Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Neil Gaiman: Ręczę za „Sandmana”. Stworzyliśmy coś naprawdę dobrego

Kadr z serialu „Sandman” Kadr z serialu „Sandman” mat. pr.
Na premierę serialu „Sandman” czekały nie tylko miliony fanów i fanek komiksowego oryginału, ale przede wszystkim jego twórca. Neil Gaiman przez 30 lat mierzył się z próbami przeniesienia tej historii na ekran. Najnowsza jest wreszcie czymś, pod czym może się podpisać.
Neil GaimanBackgrid UK/Forum Neil Gaiman

MARCIN ZWIERZCHOWSKI: Kiedy „Sandman” zaczął się ukazywać, nie miał pan jeszcze 30 lat. Mierzył się pan w nim z tematami z kategorii najcięższych: od sensu życia po dar, jakim jest śmierć. Przy okazji prac nad serialową adaptacją musiał się pan skonfrontować z własnymi poglądami sprzed dekad. Jak to było patrzeć na młodszego siebie?
NEIL GAIMAN: To było fascynujące. W pracy nad serialem czasem nam się zdawało, że wiemy lepiej niż młody Neil i mamy lepsze pomysły. Próbowaliśmy działać po swojemu, a kończyło się tak, że trafialiśmy na mieliznę i musieliśmy wrócić do źródła, do komiksu, i przyznać, że ten sposób był faktycznie lepszy. To było szalenie interesujące i zdarzyło się nieraz.

Niekiedy mnie samego zaskakiwało, co napisałem te kilka dekad wcześniej. Przykładem szósty odcinek. Gdy oglądałem pierwsze wersje, do oczu napływały mi łzy, byłem poruszony tym, co widziałem. Nie miało znaczenia, że sam napisałem te dialogi 30 lat temu, podobnie jak nie miało znaczenia, że zanim doszliśmy do montowania odcinka, brałem czynny udział we wszystkich etapach prac: od castingu po zatwierdzanie scen. Nagle emocje sceny, w której Śmierć zabiera Harry’ego, uderzyły we mnie z wielką siłą. Podobnie gdy zobaczyłem, jak Sen po raz ostatni spotyka się w pubie z Hobem. Czułem, że to bardzo prawdziwe.

Czytaj też: „Sandman”. Serial jak ze snu. I ukryta lekcja dla kina

Na mnie szósty odcinek podziałał podobnie, i choć nie ja to pisałem, znałem te słowa na pamięć, czytałem je wielokrotnie. Koniec końców nie miało to jednak znaczenia.
Znałeś tę opowieść, dialogi, ale ta sama scena rozgrywająca się przed twoimi oczami na ekranie wpływa na ciebie na jakimś innym poziomie. Poruszyło cię coś, co wydawało ci się, że doskonale znasz i było już częścią ciebie. A mimo to się przejąłeś. To jest dla mnie fascynujące.

„Sandman” to nie pierwsza pana historia, która doczekała się adaptacji. Niektóre przygotowywali inni twórcy. Jakie to uczucie obserwować, że dzieło jest rozbierane na części pierwsze, analizowane i składane z powrotem w coś nowego?
Zawsze ekscytujące. A jeżeli ma się szczęście, nie będzie się rozczarowanym. W najgorszym wypadku ma to pewien aspekt edukacyjny. W najlepszym – jest olśniewające.

Porównując z innymi adaptacjami, gdzie umieściłby pan „Sandmana” w kontekście własnego zaangażowania w produkcję?
Mój udział bywa bardzo różny. Na przykład „Amerykańskich bogów” robił ktoś inny, ja tylko dzieliłem się radami, których czasami nawet słuchano. Serial nie był moim dziełem, w żadnym momencie nie czułem, że mógłbym się pod nim podpisać. Z drugiej strony jest „Dobry omen”. Wziąłem książkę i zamieniłem ją w serial, który jest w 100 proc. mój. Jeśli komuś nie podoba się efekt, to moja wina, ponoszę za tę produkcję całkowitą odpowiedzialność.

W przypadku „Sandmana” zaczęło się od ustaleń z Davidem Goyerem i Allanem Heinbergiem – zgodziliśmy się co do tego, jaki ten serial powinien być, jak wszystko ma działać, a nawet jaki powinien mieć klimat. Wspólnie opracowaliśmy plan pierwszego sezonu i ogólną strukturę opowieści. Nie było chyba w ostatnich latach z okładem dnia, kiedy nie spotykałem się, nie miałem zooma czy nie napisałem maila do Allana Heinberga. Allan wszystkim kierował, a ja z nim pracowałem. Tak bym to właśnie podsumował: „pracowałem z Allanem”. Co przychodziło nam bardzo łatwo, bo tak naprawdę nie było momentu, gdy nasze wizje były rozbieżne. Ja zatwierdzałem różne elementy, brałem udział w czytaniach scenariuszy, szlifowałem je, przepisywałem fragmenty dialogów. Zdarzało się nawet, że po prostu pisałem jakieś fragmenty i słałem Allanowi. Wszystko było jednak wspólnym wysiłkiem.

To inny przypadek niż „Dobry omen”, kiedy sam odpowiadałem za wszystko. I radykalnie inny proces niż w przypadku „Amerykańskich bogów”, których robili inni. Wtedy dawałem uwagi typu: „Na waszym miejscu bym tego nie robił”. Tylko po to, by zobaczyć, że zrobili dokładnie to, co im odradzałem.

Czytaj też: „Stranger Things” trzyma w napięciu do ostatnich minut

Mógłby pan wrócić do początków „Sandmana”? Stał się kulturowym fenomenem, ma miliony fanów, status jednego z najlepszych komiksów w dziejach. Pamiętam jednak, że początki opisywał pan jako czas niepewności, nie liczył pan nawet, że dostanie więcej niż kilka zeszytów, po czym wydawca zamknie historię. Nie było więc chyba na starcie planu na „Sandmana”, jakim znamy go obecnie?
Miałem plan, bo gdybym nie miał go w głowie, nie byłbym w stanie rozpocząć prac. Nie spodziewałem się jednak, że uda mi się ten plan zrealizować. Tak jak nie sądziłem, że faktycznie doczekam premiery serialu na bazie „Sandmana”.

Na początku planowałem fabułę, która miała się zawrzeć w ośmiu zeszytach. Wydawnictwo DC Comics miałoby już dane sprzedażowe za pierwsze pół roku. Spodziewałem się telefonu w okolicach ósmego miesiąca. Myślałem, że oznajmią mi, że komiks zyskał nieco uznania krytyków, ale był totalną klapą finansową. I że mam jeszcze cztery zeszyty, by zawiązać wszystkie wątki, po czym seria zostanie zamknięta. Tak to działało: dostawało się minimum dwanaście zeszytów, co pozwalało wyjść wszystkim stronom z całego procesu z wysoko podniesioną głową. Dziś dowolny tytuł można skasować kiedykolwiek...

Realistyczny plan był taki, że napiszę fabułę na osiem zeszytów, a gdy zadzwonią z DC Comics, będę miał jeszcze cztery na samodzielne opowiadania. Na tym się skończy, a po latach ludzie będą wspominać, że ten „Sandman” to był całkiem niezły. Ale gdy doszliśmy do zeszytu nr 8, sprzedawaliśmy więcej egzemplarzy niż jakikolwiek porównywalny tytuł. Nie były to może zawrotne liczby, raczej coś w okolicach 60 tys. Ale podobne komiksy rozchodziły się w nakładzie 40 tys. egzemplarzy. Skasowanie groziło autorom, gdy spadło się poniżej progu 35 tys. nakładu. Byliśmy bezpieczni.

Czytaj też: Disney+ w Polsce. Na rynku robi się ciasno

Wtedy pan poczuł, że może uda się zrealizować wielki plan?
To był moment, gdy musiałem podjąć decyzję, co dalej. Miałem w głowie fabułę pt. „Dom lalki”, w której Morfeusz schodził na dalszy plan, a ja rozbudowywałem świat wokół. Drugą opcją była „Pora mgieł” z Lucyferem, o którym wiedziałem, że jest najpopularniejszą z moich postaci. I że ponowny pojedynek Morfeusza z Lucyferem wszystkich podekscytuje.

Zastanawiałem się, co napisać najpierw. I stwierdziłem, że zacznę od „Domu lalki”, bo piszę dla siebie. Zawsze piszę przede wszystkim dla siebie. Tak też jest z serialowym „Sandmanem”. Kocham go. Jestem nim bardzo podekscytowany. Wydaje mi się, że stworzyliśmy coś naprawdę dobrego. Byłoby super, gdyby się okazał komercyjnym sukcesem, bo to by oznaczało, że obejrzy go mnóstwo ludzi. A ja chciałbym, żeby wszyscy obejrzeli „Sandmana” i pokochali nasze dzieło.

Ale szczerze? Nie zależy mi na tym aż tak. Jasne, byłoby fajnie, gdyby serial okazał się sukcesem, bo to by znaczyło, że powstaną kolejne sezony. Ale już jestem zadowolony, że nakręciliśmy dziesięć odcinków czegoś, z czego jestem naprawdę dumny i co jest w duchu „Sandmana”. Cieszę się, że fanom i fankom komiksu mogliśmy dać coś więcej niż w oryginale, bo ten ograniczał się do 24 stron na zeszyt. Rozbudowaliśmy te historie. Serial jest większy, mnie to bardzo ekscytuje.

Posłuchaj: „Top Gun”, „Stranger Things”. Czy żyjemy ciągle w latach 80.?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną