Recenzja filmu: „Nienawistna ósemka”, reż. Quentin Tarantino

Rasistowska banda
Fani rozwlekłych, soczyście-ironicznych dialogów będą zachwyceni, co nie powinno ujść uwadze akademików przyznających Oscary.
Od lewej: Kurt Russell, Jennifer Jason Leigh i Bruce Dern to tylko część gwiazdorskiej obsady westernu Quentina Tarantino
Forum Film/materiały prasowe

Od lewej: Kurt Russell, Jennifer Jason Leigh i Bruce Dern to tylko część gwiazdorskiej obsady westernu Quentina Tarantino

Jeśli branżowy „The Hollywood Reporter” zachwala nowy western Quentina Tarantino jako zręczną kombinację klasycznego „Dyliżansu” Johna Forda, kultowego kryminału „I nie było już nikogo” Agathy Christie oraz jednoaktówki „Bez wyjścia” paryskiego egzystencjalisty Jeana-Paula Sartre’a, to chyba trudno o lepszą rekomendację. I rzeczywiście „Nienawistną ósemkę” ogląda się jak dowcipną, choć nieco nużącą, podróż po mainstreamowych gatunkach – z horrorem włącznie – zakończoną skokiem w postmodernistyczną czeluść, gdzie czają się pytania natury, by tak rzec, historyczno-prawno-filozoficznej. Ponieważ choćby pobieżna próba streszczenia krwawej fabuły spotkałaby się z masowym potępieniem, ograniczę się do stwierdzenia, że i tak cokolwiek by się na jej temat napisało, musiałoby zdradzić przewrotny sens mrocznej zabawy. Dość powiedzieć, że cała ósemka tytułowych kowbojów reprezentuje zdecydowanie ciemną stronę mocy, mimo iż niektórzy z nich uważają się za ostoję porządku, moralności i amerykańskiej demokracji. Trudno bowiem nie zauważyć – co stało się oczywiste zwłaszcza po „Django” – że Tarantino chętniej atakuje i drażni dobre samopoczucie spadkobierców amerykańskich pionierów, pogrobowców Ku-Klux-Klanu, rasistów i generalnie wszelkich zwolenników rozwiązań siłowych, którzy pod pretekstem obrony wolności wyciągają szubienicę i rewolwer.

I tym razem nie są to krzepiące obserwacje. W każdym razie równie nieprzyjemne jak krytyka makkartyzmu w „Dr. Strangelove” Stanleya Kubricka. Podzielony na sześć rozdziałów, niemal trzygodzinny film, którego akcja toczy się w Wyoming, w zasypanym śniegiem zajeździe zwanym pasmanterią, przypomina teatr i to chyba główny zarzut, jaki można postawić „Nienawistnej ósemce”. Drugi to niedostateczna rola muzyki Ennio Morricone. Powrót do kręcenia na taśmie Ultra Panavision 70 („Chartum” – ostatni film w tym formacie powstał w 1966 r.) okazał się za to bardzo udany, a aktorstwo, znak firmowy autora „Pulp Fiction”, stoi na najwyższym poziomie. Niewątpliwie najbardziej oryginalny jest jednak scenariusz. Fani rozwlekłych, soczyście-ironicznych dialogów będą zachwyceni, co nie powinno ujść uwadze akademików przyznających Oscary.

Nienawistna ósemka, reż. Quentin Tarantino, prod. USA, 167 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną