Brown Dan

(Prze)twórca Dan Brown
Nowa powieść autora „Kodu Leonarda da Vinci” właśnie trafiła do księgarń. Kim naprawdę jest najgłośniejszy dziś pisarz pop-kulturalny?

Być może nie popełniłby żadnej powieści, gdyby wcześniej udało mu się osiągnąć sukces na scenie. Najpierw bowiem zapragnął się stać „kolejnym Barrym Manilowem". Z taką myślą w latach 80. dołączył do National Academy of Songwriters (organizacji skupiającej twórców piosenek). To tam wypatrzyła go 12 lat starsza Blythe Newlon, wówczas szefowa Akademii, która od tamtej pory starała się promować absolutnie każde, nie tylko muzyczne, posunięcie Dana Browna.

 


W 1993 r. pomogła mu wydać płytę o pomysłowym tytule „Dan Brown", zawierającą popowe piosenki, głównie o miłości (m.in. jakże oryginalny tytuł: „If You Believe in Love")
 



Rok później wspólnymi siłami wyprodukowali drugi (a zarazem ostatni) krążek, „Angels & Demons". Muzyczne dokonania późniejszego autora bestsellerów zainteresowania jednak nie wzbudziły, a pamięć o tej ostatniej płycie przetrwała jedynie w tytule jednej z jego książek („Anioły i demony"). Zrażony niepowodzeniami na scenie Dan postanowił już niczego w życiu nie nagrywać. Zwinął swe muzyczne żagle i odpłynął w nowym kierunku - w stronę literatury, zabierając na pokład Blythe, od 1997 r. już prawowitą małżonkę.

Olśniony przez UFO

Być może przełom nastąpił juź 3 lata wcześniej, kiedy Brown wylegiwał się na wakacjach na Tahiti, czytając „Konspirację sądnego dnia" Sidneya Sheldona (UFO, tajemnicze morderstwa i inne takie). Gdy książkę skończył, doszło do niego, że byłby w stanie napisać coś podobnego, tyle że o wiele lepiej. Po powrocie do domu zabrał się za „Cyfrową twierdzę", „pożyczając" po drodze sporo wątków od Sheldona (np. wątek Narodowej Agencji Bezpieczeństwa NSA, a imię głównego Sheldonowskiego protagonisty, Roberta, będzie się przewijało przez kolejne powieści Dana Browna). Już wiedział, że od śpiewania woli pisanie. By poświęcić się mu bez reszty, porzucił nawet pracę nauczyciela angielskiego. Wóz albo przewóz.

W ramach wprawki zaczął wydawać z żoną humorystyczne poradniki. Ukazała się wtedy m.in. książeczka „Faceci, których trzeba unikać: przewodnik dla romantycznie sfrustrowanych kobiet". Dan, by nie kalać swojego nazwiska, podpisywał jako „Danielle Brown", jednak i te dokonania nikną w pomroce dziejów.

O Danie głośno stało się dopiero w 2003 r., kiedy światło dzienne ujrzała jego czwarta z kolei powieść, „Kod Leonarda da Vinci". Wcześniej co prawda powstały m.in. „Cyfrowa twierdza" i „Anioły i demony", ale to dopiero „Kod" sprawił, że świat o nim usłyszał. Już w pierwszym tygodniu po wydaniu trafił na listę bestsellerów „New York Timesa", a „Time" uznał go za jedną ze 100 najbardziej wpływowych postaci roku. Dochód ze sprzedaży „Kodu" szacowano na 250 mln. dol. Dzięki popularności tego ostatniego udało mu się przy okazji „opchnąć" wznowienia wcześniejszych powieści, których pierwsze wydania rozeszły się pierwotnie w łącznym nakładzie zaledwie 26 tys. egzemplarzy.

Jezus Maria, co to było?

„Kod Leonarda da Vinci" sprawił, że w środowiskach katolickich wybuchła burza. Oprócz Watykanu swój stosunek do Brownowskich „rewelacji" wyraził nawet w specjalnym komunikacie polski Episkopat. W oficjalnym stanowisku wytknął „fałszerstwa" godzące w religię katolicką, mające na celu ośmieszenie autorytetu Kościoła i, przy okazji, zarobienie na tym sporych pieniędzy. „Dla milionów ludzi powieść ta staje się bowiem pierwszą, a może nawet jedyną okazją do kontaktu z historią Kościoła i doktryną chrześcijańską. Przedstawienie obu tych obszarów nauk w kłamliwy sposób rodzi określone groźne konsekwencje" - pisał bp Stanisław Wielgus. Co ciekawe, owe „groźne konsekwencje" najbardziej ujawniły się w Kanadzie, kiedy to „The Edmonton Journal" opublikował wyniki pewnego sondażu. Wynikało z nich, że 20 proc. respondentów, którzy zapoznali się z „Kodem Leonarda da Vinci", było pewnych, iż śmierć Jezusa na krzyżu była sfingowana, bo tak naprawdę szczęśliwie się ożenił z Marią Magdaleną, był wzorowym ojcem, a jego potomkowie zamieszkują obecnie tereny Francji. Ich poglądów nie zmieniły nawet liczne deklaracje Dana Browna co do istoty jego twórczości: to miała być fikcja literacka, a wszelkie nadinterpretacje jego winą nie są.

Ale to nie do końca prawda, bowiem w sposób dosyć dowolny przemieszał prawdziwe informacje z tworami swojej (i żony) wyobraźni. Najbardziej na tym, mniej lub bardziej świadomym, zabiegu literackim ucierpieli członkowie katolickiej organizacji Opus Dei, która z „Kodu" wyłoniła się jako wyjątkowo groźna sekta, z albinosami, nożownikami i pospolitymi zdrajcami na czele. Poczuli się na tyle dotknięci, że do dziś tłumaczą się z „rewelacji" na swój temat na oficjalnej stronie internetowej. Wszystko to z lubością podchwyciły środowiska antyklerykalne, próbując wykorzystać wątki o spiskowym charakterze działalności kleru i ufundowanej na tym całej historii Kościoła. A Dan Brown mógł w tym czasie zacierać z radości ręce, bowiem - dzięki nieustannym sporom wokół książki - „Kod" sprzedał się w ponad 60 mln. egzemplarzy. W Hollywood nakręcono też dwa filmy na podstawie jego powieści, reżyserowane ręką wielkiego Rona Howarda, obsadzone plejadą gwiazd z Tomem Hanksem na czele.

Z dnia na dzień z Dana Browna stał się bardzo bogaty człowiek, którego stać było na... czyste sumienie. Obwieścił światu, iż mało tego, że ani „Kod", ani „Anioły" nie były wymierzone we wiarę katolicką, to jeszcze sam jest przykładnym chrześcijaninem (napisał przecież nawet religijną pop-balladę „All I Believe" i ją swego czasu odśpiewał!). Dlaczego miał się czuć winny, skoro książką zamierzał jedynie dostarczyć czytelnikowi trochę rozrywki i przyczynić się za jej pośrednictwem do... debaty nad istotą wiary.

Brownologia stosowana

Dobrego samopoczucia autora nie zakłócili nawet uczeni, którzy wytykali mu nie tylko podstawowe błędy natury teologicznej, ale i małe pojęcie o historii sztuki, radząc, by zabawy nią sobie odpuścił. Ten ostatni zarzut jednak nie należy się Danowi Brownowi, bo on - jak wszędzie podkreśla - w tej dziedzinie zdaje się na wiedzę swojej żony, z wykształcenia historyka sztuki, a z pasji - ilustratorki. Być może to dzięki niej powstał np. pomysł, że apostoł Jan, którego Leonardo da Vinci w „Ostatniej wieczerzy" przedstawił jako pana o lekko kobiecych rysach, to tak naprawdę Maria Magdalena („małżonka" Chrystusa).

Mimo że teoria to z lekka naciągana, była w stanie rozpalić wyobraźnię milionów czytelników na całym świecie, a swoista brownologia stała się fenomenem społecznym, na którym najbardziej chyba (poza samym Brownem) skorzystały... biura turystyczne. Jak się okazało - nie ma lepszego interesu niż organizowanie za sowitą opłatę wycieczek fabularnym szlakiem „Kodu Leonarda da Vinci", głównie po Paryżu i okolicach. Brzmi to może groteskowo, ale sprawa jest poważna. Czegokolwiek byśmy o pisaninie Dana Browna nie powiedzieli, w zbiorowej świadomości zakorzeniła się na dobre.

Nowy lepszy Brown?

Wróćmy jeszcze przy tej okazji do oburzenia polskiego Episkopatu, bo biskup Wielgus, zarzucając Brownowi fascynację masonerię, okazał się być w tej sprawie wizjonerem. O ile w dotychczasowych powieściach Browna wątki wolnomularskie występowały w ilościach śladowych, o tyle jego najnowsza powieść „Zaginiony symbol" na masonerii i symbolach z nią związanych ma się opierać.

Czy nowa powieść Dana Browna okaże się rzeczywiście tak epokowym dziełem, jak zapowiadają to marketingowcy z wydawnictwa Random House? Raczej nie, bo chyba nic nie będzie w stanie pobudzić masowej wyobraźni bardziej, niż postawiona na głowie historia Kościoła Katolickiego. Chociaż masoneria to bardzo wdzięczny temat dla lubującego się w spiskowych teoriach.

Wiecie Państwo, co jest w tym wszystkim najgorsze? Ano to, że chcąc napisać sylwetkę Dana Browna, jest się skazanym na wędrówkę od jednej burzy wokół jego książek do drugiej. On sam wydaje się być postacią na tyle bezbarwną, że pisać w zasadzie nie ma o czym. Choć może to i dobrze, bo po co mieszać prywatne życie pisarza do jego „dzieł" w sytuacji, gdy jedyne wątki autobiograficzne, jakie się w powieściach Browna pojawiają, to... przekręcone nazwiska ludzi, których spotkał na swojej drodze. Ma on bowiem szczególną skłonność do obdarzania nimi swoich bohaterów (np. Jonas Faukman, powieściowy wydawca Roberta Langdona, to „przekręcony" Jason Kaufman, rzeczywisty edytor autora „Kodu").

W życiu Dana Browna zdarzały się też inne (domniemane) „pożyczki", także zakończone na drodze sądowej. W 2006 roku Michael Baigent i Richard Leigh oskarżyli go o splagiatowanie wydanej przez nich w 1982 r. książki „Święta krew, święty Graal" (chodziło przede wszystkim o przeniesienie wątku z Marią Magdaleną jako żoną Jezusa i dzisiejszej kontynuacji ich rodu). Przegrali co prawda, choć w „Kodzie da Vinci" Dan Brown i ich uwzględnił, przekształcając swoim zwyczajem nazwiska i tworząc historyka „Leigh Teabinga", na pozór przyjaciela głównego bohatera, który ostatecznie okazuje się niezłym złoczyńcą. Brown na sali sądowej triumfował tylko dlatego, że Baigent i Leigh wydawali swą książkę jako pozycję (pseudo)historyczną, autor „Kodu" natomiast, jak orzekł sąd, miał prawo czerpać ze źródeł, tworząc „literaturę piękną". Brown zresztą podawał „Świętą krew" w bibliografii jako jedno ze źródeł, z których korzystał.

A poza tym to „nuda, nic się nie dzieje", cytując klasyka z „Rejsu", bo od czasu oskarżenia o plagiat o samym Danie Brownie słychać raczej niewiele. Unika kontaktów z mediami, więc pozostaje nam jedynie czekać na kolejną jego powieść i wywołaną wokół niej (bo tak się najprawdopodobniej stanie) burzę, w tym przypadku - bardziej marketingową niż jakąkolwiek inną.
 

WIĘCEJ O DANIE BROWNIE PRZECZYTAJĄ PAŃSTWO TUTAJ:

  • Kodomania - Dlaczego „Kodem Leonarda da Vinci” Dana Browna, powieścią w sumie przeciętną i miejscami naiwną, zaczytują się miliony?  
  • Kod bestsellera - Dlaczego jedne książki stają się przebojami, a inne nie? Wskazujemy kilka tropów, które naprowadzą nas na ślad tzw. bestsellera.  
  • Ruski kod - W „Forum” nr 26 przedruk z „Ogonioka” artykułu rozważającego możliwość powstania rosyjskiego „Kodu Leonarda da Vinci”. Gdyby taka oparta na rosyjskiej kulturze i historii książka powstała – dopiero byłyby jaja - pisał w jednym ze swoich felietonów Jerzy Pilch.
  • Bronię kryminału! - Detective stories przeżywają w świecie, a w ślad za nim także w Polsce, niebywały renesans. Ale nie wypada o tym rozprawiać na salonach. Dlaczego?  

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną