Książki

Kino za kółkiem

Wzlot i upadek kin samochodowych

Eddie~S / Flickr CC by SA
Kina samochodowe zasłużyły sobie na trwałe miejsce w historii popkultury. Moda na nie trafiła z USA do Indii, Kanady, Australii oraz... do Polski. Z różnym skutkiem.

„Kiedy mam randkę, jest tylko jedno miejsce, gdzie mogę pójść. To naprawdę świetne miejsce – można tam pogadać, a nawet obejrzeć film. Właśnie tam w kinie samochodowym” - te słowa piosenki Beach Boysów „Drive-in” z roku 1964 najlepiej mówią o tym, czym były popularne wówczas w USA kina samochodowe. Miejsca, gdzie jeździło się przede wszystkim w celach towarzyskich, a dopiero w dalszej kolejności na film. Obecnie ten sposób spędzania wolnego czasu został zmarginalizowany przez inne rozrywki, ale wciąż egzystuje w ludzkiej (zwłaszcza Amerykanów) pamięci oraz - jakże bogatej - mitologii amerykańskiej popkultury, zwłaszcza mitologii kina.

Choć już na początku XX wieku urządzono pokazy filmowe pod gołym niebem, formuła kina samochodowego (drive-in theater) ukształtowała się dopiero na początku lat 30., i to mimo panującego Wielkiego kryzysu.

Matka potrzebą wynalazku

Pomysł miał swoje źródło w narodowych cechach Amerykanów: przedsiębiorczości i zaradności oraz amerykańskiej miłości do kina i aut. Jego autorem był Richard M. Hollingshead, Jr, inspiracją zaś... spore gabaryty matki tego niespełna trzydziestolatka, która miała problem ze zmieszczeniem się w zwykłych fotelach kinowych. Na początku eksperymentował na tyłach swojego domu z samochodem, dwoma prześcieradłami rozpiętymi między drzewami oraz projektorem Kodaka, potem razem z trzema inwestorami założył firmę Park-It Theatres, Inc.

Do historycznego, pierwszego pokazu doszło 6 czerwca 1933 r. w Camden w stanie New Jersey. Działający tam „Automobile Movie Theatre” miał powierzchnię ok. 162 hektarów, co dawało 500 miejsc dla aut. Opłata za jedno wynosiła 25 centów, taką samą kwotę pobierano od każdej siedzącej w samochodzie osoby (w sumie nie więcej niż 1 dolara za wóz). Zaprezentowana została brytyjska komedia z 1932 r. „Two White Arms” (w USA jako „Wives Beware”) w reżyserii Freda Niblo, z Adolphem Menjou w roli głównej. Film ten amerykańską premierę miał nieco wcześniej i zszedł z afisza już po tygodniu. Dla zmotoryzowanych wyświetlono go na mającym wymiary 12 na 15 metrów ekranie, a dźwięk dobiegał z trzech głośników.

Co prawda kino Hollingsheada działało tylko trzy lata, niemniej w w innych stanach zaczęły pojawiać się kolejne tego typu placówki. Trend przybrał na sile w latach 50. i na początku 60., kiedy to w USA funkcjonowało już ok. 4000 potomków „Automobile Movie Theatre”. A to dlatego, że - mimo widma konfliktu nuklearnego z ZSRR - był to dobry okres dla szeroko pojętej konsumpcji. Ameryka przeżywała wzrost gospodarczy, ludzie kupowali domy na przedmieściach i niezbędne w takiej sytuacji samochody, które stawały się elementem amerykańskiego stylu życia. Czyż mogło być więc coś fajniejszego, niż wizyta w kinie bez opuszczania wozu? Warto pamiętać, że Amerykanie już wcześniej, w latach 30., wymyślili rozmaite biznesy typu drive-thru (restauracje, sklepy i inne), zajmujące się obsługą zmotoryzowanych - tak, by nie musieli wychodzić z aut.

Przez lata autokina ulegały ewolucji. Eksperymentowano na przykład z różnymi rozwiązaniami dźwiękowymi: najpierw używano umieszczonych na ciężarówkach kolumn, potem mniejsze głośniki przewieszano przez szyby samochodów, następnie muzykę i dialogi dało się usłyszeć w radiu po ustawieniu odpowiedniej częstotliwości. Obowiązkowym dodatkiem do drive-inów był bufet serwujący gościom wszelkiej maści fast foodowe jedzenie (dodatkowej klienteli przysparzały mu reklamy jedzenia, które puszczano przed filmem lub w czasie przerwy). Wraz ze wzrostem popularności starano się o nowe atrakcje, np. zapraszano na projekcje twórców oraz gwiazdy filmowe.

Drive-iny kojarzymy z grupowymi wypadami młodzieży lub randkami, ale korzystały z nich całe rodziny z dziećmi, co rozwiązywało problem konieczności pozostawienia dzieci w domu. A to, że kina samochodowe utożsamiamy młodymi jest zasługą kultury popularnej, zwłaszcza filmów ten motyw ogrywających.

Daleki od namaszczonego skupienia nastrój panujący w tych przybytkach sprzyjał nieco bardziej zdystansowanemu odbiorowi prezentowanych tam dzieł. Samochodowe kina okazały się być przez to idealnym miejscem dla filmów klasy B i C. Masowo produkował je i kręcił w tamtych latach nagrodzony niedawno honorowym Oscarem Roger Corman. (Kostiumy potworów z widocznymi suwakami, gra aktorska na poziomie szkolnej akademii oraz wciąż te same dekoracje – z tych właśnie elementów reżyser „Zagłady domu Usherów” z 1960 r. zbudował swój styl.)

 

 

Seks, przemoc i... kangury, czyli powolny zmierzch seansów

W latach 70. wielu właścicieli drive-inów zwróciło się w stronę amatorów tzw. „wstydliwych przyjemności”, dla których powstawały filmy z gatunku exploitation. Fantastyczno-naukowa tandeta lub gotycka groza zostały zastąpione w nich przez seks i przemoc. Dosadna treść często szła w parze z podłymi warunkami projekcji, za co odpowiadała mała ilość puszczanych w obieg kopii. „Po tym, jak film był grany w kinie samochodowym w El Paso, tylko Bóg mógł wiedzieć, w jakim stanie będzie taśma” - wspominał po latach Quentin Tarantino.

Filmy exploitation były nie tylko wynikiem coraz to bardziej liberalnego podejścia do obecności seksu oraz przemocy w mediach, ale także próbą przyciągnięcia nowych widzów do podupadających kin samochodowych. Do ich zmierzchu przyczyniło się zwiększenie cen za wynajem ziemi, a gwoźdźmi do trumny okazało się nadejście kolorowej telewizji, a później wideo, które znacznie podnosiły rozrywkową wartość domowego ogniska. Wiele z tych obiektów zostało zmienionych w pchle targi – największy drive-in na świecie, Fort Lauderdale Swap Shop na Florydzie, wciąż działa, ale w dzień służy jako gigantyczne targowisko.

Kina samochodowe cieszyły się popularnością również w Australii, czyli kraju mającym pod dostatkiem wolnej przestrzeni pod budowę tego typu miejsc; swojego czasu funkcjonowało ich ponad 300.

Ciekawostką jest obraz „Dead End Drive-in” (1986), opowiadający o kinie samochodowym zmienionym w obóz koncentracyjny dla społecznych wyrzutków. Poza Australią drive-iny przyjęły się i działają do dziś w Kanadzie. Szczególnym zjawiskiem w zupełnie innej kulturze jest Sunset Drive-in w... Ahmadabadzie w zachodnich Indiach. Szczyci się on miejscem na 655 aut! Nic więc dziwnego, iż ma na wyposażeniu największy w Azji ekran.

W przygasłą formułę nieco życia tchnęła niedawno grupa zapaleńców, anarchistów i niezależnych filmowców z USA. Zgodnie z punkową maksymą „Do It Yourself” (Zrób to sam), zaczęli oni organizować w parkach lub pod mostami amatorskie projekcje, zwane „guerilla drive-in” (partyzanckie drive-in). Oprócz mainstreamowych produkcji puszczane są przez nich również te offowe. Niestety, policja czasem nie ma zrozumienia dla tego typu działalności kulturalnej i kończy owe pokazy.

„Drajwyn”, czyli kina samochodowe przyjeżdżają nad Wisłę

Kiedy w latach 50. i 60. ta forma rozrywki przeżywała swój największy rozkwit, w Polsce telewizory mieli nieliczni, a na prowincji nierzadko jedynym kinem było objazdowe. Pierwszy tego typu biznes powstał dopiero w 1994 r. w Warszawie na teranie giełdy na Żeraniu, a jego otwarcie uświetnił przedpremierowy pokaz „Czterech wesel i pogrzebu”. Na widzów czekało 300 miejsc parkingowych, cena pojedynczego biletu wynosiła 35 tysięcy starych złotych (po denominacji - 3,50 zł). Podobno na początku seanse cieszyły się popularnością, niemniej dość szybko zainteresowanie opadło i kino zostało zamknięte.

Taki sam los podzieliło wiele innych miejsc tego typu, które raz po raz pojawiały się i szybko znikały. Wystarczy przytoczyć historię pierwszego kina samochodowego w Łodzi. Otwarte w ubiegłe wakacje, miało początkowo prosperować przez trzy tygodnie i w razie sukcesu przedłużyć działalność na cały okres letni. Ostatecznie stojąca za tym przedsięwzięciem firma SINTEL Multimedia zamknęła je w ustalonym terminie. Z organizowania takich imprez zrezygnowało również Multikino w Gdańsku. Na miejsce zamkniętych drive-inów pojawiają się jednak następne: w czerwcu tego roku otwarto jedno w Łomży; ma ono przede wszystkim przyciągać turystów do XIX-wiecznych Fortów Piątnicy.

Natomiast od kilku lat nieźle prosperuje firma DobreKino. Urządza ona całoroczne pokazy w siedmiu punktach na terenie całego kraju (m.in. w Słupsku, Mikołowie, Poznaniu, Wrocławiu), a także w Jeseniku w Czechach. Imprezy mają czasem charakter hybrydowy: widzowie siedzą i samochodach, i na krzesłach. Ilość miejsc zależy od konkretnego miasta, ale frekwencja zazwyczaj dopisuje. Mimo to, będący właścicielem firmy Ireneusz Krowicki przyznaje, że utrzymanie się jedynie z drive-inów jest w Polsce niemożliwe. Dlatego DobreKino ma w swojej ofercie także inne atrakcje: projekcje 3-D czy festiwale filmowe.

Obserwując wszystkie próby zaszczepienia na rodzimym gruncie tej przebrzmiałej już w jej ojczyźnie mody, należy zadać sobie pytanie o sens takich działań. Komentarze pod newsami ogłaszającymi otwarcie kolejnego drive-ina tłumaczą wszystko, bowiem dominuje w nich zachwyt nad „amerykańskością” tych przybytków w rodzaju: „Zupełnie jak w USA” czy „Jak na hollywoodzkich filmach”. Krytyk filmowy Michał Oleszczyk tak ocenia to zjawisko: „Wydaje mi się, że taki pomysł mógłby w Polsce chwycić na zasadzie jednorazowego wydarzenia. Mitologia kina samochodowego jest u nas silna dzięki setkom filmów amerykańskich, w których takie kina widzieliśmy. Stały się one częścią naszej kulturowej nostalgii, mimo że większość z nas w kinie samochodowym nigdy nie była. Oczywiście amerykański romans z automobilem zawsze był bardziej płomienny i zamaszysty od naszego: tamtejsze pojazdy są większe i bardziej niezbędne, bo komunikacja publiczna w wielu miejscach po prostu nie istnieje. Ale myślę, że nawet w cinquecento dałoby się obejrzeć „Szybkich i wściekłych" i mieć z tego frajdę (nawet jeśli post factum dopadnie nas kompleks niższości)”.

Ubiegły rok był dla polskich kin rekordowy – sprzedano 38 milionów biletów – ale to multipleksy położone przy centrach handlowych są miejscami, gdzie przede wszystkim kierowali się widzowie. Najnowszy repertuar, wszystkie dobrodziejstwa współczesnego konsumpcjonizmu (m.in. położone w pobliżu sklepy oraz restauracje), a także brak konieczności posiadania własnego pojazdu – te zalety wielosalowych kin sprawiają, że są one - czy tego chcemy czy nie - przyszłością kina. Czas drive-inów bezpowrotnie minął, a u nas - także z racji pogody - mogą być co najwyżej wakacyjną efemeryczną atrakcją.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną