Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Czas nagli. Piszę

Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Fot. Paweł Ulatowski/Agencja Gazeta Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Fot. Paweł Ulatowski/Agencja Gazeta
Poeci nie muszą być młodzi. Czasem dopiero w podeszłym wieku piszą swoje najważniejsze wiersze. Dowodem późne dzieła Iwaszkiewicza i Miłosza, a dziś Różewicza i Szymborskiej.

Co prawda ciągle żywy jest mit Rimbauda, który napisał wszystko we wczesnej młodości, ale w naszej kulturze coraz większe jest znaczenie starych mistrzów. W polskiej poezji stało się to widoczne szczególnie w latach 90., kiedy ukazywały się równocześnie tomiki Różewicza, Herberta, Miłosza i Szymborskiej, którzy zaczęli odgrywać rolę wyroczni i autorytetów. W nowej rozchwianej rzeczywistości oczekiwano od poetów, by mówili, jak żyć i co się z nami dzieje. Oni sami raczej starali się dystansować (wszyscy oprócz Miłosza) wobec tej roli i nie zastygać na postumencie starego mistrza.
 

Dzisiaj jest podobnie: to starzy poeci stanowią najważniejszy głos w polskiej poezji, o czym świadczy choćby nieustające zainteresowanie nowymi wierszami Wisławy Szymborskiej. Noblistka w tomie „Tutaj" wychodzi od prawd ogólnie znanych. Czytelnik znajdzie spostrzeżenia, które i jemu mogą przyjść do głowy, tyle że tu zostają zgrabniej ujęte: „Żyjemy dłużej/ale mniej dokładnie/i krótszymi zdaniami" - pisze w wierszu „Nieczytanie". Szymborska nie pretenduje do pozycji mędrca - przeciwnie, to najbardziej nieśmiała, wycofana i podważająca swoje racje poezja. Tak było do tej pory i tak jest w najnowszym tomie. Autorka podaje w wątpliwość oczywistość, taką jak to, że coś „było, więc minęło", i wyprowadza z niej wielką pochwałę istnienia. Skoro istnieje piękno takie jak na obrazie Vermeera, świat nie zasługuje na apokalipsę.

O wiele częściej znajdziemy dziś w poezji pochwałę nieufności, niewiarę w prawdę i piękno, i krytykę oszustw masowej kultury. Tymczasem Szymborska przeprowadza obronę rzeczywistości razem z jej mało istotnymi szczegółami. To wszystko, co mamy, zdaje się mówić poetka, która nie zapuszcza się w żadne zaświaty. Przygody starości również rzadko się pojawiają, nie nadają się do wiersza - chyba że mowa o pamięci, która nie daje spokoju. W nowym tomie, jak zwykle, znajdziemy sporo wierszy opartych na wyrazistym koncepcie - przypominających wręcz skondensowane opowiadania. Ten sam zobiektywizowany tok narracji, zaburzony zostaje tylko jeden raz, wersem z innego porządku: „Ale czas nagli. Piszę".

Ten zwrot przypomina zamknięcie nowego tomu „gubione" Krystyny ­Miłobędzkiej - „mów!". Miłobędzka, która debiutowała w 1960 r., najpierw pisała długie poematy, a teraz doszła do utworów jednowersowych, czasem na stronie jest wręcz jedno słowo. A całą książkę czyta się jak zapis procesu poszukiwania i tracenia słów. I to właśnie jej późna twórczość jest najwyżej ceniona. Są poeci, którzy zajmują się tylko sobą. U Miłobędzkiej „ja" niemal znika. Jak w poezji kontemplacyjnej. Zaś ciągła redukcja sprawia, że język, wyzwolony z pęt przypadkowych słów, zyskuje ogromną siłę. To niezwykle rzadkie w czasach, gdy wszędzie, również w poezji, znajdujemy przede wszystkim zalew słów.

Bym także był Uranią, nicością i sosną

Całe wersy i strofy z dwu ostatnich (według krytyków najważniejszych) tomów Jarosława Iwaszkiewicza: „Mapa pogody" i „Muzyka wieczorem" weszły do polszczyzny, choćby słynne: „stronami deszcze, stronami pogoda". Te wiersze, harmonijne w formie, jednocześnie przejmują chłodem samotności, śmierci, nicości. Świat się jarzy od piękna. Cóż z tego, skoro na starość nie rozumiemy, co mówią do nas przestrzenie niebieskie, drzewa, kwiaty. Jesteśmy od nich oddzieleni naszymi starymi ciałami i ułomnościami.

Iwaszkiewicz był zawsze poetą dionizyjskim - miał namiętny stosunek do świata. Tęsknił za pełnią, czyli poczuciem jedności z drzewem, ptakiem. Nawet w jego ostatnim tomie znajdziemy niesłychane, zmysłowe opisy, takie jak w wierszu „Kwitnienie akacji w zapuszczonym ogrodzie": „Z gąszczu traw wystrzelają jak dwie dłonie Dyanny/Dwie strzały zdziczałego tutaj rabarbaru/I drżą na letnim wietrze jak powieki panny/co wiedzieć nie chce, a widzieć się stara (...)".

Przy czym Dionizos ma u tego poety dwie twarze - boga upojenia i boga zniszczenia - te dwa pierwiastki przeplatały się w całej jego twórczości. Tym bardziej nie pasuje do niego maska pogodzonego z przemijaniem mędrca.

I, rzeczywiście, ostatni jego wiersz „Urania", napisany tuż przed śmiercią we Francji w 1980 r., to hymn dionizyjski, pełne żaru błaganie o inną formę istnienia: „Uranio, sosno, siostro - tak ciebie nazywam/Bo palcem pnia swojego ukazujesz niebo (...)./Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona/Wyszarp mi ręce co już nie wyrosną/ Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,/Bym także był Uranią, nicością i sosną".

Starość to cela śmierci, „pasmo mętnych odbić w brudnym lustrze" albo „zamrożona wołowina" - pisze Ryszard Przybylski w swoim eseju „Baśń zimowa". Nie dla Miłosza: „Tak naprawdę to chciałem siły i sławy, i kobiet" („Wbrew naturze"). W innym wierszu z tomu „To" nazywa siebie „starym lubieżnym dziadem", nienasyconym w patrzeniu. W starym ciele jest ten sam apetyt na życie co u młodzieńca. Ostatnie tomy Miłosza przynoszą sugestywny obraz niedopasowania, starości, która „oblepia nogi niczym gęsta smoła", podczas gdy zmysły i wyobraźnia chcą nadal chłonąć świat. Poezja jest rozrachunkiem ze sobą i z przeszłością, i relacją z potyczek ciała i duszy.

Tak było i dawniej, bowiem po wojnie Miłosz (w przeciwieństwie chociażby do Różewicza) tworzył literaturę „mądrościową", mówiącą, jak żyć. W późnej twórczości chętnie wymierza światu i innym poetom sprawiedliwość (tak jak choćby Philipowi Larkinowi) właśnie z pozycji mędrca. W wierszu „Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch" wylicza w punktach: „12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów (...)".

Miłosz poszukiwał „formy bardziej pojemnej" i w rezultacie ostatnie książki częściowo składają się nie tyle z wierszy, co z zapisków dziennikowych, aforyzmów, strumieni słów. W tomie „Druga przestrzeń" znajdziemy „Traktat teologiczny", tekst przypominający esej lub wykład, będący literacką próbą odbudowania języka i wyobraźni religijnej, której rozpad Miłosz opisywał wiele lat temu w „Ziemi Ulro".

Późny Miłosz wpada w ton kaznodziejski, który wydaje się pułapką w poezji. Kłóci się bowiem z wizją nienasyconego, bezstronnego podglądacza świata, który nawet na swoją starość potrafi patrzeć autoironicznie.

Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam

Jeśli można wyobrazić sobie skrajnie odmienne światy, to będzie właśnie późna poezja Miłosza i Herberta. Miłosz - wieczny wędrowiec, i Herbert zrośnięty z Polską; Herbert, w wierszach ironiczny i powściągliwy, dopiero poprzez figurę Pana Cogito wprowadził oszczędne wątki osobiste, podczas gdy u Miłosza „ja" obecne jest w poezji niemal od zawsze. Ostatni tom Herberta „Epilog burzy" potwierdza, że tej poezji nie da się czytać jednoznacznie. W tym tomie zamiast jasnych wyborów pojawiły się „ciemne flukta", zamiast spraw ponadindywidualnych - tylko to, co najbliższe człowiekowi: ciało, ból, pamięć. I czułość, z którą nie wiadomo, co zrobić. Właśnie wiersz „Czułość" zaskakuje, bo nadaje wartość temu, co niekoniecznie było do tej pory dla Herberta najważniejsze: „Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam/czułości do kamieni do ptaków i ludzi (...)/Psujesz wszystko zmieniasz na opak/streszczasz tragedię w romans kuchenny (...)". I właśnie wzruszenie - czyli coś jak najdalszego, według Herberta, od chłodnej materii literackiej - staje się tematem wiersza.

Ostatnie utwory można czytać jako wypowiedzi o poezji, ale i o samym umieraniu - tak jak niezwykłą „Tkaninę", wiersz wprowadzający również swoim rytmem w inną rzeczywistość. Pojawiają się w nim słowa kluczowe dla poezji Herberta - wierność, pamięć, sumienie, ale wszystkie są osłabione - pamięć jest krucha, światło sumienia słabe. Te słowa uczestniczą w jakimś rytuale przejścia, na końcu którego znajduje się śmiertelny całun.

Późna poezja Herberta wprowadza tajemnicę. Słowa zestawione ze sobą prowadzą w różnych kierunkach. W ten sposób czytelnik ma poczucie, że te wiersze ciągle czekają na odczytanie, nie pozwalają się ogarnąć w całości. To prawdziwe wyzwanie.

Z obrazu starego poety drwi Różewicz w wierszu „Co słychać". Leopold Staff wychodzi w nim z Alei Zasłużonych na Powązkach, by zapytać, „co nowego się dzieje?". Nic takiego, co byłoby dobrym powodem, żeby wracać z tamtego świata. Różewicz w tym wierszu sam jest pomnikiem, „skamieniałym" i „zgipsiałym", z głową zapaskudzoną przez ptaki. Na szczęście, ma wokół doborowe towarzystwo innych poetów: Miłosza i „Iwasia". Różewicz buntuje się przeciwko pomnikowej roli poety. W wierszu „poeta emeritus", dedykowanym Miłoszowi, opisuje starca z laską, który - jak każdy inny emeryt - siaduje na ławeczce i właściwie powinien milczeć, bo jak pisał zgryźliwie Przybylski: „Przedśmiertne obrachunki starca przypominają gaworzenie pijaka".

Największą tajemnicą jest TO że nie ma prawdy

Jednak sam Różewicz nie milczy - kolejne wiersze to próby mówienia ze świadomością, że brak do tego języka. Bo cały język został zużyty, a świat został zastąpiony podróbkami: „Największą tajemnicą jest TO/że nie ma prawdy/prawdziwy świat/został skradziony ludziom/i bogom". Jedyne, co można robić, to dawać temu świadectwo.

Nowe wiersze Różewicza są wszechogarniającą satyrą na rzeczywistość, która stała się śmietnikiem i bełkotem. Poeta, znany z przepisywania na nowo dawnych motywów, tym razem wraca do samych początków swojej twórczości, czyli do parodii i humoresek. Ostatnia książka „Kup kota w worku" jest błazeńska w tonie, ale z drugiej strony znajdziemy w niej również gest odrzucenia tego, co pozorne - wszystko to marność, zdaje się mówić Różewicz. I w tym przesłaniu, wyjątkowo, bliżej mu do postawy mędrca niż błazna, którego maskę zakłada. Jednak najważniejszą cechą tej poezji jest jej nieuchwytność - te same wiersze Różewicza mogą za chwilę wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ proces przepisywania trwa u niego nieustannie. Pierwszy tom poezji nosił tytuł „Niepokój". Młodzieńczy niepokój trwa nadal - nie ma skończonych form, nie ma skończonych wierszy ani ostatecznych prawd.

Zamiast starych mistrzów patrzących na świat z dystansem, mamy na szczęście poetów, którzy ciągle poszukują. I zapewne jeszcze nieraz nas zaskoczą.

Polityka 7.2009 (2692) z dnia 14.02.2009; Kultura; s. 61
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Za jakie grzechy? O co proboszcz procesuje się z parafianami

Ki diabeł?! – pomyślała pani sołtyska, gdy dostała wezwanie na komisariat. Wnet się jednak okazało, że żaden diabeł, tylko ksiądz postanowił ścigać parafian na drodze prawnej.

Zbigniew Borek
04.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną