, robią się coraz popularniejsze. Widzowie z jednej strony chcą ślubu, białej sukienki i miłości aż po grób, z drugiej – długich scen seksu, w których istotną rolę gra dominacja i uległość. Niektórzy widzą w tym uwolnienie kobiecych fantazji – długo skrywanych, dziś pokazywanych w kinie głównego nurtu. Dla innych filmy te serwują w istocie pakiet konserwatywnych wartości, które dzięki erotycznemu elementowi wydają się ciekawsze. Można też zauważyć, że polski film jest dużo odważniejszy od większości amerykańskich produkcji, co czyni go atrakcyjnym dla widzów na Zachodzie, nieprzyzwyczajonych do tak śmiałego pokazywania seksu. To, co w kinematografii europejskiej jeszcze uchodzi, w Stanach pewnie dostałoby wysoką kategorię wiekową, a film pokazywałyby tylko wybrane kina o wybranych godzinach. Na Netflixie takich przeszkód w dystrybucji nie ma.

Na popularnym polskim portalu Filmweb „365 dni. Ten dzień” ma obecnie notę 2,0 i wyprzedza w rywalizacji o tytuł najsłabszej rodzimej produkcji „Smoleńsk” oceniany na wysokie 2,3. Najwyraźniej widzowie, nawet jeśli decydują się na seans, nie kończą go oczarowani włoskimi krajobrazami i zaciśniętą szczęką aktora w głównej roli. Co potwierdza, że seks dobrze sprzedaje, choć niekoniecznie satysfakcjonuje – a wielu wystarczą tylko dwie minuty.

Czytaj też: „Oszust z Tindera” i „Kim jest Anna?”, czyli jak żyć na cudzy koszt

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co z uznaniem ukraińskiej Cerkwi? Pytamy metropolitę Sawę. „Teraz trwa wojna”

Rozmowa z metropolitą Sawą, zwierzchnikiem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, związanego z patriarchatem moskiewskim, o tym, dlaczego polscy prawosławni nie uznają niezależności Cerkwi w Ukrainie.

Katarzyna Kaczorowska
09.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną