Powrót do gwiazd
Spielberg wśród obcych. W „Dniu objawienia” wraca do kosmitów. Nie zawsze są mili jak E.T.
W najnowszym filmie Spielberga „Dzień objawienia”, który wchodzi właśnie na ekrany kin, moment ujawnienia prawdy o UFO ma być wstrząsem dla całego świata. Być może dlatego agencje rządowe próbują zachować to w tajemnicy. Nadzieją dla ludzkości jest jeden sygnalista, młody spec od cyberbezpieczeństwa, który potrafi zdekodować domniemany język obcych.
Fabuła „Dnia objawienia” przed premierą dawkowana była wyjątkowo oszczędnie. Podobno Spielberg kategorycznie zakazał zdradzania szczegółów, co oczywiście tylko podsyciło internetowe spekulacje. Na podstawie dostępnych zwiastunów i zdjęć fani doszukiwali się powiązań z „Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia”. Jedno jest pewne: dla Stevena Spielberga temat pierwszego kontaktu i spotkań człowieka z obcą cywilizacją zawsze był wstępem do opowieści wykraczającej poza schematy kina fantastycznego.
Czytaj też: Oscarowy pojedynek: Spielberg kontra Chazelle. Magia kina na dwa sposoby
Kosmiczny przypadek
Już pierwszy film science fiction nakręcony przez Spielberga zawierał wiele elementów charakterystycznych dla jego twórczości. Choć fabuła dotyczyła uprowadzenia przez obcych, równie ważne były w niej skomplikowane relacje rodzinne, niespełnione ambicje i konflikt między naukowcami a władzą. Z technicznego punktu widzenia istotne były efekty specjalne służące przede wszystkim stopniowaniu napięcia oraz tzw. ujęcia z jazdy śledzące ruch bohaterów. „Firelight” miał premierę w 1964 r. Siedemnastoletni Spielberg kręcił ten film – monumentalny jak na dzieło amatora, trwający 2 godz.