Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Książki

Fragment książki: „Upał”

materiały prasowe
Mężczyzna nie rzucał się w oczy. Może dlatego przeszedł przez wszystkie kontrole. Może właśnie z tego powodu żaden z wyspecjalizowanych funkcjonariuszy służb porządkowych nie zwrócił na niego uwagi.

Początkowo siedział na jednej z głównych trybun, mniej wię-cej pośrodku. Zdawał się bez reszty pochłonięty obserwacją dziejącego się na murawie pojedynku. Jak tysiące innych ludzi dookoła.

Jednak jego zamiary były inne. Powolnym ruchem wyjął z wielkiego plecaka karabin maszynowy. Czerń lufy odbijała blask reflektorów, wychodzące z pojemnika i niknące w komorze naboje lśniły metalizująco. Zgrzyt zamka utonął w powszechnej wrzawie. Mężczyzna wstał. Rozejrzał się, jakby chcąc najdokładniej wybrać cel.

Dostrzegł siedzącą dwa rzędy wyżej kobietę, młodą, całkiem ładną, modnie ubraną. Powolnym ruchem podniósł broń na wysokość bioder. Pociągnął za spust.

Huk był stłumiony, jakby nierealny, zdawał się tonąć we wrzawie wywoływanej przez podniecony tłum. Kobieta dostała serię prosto w pierś, krew trysnęła na wszystkie strony, ochlapując siedzących obok sąsiadów. Przez chwilę siedziała bez ruchu, być może nie chcąc stracić z oczu widowiska, po czym powoli, jakby z niedowierzaniem osunęła się na betonowe podłoże.

Mężczyzna przeniósł ogień. Sąsiad siedzący po lewej stronie kobiety został poczęstowany dwukrotnie większą porcją naboi – był potężnym facetem, należało mu się więcej. I on w końcu upadł. Mężczyzna ruszył wzdłuż rzędu pokrytych czerwonym materiałem siedzeń. Karabin grał bez przerwy, łuski wyskakiwały z komory, pięknie grając w jasnym oświetleniu stadionu. Na płycie boiska trwała zacięta walka, dwudziestu dwóch współczesnych gladiatorów walczyło do ostatniego tchu, by zaspokoić gusta publiczności.

A na trybunach szła seria za serią. W końcu tłum się ocknął. Ktoś zwrócił uwagę na hałas, komuś krew sąsiada ochlapała ubranie, komuś spadł na plecy trup człowieka zastrzelonego w rzędzie powyżej. I tłum zerwał się do biegu. W całkowitej ciszy. W skupieniu. Byle szybciej. Byle dalej od niepozornego mężczyzny z karabinem maszynowym grzmiącym niczym wiosenna burza. Potężne głośniki stadionu zdawały się przenosić dźwięk, wzmacniać go, uwznioślać…

Jakub obudził się zlany potem. Jeszcze długo po otwarciu oczu i spuszczeniu bosych stóp na podłogę siedział na brzegu łóżka i nie mógł uspokoić oszalałego bicia serca. Nadal był na stadionie, nadal próbował bezskutecznie powstrzymać szaleńca, czy choć dostać się w jego pobliże… Cholerny sen. Spojrzał na śpiącą Helenę, po czym położył się z powrotem. Wtedy wróciła pamięć.

Przedtem był mecz. Ostatni mecz, decydujący o wyjściu z grupy. I karny. Ten karny. Tuż po tym karnym i końcowym gwizdku Polska eksplodowała, a następnie utonęła w ramionach ekstatycznej radości. Faktyczne, był powód. Jednak Jakub już nie zasnął. Leżał bez ruchu i myślał o mężczyźnie z karabinem maszynowym, krwi i swojej niemożności.

(...)

Było niewiele po ósmej rano, a Jakub już poczuł zmęczenie. Wiedział, że czeka go długi dzień. Widok gwałtownie opadających ramion Krzeptowskiego utwierdził go w przekonaniu, że to nie jest fałszywe przeświadczenie, niestety. Smotrycz zdawał się nie zwracać na to uwagi.

– Kojarzę nazwisko – powiedział Jakub. – Brawo. Odrobiłeś lekcje.

– Bali? 2002?

– Dokładnie. Organizatorami zamachu na Bali byli Pakistańczycy pod wodzą al-Zahiriego.

– Bez sensu. – Krzeptowski się poruszył. – Zamach na Bali był dziesięć lat temu. Koleś musiałby mieć czternaście lat.

– O ile podał właściwą datę urodzenia, co nie zdarza się często. Ale tym razem masz rację. Głównym organizatorem zamachu był Muhammad al-Zahiri. Stryj. Stryjcio. Ukochany krewny.

Milczenie jest czasami najlepszym wyjściem z sytuacji. Pozwala przegrupować się i zewrzeć szyki w nowym ustawieniu. Jakub myślał intensywnie. Spocił się jak mysz, co nie zdarzało mu się często.

– Mów dalej – mruknął.

– Mamy Abdullatifa al-Zahiriego, bratanka Muhammada al-Zahiriego, studenta Wyższej Szkoły Komunikacji Społecznej i Marketingu w Koluszkach, w której nasz Latif nie przestudiował ani minuty, choć wykosztował się na czesne.

– Jezu, już to mówiłeś.

– Mamy też Fundację Nowych Czasów, bardzo nobliwą fundację pożytku publicznego, działającą na rzecz uchodźców z Czeczenii. Organizacja działa niecałe pół roku, prowadzi bardzo aktywną działalność, zorganizowała wiele akcji charytatywnych, ogólnie nie ma się do czego przyczepić.

– Pół roku?

– Kłopoty ze słuchem? Pan student w tym czasie wpłacił na jej konto kilkanaście tysięcy złotych. Wpłaty nigdy nie przekraczały dwóch, trzech tysiów. Nic, na czym mógłby zawiesić oko Urząd Skarbowy czy nadzór finansowy. Koleś formalnie jest czysty jak łza.

– Co ma Pakistańczyk do Czeczeńców? – No właśnie. Co?

– To ja się pytam. A ta fundacja?

– Sama szlachetna działalność – po raz pierwszy odezwała się Barbara (nikt jej inaczej nie nazywał; próby jakiegokolwiek zdrabniania imienia były kwitowane otwartą wrogością). Głos miała cichy, równie delikatny jak jej uroda i sposób bycia.

*

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak literanova

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną